„Futbol obnażony” – premiera

Naprawdę wydawało ci się, że coś wiesz o piłce? Ryk tłumu w tunelu na Anfield… niepowtarzalne uczucie, gdy uderzona przez ciebie piłka wpada do bramki Manchesteru United… John Terry uderzający cię łokciem w twarz… przegrana licytacja z graczami Barcelony o dziewczynę na jedną noc…

Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki – wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności…

Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney, Gareth Bale, Robin van Persie, Thierry Henry, Xabi Alonso, Didier Drogba – z nimi wszystkimi wybiegał na boisko. Nie wiemy, kim jest. Ale wiemy, że napisał książkę, po której nic nie będzie już takie samo.



Futbol obnażony to zakulisowe spojrzenie na Premier League. Nie będziemy mieli więc do czynienia z książką ugrzecznioną. W żadnym razie! Autor dzięki przywilejowi anonimowości mógł wyciągnąć na wierzch każdy, najbardziej kontrowersyjny, element związany z ligą angielską i ogólnie piłką nożną. Bardzo mocna rzecz!

Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa SQN już 19 marca bieżącego roku.



Rozdział pierwszy – Pierwsze kroki

Kiedy zacząłem się utrzymywać z gry w piłkę, przyrzekłem sobie, że nigdy nie będę taki, jak ci zgorzkniali, podstarzali zawodowcy, których mój nowy klub chętnie kolekcjonował. Nie mieli zamiaru udzielać mi rad czy mną kierować – wręcz przeciwnie, wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję, by wytknąć mi pomyłkę lub faux pas. W tamtych czasach nie miałem pojęcia, że piłkarze zaczynają trening o dziesiątej rano, a kończą w południe. Pamiętam, że po pierwszych zajęciach czekałem w szatni na następną część, aż w końcu ktoś powiedział mi, że mogę już wracać do domu. Nie dostajesz żadnego poradnika, nikt nie tłumaczy ci piłkarskiej etykiety. Albo, jak mawiają trenerzy, jesteś „kumaty”, albo, na własne nieszczęście, jesteś frajerem. Jeśli chodzi o mnie, byłem równie nieopierzony jak moja gra.

Nadal uważam, że miałem wielkie szczęście nie musząc przechodzić przez drużyny juniorskie; z dwóch powodów. Po pierwsze: zawsze miałem duże kłopoty z ludźmi u władzy – szczególnie jeśli ta władza jest nadużywana, ponieważ ktoś chce się poczuć ważniejszy, niż jest w rzeczywistości. Po drugie: zdecydowanie wolę grać w stylu, który stał się znany jako „futbol uliczny”. Wyprodukowanego piłkarza można rozpoznać z bardzo daleka, ale zazwyczaj to gracze naturalnie uzdolnieni i praktycznie nietykalni wywołują największe emocje. Na przykład Lionel Messi i Wayne Rooney nie musieli być trenowani: grają tak jak na ulicy, kiedy mieli dziesięć lat.

Oczywiście, czasami muszą dopasować się do stylu gry lub formacji, ale generalnie grają spontanicznie. Nie jestem Messim ani Rooneyem – od razu to wyjaśnijmy – ale przez większość kariery grałem tak, jakbym nie miał nic do stracenia. Uwielbiałem stawać naprzeciwko piłkarzy, którzy wszystko mieli podane na tacy, i schodzić z boiska z butelką szampana za nagrodę zawodnika meczu. Nie dlatego, że lubię szampana – po prostu czułem, że to zwycięstwo tych wszystkich ludzi z moich stron, którym nigdy nie udało się zrobić wielkiej kariery.

Jako „nowy” od razu skierowałem się w róg szatni, z dala od sprawujących władzę piłkarzy, ale wystarczająco blisko, by nie zejść z oczu trenera. Niestety, ten wybór nie spodobał się pewnemu skandynawskiemu piłkarzowi, jednemu ze zgorzkniałych, podstarzałych zawodowców, który podczas mojego pierwszego dnia w klubie porozrzucał moje ubrania po całej szatni, kiedy jadłem lunch. Wróciłem i zobaczyłem swoje rzeczy porozwalane po korytarzu i pod prysznicami.

Byłem w szoku. Zakładałem, że drużyna jest właśnie tym – drużyną, grupą ludzi, którzy wzajemnie się chronią, pomagają sobie i walczą jako jedność. Co za błąd… Podstawowa rzecz, której się nauczyłem, jest taka, że każdy piłkarz w szatni każdego zespołu ma swoje cele. Nieważne czy to twój najbliższy przyjaciel, czy zaciekły wróg – każdy dba o własny interes. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy się zorientowałem, że niektórzy zawodnicy traktują grę w piłkę jako sposób na opłacanie rachunków i, co gorsza, wielu z nich to okropni ludzie. Jednocześnie nabrałem jednak dzięki temu potężnej pewności siebie.

Jako dziecko grałem w futbol dniami i nocami – zazwyczaj brałem piłkę do łóżka, żeby móc pożonglować przed wyjściem do szkoły. Po powrocie włączałem kasetę VHS „101 Great Goals” (tę z Bobbym Charltonem na okładce) i zapisywałem każdego gola, którego udało mi się powtórzyć albo w parku (bramkę tworzyła metalowa konstrukcja huśtawki), albo na tyłach domu, gdzie rosły dwa kasztanowce o idealnych proporcjach dających więcej miejsca na próby strzałów z dystansu – takich jak potężne uderzenie Emlyna Hughesa z Liverpoolu (nie pamiętam już, który miało numer na liście, ale to było moje ulubione trafienie, ponieważ dało się usłyszeć dziki krzyk radości Hughesa po strzeleniu gola).

Właśnie dlatego chciałem grać w piłkę: bo daje szansę na wielką chwałę, radość i ucieczkę od przeciętnego życia dzieciaka z małego miasta. Moim celem było zdobycie Pucharu Świata. Tata kupił mi album z naklejkami Panini 1986 ; oglądanie wszystkich tych zagranicznych piłkarzy w różnych strojach narodowych było strasznie podniecające – piłkarzy takich jak Socrates, Rosjanin Rac, Rummenigge i, oczywiście, Maradona. To były drzwi do wielkiego świata. Połknąłem bakcyla. Wiele lat później jeden z kolegów z drużyny dostał powołanie do reprezentacji Anglii; był moim pierwszym znajomym, który został wybrany do kadry. Dla całego klubu były to bardzo emocjonujące chwile, a ja nie mogłem się doczekać, aż spytam go o odczucia. „Stary, jest pięknie – powiedział. – Na starcie dostajesz pięćdziesiąt tysięcy za same prawa do wizerunku”.

Nie potrafię wyrazić, jak dużo szczęścia dawał mi futbol w czasach dzieciństwa. Na całym świecie nie było niczego lepszego niż wyjście na dwór i wielogodzinne kopanie piłki, udając, że się jest Ianem Rushem czy Glennem Hoddle’em.

Jednak mimo tego, że byłem w futbolu, tata postanowił mnie uczyć, i to nie tylko tego, co dotyczy mojej ukochanej dyscypliny. Mała grupka osób, które wiedzą, że jestem Anonimowym Piłkarzem, zawsze zadaje mi to samo pytanie: skąd się biorą te przedziwne, czasami głupkowate metafory, którymi zaczynam artykuły? Odpowiedź tkwi w należącej do taty pokaźnej kolekcji klasyków literatury – Szekspira, Dickensa, Joyce’a – oraz w oryginalnych nagraniach winylowych takich legend jak The Beatles, Pink Floyd, Bob Dylan, Rolling Stones i tak dalej. Podczas gdy większość moich przyjaciół jeździła na tradycyjne wakacje nad morze, tata nie widział przeciwwskazań, żeby pojechać samochodem na dwa tygodnie na duńską wieś, skazując nas na inspirowanego narkotykami rock’n’rolla i czytanie klasyków literatury na tylnym siedzeniu. Nie wydaje mi się, że to normalne dla dziesięciolatka. Jednak za nic bym tego nie zmienił.

Nie chodzi o to, że byłem wspaniałym uczniem. Znalazłem starą uwagę szkolną, która brzmi: „****** nie słucha i nie zna poleceń, przez co nie może nadążyć za resztą”. Moje skupianie się szybko uległo poprawie, ale rozwijała się we mnie zdumiewająca tendencja do nieinteresowania się tym, co się o mnie mówi. Futbol był jedyną rzeczą, którą chciałem się zajmować, był najważniejszy rankiem, w południe i nocą. Byłem przekonany, że zrobię karierę. Rodzice wspierali moje poczynania i w każdy weekend zawozili mnie na kolejny mecz. Grałem w najlepszych miejscowych drużynach, reprezentacjach hrabstwa, okręgu i mojej szkoły. Byłem znany w naszym regionie jako jeden z całej grupy bardzo utalentowanych, wschodzących graczy. Niektórzy z nich przeszli na zawodowstwo, inni podjęli szanowane prace, a jeszcze inni, jak ja, nie mieli pojęcia, co zrobić, jeśli nie wypali plan kariery piłkarskiej. A z biegiem lat prawdopodobieństwo gry w zawodowym klubie przypominało moje szanse na dobranie się do Kate Brookes podczas lekcji fizyki.

Kiedy miałem piętnaście czy szesnaście lat, kilku kolegów zostało dostrzeżonych przez zawodowe kluby. Największy sukces odniósł chłopak, który trafił do akademii Tottenhamu (po dwóch latach z niego zrezygnowali). Ja też jeździłem na testy i ogólnie spisywałem się całkiem dobrze, ale nie pomagał mi fakt, że skauci w tym kraju nie są trenerami. Kiedy tylko jeździłem na te testy, chłopaków, którzy mieli metr dwadzieścia, od razu wysyłano na skrzydło, żeby tam gnili, a ci, którzy mieli metr pięćdziesiąt, byli ustawiani na pozycji stopera, mimo iż mówili swojemu skautowi, że grają na środku pomocy albo w ataku. Powtarzało się to raz za razem. Zawsze mnie to wkurzało, ale jeszcze bardziej wkurzony był mój tata, który jechał na drugi koniec kraju, żeby zobaczyć, jak jego syn gra godzinę na prawej obronie i piętnaście minut na lewym skrzydle.

Szczerze mówiąc, skauting najlepszych klubów niezbyt się rozwinął. Na najwyższym poziomie połów jest tak duży, że złapanie dorodnego okazu nie mogłoby być prostsze. Mój przyjaciel, który był skautem czołowego klubu przez ponad dziesięć lat, powiedział mi, że gdyby był leniwy, nie musiałby nawet wychodzić z biura, ponieważ kluby z niższych szczebli piłkarskiej drabiny cały czas dzwonią do niego, oferując swoich najlepszych juniorów: „Każdego roku telefon dzwoni coraz wcześniej, a dzieciaki są coraz młodsze”. A on wie, o czym mówi.

Na początku 2012 roku Chelsea zapłaciła półtora miliona funtów za Patricka Bamforda, osiemnastoletniego napastnika, który zagrał tylko dwanaście minut w pierwszym zespole Nottingham Forest. Frank Clark, prezes Forest, wyjaśniał, jakie zaszły zmiany: „Zazwyczaj potrafiliśmy zatrzymać piłkarzy przez parę lat od chwili ich debiutu w seniorach, ale teraz największe kluby płacą fortunę za dzieciaki w wieku trzynastu, czternastu, piętnastu, szesnastu lat”.

Najstraszniejsze jest to, że mój przyjaciel przyznaje, iż jego transfer wcale nie musi wypalić: „Jeśli pokonam konkurencję z innych wielkich drużyn, to zrobiłem swoje. Jeśli dany piłkarz nie zdoła się przebić do pierwszego zespołu, to wina trenera, nie moja”.

Kiedy w grę wchodzą większe nazwiska, robi się jeszcze łatwiej. Kilka lat temu rozmawiałem z innym przyjacielem, który był wtedy szefem skautów w jednym z czołowych klubów Premier League. Piliśmy kawę i zwyczajnie spytałem, jak mu się żyje. Jego drużyna właśnie wygrała mistrzostwo Premier League, więc spodziewałem się sielanki. Jego odpowiedź kompletnie zbiła mnie z tropu: „Co roku jest to samo, stary. Najpierw menedżer i sztab szkoleniowy dostają budżet od właścicieli, a potem wszyscy siadamy i patrzymy na potencjalne cele transferowe. Spojrzą na mnie i powiedzą: »Potrzebujemy ofensywnego pomocnika«. A ja powiem: »Okej, cóż, jest Totti, Kaka i Ronaldinho«”. Nie mam doświadczenia jako szef skautów, ale jeśli nadejdzie taki dzień, że czołowy klub zaoferuje mi podobne stanowisko, to nie wyobrażam sobie, żeby praca była szczególnie wymagająca.

Jeśli chodzi o moje próby zrobienia kariery, dość trudno było patrzeć, jak niektórzy koledzy dostają telefony z zawodowych klubów. Nie wydawało mi się, żeby byli równie uzdolnieni co ja – może jako piętnastolatki byli silniejsi, a na pewno lepiej zbudowani, ale z pewnością nie tak dobrzy z piłką przy nodze. Niestety, w tamtym okresie kluby były bardziej zainteresowane atrybutami fizycznymi niż umiejętnościami technicznymi.

Na szczęście, podczas gdy wielu moich przyjaciół eksperymentowało na „scenie narkotycznej” późnych lat dziewięćdziesiątych, mnie udało się trzymać od tego z daleka, przynajmniej w głowie. Podjąłem decyzję, że czymkolwiek będę się w życiu zajmował, to nie zmarnuję go w moim rodzinnym mieście, gdzie rzadko kiedy działo się coś ciekawego. Kiedy planowałem wyjazd (za tydzień miałem pojechać do innego kraju) do mojej mamy zadzwonił skaut, który spytał, czy w przyszłym tygodniu jej syn chciałby przybyć na mecz testowy drużyny, dla której pracował. W tamtym okresie grałem w lidze amatorskiej i zarabiałem jakieś trzydzieści funtów tygodniowo. Jak się później dowiedziałem, ze skautem skontaktował się jeden z moich byłych trenerów, który powiedział mu, że mam wystarczająco dużo potencjału, by dać mi drugą szansę, o ile tylko klub uważa, że jest w stanie zagwarantować mi dodatkowe treningi i zamienić mnie w prawdziwego zawodowca.



Patronat medialny nad książką objął m.in serwis LFC.pl.

Lekturę można kupić choćby TUTAJ. Użytkownicy naszego serwisu, mogą skorzystać z kodu rabatowego „LFCSQN”, który daje on 25% zniżki na książkę „Futbol obnażony”.

Pozostaje Nam tylko zaprosić Państwa do księgarni i czytania!