Transformacja Coutinho

W wygranym 4:0 meczu z West Ham Philippe Coutinho powrócił do gry w roli środkowego pomocnika, kończąc długotrwałą transformację z roli „dziesiątki” do gry na pozycji „ósemki”.

Sześć lat temu na Mistrzostwach Świata U-20 miłośnicy piłki nożnej po raz pierwszy ujrzeli przebłysk geniuszu tego Coutinho, którego znają i kochają fani Liverpoolu. Reprezentacja Brazylii, z renomowanymi dzisiaj nazwiskami – Oscar, Danilo, Casemiro, Alex Sandro – działała niczym dobrze naoliwiona maszyna i sięgnęła po tytuł na czempionacie w 2011 roku, pokazując światu kolejną grupę talentów.

Pomimo tak istotnego osiągnięcia, Coutinho – wychowanek Vasco da Gama – wciąż nie miał okazji zabłysnąć w Europie. Szukał swojego miejsca w drużynie, która dała mu szansę. Był to Inter Mediolan. Włosi zapewnili sobie usługi Brazylijczyka już gdy miał 16 lat, jednak z powodów prawnych dołączył do drużyny dopiero po osiągnięciu pełnoletności.

W Mediolanie zjawił się w 2010 roku, ale miał problemy z wywalczeniem miejsca w wyjściowym składzie, nawet pomimo opinii, jaka miał o nim ówczesnym menedżer Interu, Rafael Benítez.

– To młody, utalentowany piłkarz. Może być przyszłością tego klubu – stwierdził Rafa.

„Może” było kluczowym słowem w tej sytuacji – młody Coutinho powędrował na wypożyczenie do Espanyolu, gdzie pracował pod wodzą obecnego menedżera Spurs, Mauricio Pochettino. Czas spędzony w Barcelonie był bardzo ważny dla kariery zarówno Cou, jak i Pochettino; po przygodzie w Espanyolu obaj skutecznie kontynuowali swoje kariery w Premier League.

– Po przejściu do Espanyolu zyskałem dużo pewności siebie. Klopp i Pochettino preferują podobny styl gry jeśli chodzi o pressing. Poświęcają na to dużo czasu i wymagają od graczy ciężkiej pracy.

Od futsalu do futbolu



Coutinho szlifował swoje umiejętności w ciasnych halach futsalowych w Rio de Janeiro, dzięki czemu nauczył się świetnie panować nad piłką i serwuje fanom akcje, których nie powstydziłby się sam Houdini. Koniec końców nie bez powodu nazywany jest magikiem, ale brazylijski maestro wciąż jeszcze nie pokazał swojej największej sztuczki – aczkolwiek chyba ujrzeliśmy już jej preludium.

Po dołączeniu do Liverpoolu dostał koszulkę z numerem 10, noszoną w przeszłości przez Johna Barnesa, Michaela Owena i Luisa Garcię. Już sam numer wiele mówił o jego stylu gry – kreatywny rozgrywający. Brazylijczyk.

Najprawdziwszy Brazylijczyk w barwach the Reds od czasu Barnesa, który pewnego dnia zaczarował Maracanę golem na miarę wielkiego Garrinchy.



Pomimo bariery językowej Coutinho szybko zaaklimatyzował się w Liverpoolu i udowodnił, że klub wszedł w posiadanie nieoszlifowanego diamentu. Fani szybko ułożyli dla niego piosenkę, a współpraca Coutinho z Raheemem Sterlingiem, Danielem Sturridgem i Luisem Suárezem wprowadziła mnóstwo lekkości do gry drużyny Brendana Rodgersa.

Na początku 2014 roku zobaczyliśmy prawdziwe oblicze Coutinho. W dwóch meczach na Anfield, z Evertonem i Arsenalem, zmienił się z atakującego wolnego elektronu w kreującego grę środkowego pomocnika.

Nie był to jego pierwszy występ na tej pozycji, ale dopiero w tych spotkaniach pokazał co potrafi – przeniósł wszystkie swoje zalety z roli skrzydłowego i ofensywnego pomocnika do środka pola. Im mniej miał miejsca, tym lepiej się prezentował.



Najwyraźniej było to widoczne w wygranym 5:1 meczu z Arsenalem. Zaliczył wspaniałą asystę do Sturridge'a, odbierając piłkę w środku pola i telepatycznie odgadując gdzie pobiegnie jego kolega z ataku i zagrywając perfekcyjną prostopadłą piłkę. Tego dnia Coutinho wesoło zatańczył z Jackiem Wilsherem. Uwielbiany przez Anglików zawodnik nowej generacji wyglądał przy nim jak dziecko we mgle.

Jego umiejętność panowania nad piłką w zagęszczonych strefach boiska i lekkość w zostawianiu rywali za plecami pozwalała stwarzać luki w defensywie przeciwników. I o to chodzi w piłce. Twoim celem jest zmuszenie rywala do błędu, a Coutinho, Suárez, Sterling i Sturridge siali popłoch wśród obrońców.

Taki kwartet powinien zapewnić każdej drużynie mistrzostwo, ale ówczesna defensywa Liverpoolu nie dorastała do pięt formacji ofensywnej.

Ostatni element układanki Kloppa



Nie ma wątpliwości, że Coutinho jest świetnym zawodnikiem gdy gra na lewym skrzydle. W reprezentacji Brazylii udowodnił, że tak samo jest na prawej stronie – jego nominalne skrzydło okupuje tam niejaki Neymar. Jednak dla dobra zarówno klubu, jak i reprezentacji, jego optymalną pozycją powinno być miejsce w pomocy, gdzieś pomiędzy rolą „dziesiątki”, a „ósemki”. Coś jak Andrés Iniesta czy David Silva.

A sam Liverpool powinien wzorować się na drużynie zbudowanej w Manchesterze wokół Silvy. Zamiast używać Silvy i Kevina de Bruyne w roli ofensywnych zawodników, Pep Guardiola przesunął ich do linii pomocy, tuż przed kolosalnego Yayę Touré. Dzięki temu obaj mogą robić to co do tej pory, ale z nieco głębszej pozycji.

Ich rolę w ataku przejęli szybcy i zabójczy zawodnicy – Sterling, Leroy Sané, Sergio Agüero i najnowsza brazylijska rewelacja w Premier League, Gabriel Jesus.

Mané gra w roli Sterlinga, Sturridge jest odpowiednikiem Agüero, a biorąc pod uwagę, że Firmino jest zastępcą Jesusa w Brazylii jego rola również jest dość oczywista. Liverpoolowi brakuje jednak Sané – drugiego skrzydłowego.



Klopp ostatnio dał do zrozumienia, że Liverpool powinien dążyć do gry w podobnym ustawieniu, ale pozyskanie odpowiednich zawodników jest czasochłonne.

– Na ten moment gra w roli swego rodzaju skrzydłowej „dziesiątki”, ale może być też „ósemką” – wyjaśnił Niemiec. – Może grać na tej pozycji i być może będzie miał tam większy wpływ na grę, a na skrzydle wystawimy innego zawodnika.

– To z pewnością może być dla nas wzmocnieniem z racji na jego kreatywność w środku pola. Musiałby się do tego przystosować.

To wyjaśnia dlaczego Coutinho grał głównie na lewym skrzydle w tym sezonie, ale biorąc pod uwagę lawinę plotek łączących Liverpool z szybkimi skrzydłowymi wszystko wskazuje na to, że Klopp szuka ostatniego elementu swojej układanki.

James Nalton