Origi: Zawsze wierzę w siebie

Czas wiele zmienił dla Origiego. Rok temu, kiedy rozpoczynał się nowy sezon, Belg nie mógł być nawet pewien miejsca na ławce rezerwowych Liverpoolu. Wydawało się, że jego dni w klubie są policzone.

Borussia Dortmund bezskutecznie próbowała skłonić Liverpool do wypożyczenia napastnika. Wcześniej the Reds zaakceptowali ofertę Wolves wartą 22 miliony funtów, ale Belg nie chciał przenosić się na Molineux. Zamiast tego został w drużynie Jürgena Kloppa i zwiększył swoje wysiłki, żeby znaleźć się w planach managera.

12 miesięcy później można śmiało powiedzieć, że nie tylko spełnił ten cel, ale nawet na stałe wpisał swoje imię do historii klubu.

Jego bohaterska druga połowa sezonu ukoronowana bramką przypieczętowującą zwycięstwo w Lidze Mistrzów wywindowałago do niemalże ikony the Kop.

Piątkowe otwarcie nowego sezonu Premier League było jego powrotem do domu i spisał się dobrze, kiedy z kolegami z zespołu pokazywali miejsce w szeregu beniaminkowi z Norwich.

Późny powrót Sadio Mané z Pucharu Narodów Afryki dał szansę Origiemu do rozpoczęcia meczu na lewym skrzydle. Gdy schodził z boiska na 16 minut przed końcowym gwizdkiem, kibice żegnali go owacją na stojąco.

- Zawsze miło jest mieć szacunek kibiców - powiedział Origi w wywiadzie dla The Athletic.

- Jestem poruszony tym, że mają dla mnie tyle miejsca w swoich sercach.

- Zawsze chciałem być częścią historii klubu takiego jak Liverpool, to napawa mnie dumą. Zawsze widziałem siebie jako zawodnika wielkiego klubu Premier League i grającego istotną rolę.

- Po zakończeniu kariery usiądę i zastanowię się nad tym co zdołałem osiągnąć. Teraz chcę jednak grać więcej i więcej.

Nazwisko Origi głośno rozbrzmiało na Anfield, kiedy jego dośrodkowanie przypadkiem na bramkę zamienił Grant Hanley. Później wrzawa na jego cześć była jeszcze głośniejsza, kiedy tuż przed przerwą zamienił dośrodkowanie Trenta Alexandra-Arnolda na czwartą bramkę the Reds tego dnia. Belgijski napastnik swój 100. mecz dla klubu uświetnił jednak czymś więcej niż golem i asystą.

Divock jest teraz dużo lepiej dopasowany do stylu Jürgena Kloppa. Niektóre jego zagięcia zostały wygładzone w trakcie treningów w Melwood i Origi jest teraz dokładnie takim typem piłkarza jakim oczekuje go manager. Inteligentnie biegał po skrzydle, a po stracie piłki natychmiast ruszał do kontrpressingu. Klopp stał przy linii bocznej i oklaskiwał jego grę.

Korzyści były widoczne gołym okiem. Na początku drugiej połowy idealnie wbiegł na lewe skrzydło, gdzie wypatrzył go Gini Wijnaldum, tam nie zostawił żadnych szans Tomowi Trybullowi, a następnie idealnie podał do wbiegającego Jordana Hendersona, którego strzał trafił w poprzeczkę bramki Tima Krula.

- Myślę, że jestem teraz innym piłkarzem niż wtedy, gdy przybyłem do klubu - przyznał Origi.

- Czuję, że dorosłem na boisku. Zespół ewoluował, a ja lepiej rozumiem taktykę, jakie decyzje podejmować, kiedy zdać się na kreatywność, a kiedy zagrać prostą piłkę.

- Mój sposób gry składa się z wielu aspektów, ale muszę je zsynchronizować z całym zespołem. Lepiej uczę się gry i to ważne dla mnie, żeby być w stanie zagrać na każdej pozycji w ataku.

Można powiedzieć, że to był istny rollercoaster dla urodzonego w Oostende piłkarza, odkąd dołączył do Liverpoolu z Lille za 10 milionów funtów po Mistrzostwach Świata 2014. Wcześniej na tym mundialu zagrał w reprezentacji Belgii w ćwierćfinale przeciwko Argentynie mając zaledwie 19 lat.

Po transferze pozostał jeszcze przez rok w Lille na zasadzie wypożyczenia. To był dla niego trudny czas, a 20 meczów bez strzelenia bramki sprawiło, że został później wymieniony w najgorszej drużynie sezonu Ligue 1.

W końcu Origi przeszedł na stałe do Liverpoolu, ale po zaledwie 4 miesiącach manager Brendan Rodgers został zwolniony. Jego początki pod wodzą Jürgena Kloppa były obiecujące. Strzelił m.in. hattricka przeciwko Southampton oraz w obu spotkaniach przeciwko Borussii Dortmund w Lidze Europy.

Później doznał jednak bardzo poważnej kontuzji kostki po bandyckim zagraniu piłkarza Evertonu - Ramiro Funes Moriego. Gdy się wyleczył, długo szukał swojej najlepszej formy.

- Myślę, że to było trudne doświadczenie na gruncie zarówno fizycznym jak i psychicznym - powiedział Origi o swojej kontuzji.

- Po ciężkiej kontuzji tracisz na wybuchowości i ostrości gry. Gdy wróciłem w kolejnym sezonie to mieliśmy świetny zespół, nie graliśmy w Europie i bardzo ciężko było wywalczyć miejsce w składzie. Mimo to zawsze czułem wiarę we mnie osób, które mnie otaczały.

W poszukiwaniu najlepszej dyspozycji Divock Origi zdecydował się na wypożyczenie do Wolfsburga w sezonie 2017-2018, ale tam również ciężko było o stabilizację, ponieważ klub z Bundesligi w krótkim okresie prowadziło aż 3 managerów.

Jego występy były krytykowane przez dyrektora Wolfsburga, Olafa Rebbe jednak Origi nie podejmował tego tematu w mediach. Strzelił tylko 7 goli, ale jeden z nich, przeciwko Holstein Kiel dał Wolfsburgowi utrzymanie w Bundeslidze.

- Jak wspominam to wypożyczenie? Jestem bardzo wdzięczny - stwierdził Origi.

- Naprawdę jestem wdzięczny losowi, że mogę grać na tym poziomie. Wielu moich przyjaciół z młodości nie miało szczęścia tego zaznać. W życiu na niektóre kwestie musisz spojrzeć z szerszej perspektywy.

- Jest na świecie dużo gorszych rzeczy niż ludzie, którzy cię krytykują i mówią, że źle grasz w piłkę. Musisz się na to zablokować i starać się dalej robić wszystko jak najlepiej. Im bardziej jestem dojrzały tym lepiej mi to wychodzi.

- Staram się radzić z otaczającym mnie światem. Liverpool mi w tym pomaga. Zawsze musisz umieścić krytykę w należnym jej miejscu. Wiem też, że kiedy gram dobrze to dlatego, że sprawia mi to radość. Dlatego nigdy nie mogę stracić radości z gry.

Mimo to ciężko było utrzymywać uśmiech na twarzy podczas pierwszej połowy zeszłego sezonu. Do początku grudnia Belg zaliczył jedynie 11 minut w przegranym meczu z Crveną Zvezdą w Belgradzie.

- Mentalnie ciężko było to znieść. Jednak codziennie przyjeżdżałem do Melwood z jednym celem: być tak gotowym jak to tylko możliwe. Miałem świadomość, że jestem w jednym z najlepszych składów piłkarskich na świecie i jak cenne jest miejsce na boisku, o które walczę. Zawsze wierzyłem w siebie. Wiedziałem, że mogę pomóc drużynie. Skupiałem się na pozytywnym myśleniu i to pomogło mi przetrwać trudne chwile.

Kiedy większość fanów spodziewała się pożegnania z Origim w styczniu, bieg zdarzeń niespodziewanie obrócił się o 180 stopni. W szaleńcze derbowe popołudnie na Anfield, Divock wszedł z ławki rezerwowych i dał zwycięstwo swojemu zespołowi w szóstej minucie doliczonego czasu gry. To był jego pierwszy gol w Premier League po 19 miesiącach przerwy.

- Nadal nie wiem czemu kopnąłem piłkę do siatki jeszcze raz po strzelonym golu - śmiał się Origi.

- Myślę, że mój umysł był całkowicie na 0 w tym momencie. Mecz był pełen napięcia. Wszyscy po nas oczekiwali, że pokonamy Everton i bardzo się cieszę, że mogłem się do tego przyczynić. Moja ciężka praca zaczęła przynosić efekty.

Później przyszły kolejne chwile uniesień. Późny gol strzelony Newcastle przedłużył szanse Liverpoolu na zwycięstwo w Premier League do ostatniego dnia sezonu, a kilka dni później dwukrotnie trafił do siatki w trakcie meczu-cudu i niesamowitego come-backu Liverpoolu przeciwko Barcelonie.

Zwłaszcza drugi gol, zdobyty po rzucie rożnym wykonanym przez Trenta Alexandra-Arnolda, kiedy obrońcy gości trochę przysnęli wywołał falę euforii na Anfield.

- Było wystarczająco szalenie. Nasza wyjątkowa drużyna, z tymi wspaniałymi fanami, a mimo to przeczucie przed meczem mówiło mi, że 4:0 wydaje się niemożliwe - powiedział Origi.

- Wiem, że Trent lubi grać instynktownie. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że piłka nadchodzi. Miałem może sekundę na reakcję. Spojrzałem szybko w lewo i zobaczyłem, że Gerard Pique stoi w świetle bramki, więc muszę posłać piłkę w dalszy róg. Na szczęście się udało.

Jeszcze więcej euforii Origi dał kibicom, kiedy w Madrycie wszedł z ławki i strzelił bramkę Tottenhamowi zapewniając tym samym zwycięstwo w Lidze Mistrzów Liverpoolowi.

- W tamtym momencie czułem jakby czas się zatrzymał - powiedział Divock.

- W takiej chwili nic nie słyszysz. Chodzisz, widzisz świętujących fanów... niesamowite uczucie.

- Liga Mistrzów od zawsze była moim marzeniem, cały zespół chciał ją wygrać. Nie spałem całą noc. Długo świętowaliśmy. W ciągu 48 godzin spałem może 2 godziny.

- Powrót do Liverpoolu, wspólne świętowanie z miastem i zobaczenie jak wiele ten triumf znaczył dla tych wszystkich ludzi zostanie ze mną na zawsze.

Radość z gry w Lidze Mistrzów Divock świętował z najbliższymi. W Madrycie byli między innymi jego ojciec Mike Origi, były reprezentant Kenii, który z powodu kariery przeprowadził się z rodziną do Belgii na początku lat 90. Był także jego kuzyn, Arnold Origi, bramkarz fińskiego klubu HIFK Fotboll.

- Cała moja rodzina i przyjaciele byli w Madrycie. Widok tych, których kocham czynił mnie szczęśliwym. Przeżyliśmy razem wiele wzlotów i upadków. Zawsze dużo rozmawiam o piłce z moim ojcem, on pomaga mi odpowiednio prowadzić karierę - powiedział Belg.

Po powrocie z wakacji w Los Angeles i Miami Divock Origi uciął spekulacje na temat swojej przyszłości podpisując nowy długoterminowy kontrakt z Liverpoolem. Kolejnym znakiem jego rosnącej roli w drużynie był czas, który dostał od Kloppa w okresie przygotowawczym.

- Moim zdaniem podpisanie nowego kontraktu było zrozumiałą i dobrą decyzją. Klub zawsze okazywał wiarę we mnie. Odbyliśmy kilka dobrych rozmów, wszystko się ze sobą zgrało, to było dosyć łatwe. Musisz słuchać swojego instynktu. Poczułem się doceniony i wiedziałem, że mogę się jeszcze wiele nauczyć. Wciąż mam wiele do zaoferowania temu klubowi.

- To bardzo młoda i utalentowana grupa. Wydaje się, że Madryt jest dopiero początkiem. Jesteśmy głodni kolejnych sukcesów. Widzę ten głód u innych odkąd wróciłem w lipcu. To co czyni ten zespół wyjątkowym to, że łączymy radość z gry z ciężką pracą. Cieszymy się swoim towarzystwem.

W Melwood czuć było kiedyś, że brak wiary w siebie blokuje Origiemu możliwość pokazania pełni umiejętności. Wygląda na to, że coś się w nim jednak odblokowało.

Jeżeli jego poziom występów pozostanie na poziomie tego z Norwich to kwestia znalezienia zmiennika dla trójki Mané - Firmino - Salah ucichnie na dobre.

- Będąc piłkarzem czasem jesteś swoim największym wrogiem. Na pewno będę miał wzloty i upadki w przyszłości, ale z pewnością nie zachwieje to moją wiarą w siebie. Wykonałem kroki naprzód, także te mentalne - stwierdził Origi.

- W krótkim odstępie czasu wydarzył się dla mnie wiele pozytywnych rzeczy. One dały mi pewność siebie na przyszłość.

- Jürgen jest naszym szefem i wierzymy w niego. To stwarza taki poziom zaufania, że każdy chce się poświęcić dla zespołu. Dzięki temu łatwiej jest twoje piłkarskie ego odstawić na bok.

- Wiem, że na koniec i tak zagrają najlepsi i drużyna będzie się dalej rozwijała. To daje mi wewnętrzny spokój. Nie lubię stwarzać deklaracje i narażać się na niepotrzebną presję. Po prostu chcę robić postępy - zakończył Origi.

Kolejne zachwycające owacje na Anfield z pewnością są tylko kwestią czasu.