Plusy zerwania negocjacji z Lyonem

Robota została praktycznie wykonana - uzgodniono kwotę odstępnego, warunki kontraktu z piłkarzem, nagrano nawet pierwsze materiały prasowe z udziałem zawodnika. Wszystko było gotowe na wielkie ogłoszenie transferu. Potem przyszły testy medyczne i Nabil Fekir w najbliższym czasie nie zostanie piłkarzem Liverpoolu. Wiele wskazuje jednak na to, że zakończenie negocjacji może wyjść nam na dobre.

Decyzja o zerwaniu negocjacji na wczesnym etapie okna transferowego nie była bezpodstawna. Nawet w dzisiejszych czasach ogromnych wydatków transferowych kwota odstępnego, jaką the Reds mieli zapłacić za Fekira, była duża - proporcjonalnie do ich wiary w talent zawodnika.

Prawie 50 milionów dałoby Francuzowi trzecie miejsce na liście najdroższych transferów w historii klubu. To oznacza, że Liverpool potrzebował absolutnej pewności długoterminowych korzyści ze swojej potencjalnej inwestycji. Jasne jest, że gdzieś po drodze tę pewność stracili.

Tylko znacząca zmiana nastawienia pozwoli na ponowne zainteresowanie usługami Fekira. Nie jest to niemożliwe, ale niezwykle mało prawdopodobne.


Na tym przykładzie widać, że obecna determinacja Liverpoolu do przeprowadzania ważnych transferów jak najwcześniej jest mądrym posunięciem. Okienko zamyka się za ponad dwa miesiące i the Reds mają wystarczająco dużo czasu by skupić się na innych zawodnikach. Inne cele transferowe z pewnością się znajdą, będę plany awaryjne odnośnie zawodników, którzy w wielu wypadkach na tym etapie letniego okna transferowego nie są jeszcze pewni swojej przyszłości.

Liverpool ma czas, w przeciwieństwie do ostatniej tego typu sytuacji, kiedy to w 2014 roku nie doszło do transferu Loïca Rémy'ego z Queens Park Rangers. Brendan Rodgers chciał wzmocnić nim linię ofensywną po stracie Luisa Suáreza, a umowa nie doszła do skutku przez testy medyczne.

- Poprosili o opinię kardiologa i wygląda na to, że nie byli na 100% pewni czy będę mógł kontynuować grę w piłkę - wyjawił później Rémy.

Napastnik QPR przeniósł się do Chelsea, gdzie przez dwa sezony nie grał regularnie. Jego kolejnym krokiem był transfer do Crystal Palace, gdzie ominęła go większa część kampanii. Liverpool na kilka tygodni przed końcem okna transferowego był zmuszony sięgnąć bo Mario Balotellego. Wszyscy wiemy jak się to skończyło.

Testy medyczne mogą to delikatna sprawa, często wychodzą na nich rzeczy, które ostatecznie nie mają wpływu na karierę zawodnika. To zawsze jednak ryzyko, które kluby muszą oszacować, gdy dowiedzą się o potencjalnej podatności piłkarza na kontuzje. Idealnym tego przykładem może być Alberto Aquilani.


W 2009 roku Liverpool szukał następcy Xabiego Alonso i zdecydował się na usługi reprezentanta Włoch, doskonale znając historię jego kontuzji. Aquilani przeszedł rygorystyczne testy i sfinalizował wart 17 milionów funtów transfer pomimo urazu kostki, przez który nie grał kolejne dwa miesiące.

W swojej karierze na Anfield Aquilani zagrał od pierwszej do ostatniej minuty zaledwie trzy razy, a w 2012 roku został sprzedany z dużą stratą do Fiorentiny.

Nie są to odosobnione przypadki specyficzne dla obecnych czasów. Transfer bocznego obrońcy West Bromwich Albion, Dereka Stathama, został odwołany w latach 80. na podstawie badań. Była też niesławna sytuacja Franka Worthingtona w 1972.

Worthington był bliski dużego transferu do Liverpoolu, jednak ostatecznie nie trafił na Anfield z powodu problemów z ciśnieniem krwi. Menedżer the Reds, Bill Shankly, wysłał zawodnika na relaksujące wczasy na Majorce, a Worthington wrócił z nich z jeszcze wyższym ciśnieniem.

Podobne przypadki nie ominęły innych klubów. Ruud van Nistelrooy nie przeszedł testów medycznych w Manchesterze United rok przed ostatecznym transferem na Old Trafford, a w 2009 roku z tego samego powodu nie doszło do transferu Marko Arnautovicia do Chelsea.

Nie jest tak, że Liverpool zerwaniem negocjacji uniknął katastrofy, ale z pewnością mają teraz mnóstwo czasu by poszukać innych opcji.

Ian Doyle