Analiza taktyczna meczu z NUFC

Kolejne spotkanie wyjazdowe i kolejna porażka. Prośba Hodgsona z początku sezonu, aby oceniać go po 10 spotkaniach brzmi obecnie jak ponury żart. Mimo fatalnego bilansu poza Anfield, Liverpool mógł się jednak pokusić o zgarnięcie trzech punktów. Decydująca okazała się forma napastników.

Liverpool przystąpił do spotkania w identycznym ustawieniu jak w meczu z Aston Villą. Jedyną zmianą, jakiej dokonał Hodgson było wstawienie do składu powracającego do gry Torresa w miejsce Babela. Nowo mianowany menadżer Newcastle, Alan Pardew ustawił swój zespół podobnie a miejsca w pierwszej jedenastce odzyskali wracający po kontuzjach Nolan i Burton.



Żołnierzowi, co grał zucha,
Wszystkich łaje i potrąca,
Świsnął szablą koło ucha,
Już z żołnierza masz zająca.


Tym, co dawało największe nadzieje na sukces Liverpoolu było zestawienie linii obrony Newcastle. Zarówno Coloccini jak i Williamson, podstawowi w tym sezonie obrońcy drużyny z północy Anglii, zmuszeni byli pauzować w wyniku kar nałożonych na nich po meczu z Boltonem. W teorii, konieczność gry mało zwrotnym Campbellem przeciwko dynamicznym zawodnikom takim jak Torres i Ngog była ostatnią rzeczą, której Pardew potrzebował w swoim debiucie na St. James' Park. W praktyce jednak napastnicy Liverpoolu, którzy podobnie jak przeciwko Aston Villi mieli próbować rozciągać obronę rywala i ciągłym pressingiem wymuszać błędy w rozegraniu, stanowili niewielkie zagrożenie.

Decydujący był powrót do gry Torresa. Hiszpan od dłuższego czasu nie może odnaleźć formy z poprzednich sezonów i wczoraj niestety kolejny raz to potwierdził. Współpraca między napastnikami, która tak dobrze wyglądała w poprzedniej kolejce (gdzie zamiast Torresa wystapił Babel), tutaj zawiodła – Torres (na górze) odpowiadający jedynie za wykończenie akcji, w porównaniu z Ngogiem (na dole) prawie wcale nie angażował się w rozegranie, mimo że grał około 20 minut dłużej:



Nie zdarza się to po raz pierwszy w tym sezonie – w meczu z Chelsea podobnie Torres głównie czekał na podania i w ten sposób zapewnił nam zwycięstwo. Jeśli jednak najlepszym zagraniem napastnika w meczu jest pojedyncze przyjęcie piłki, żeby zaraz po tym zmarnować sytuację oko w oko z bramkarzem, nie najlepiej świadczy to o formie zawodnika a tym samym o decyzjach personalnych menadżera.

Diablik to był w wódce na dnie,
Istny Niemiec, sztuczka kusa;
Skłonił się gościom układnie,
Zdjął kapelusz i dał susa.


Prawdziwe kłopoty Liverpool miał jednak w defensywie. O tym, że Andy Carroll będzie stanowił największe zagrożenie wiedzieli wszyscy, łącznie z Hodgsonem, który wspominał o tym w przedmeczowym wywiadzie. Tym większą zagadkę stanowi nasza obrona przy rzucie wolnym w 15. minucie, gdzie jedynym zawodnikiem pilnującym napastnika Newcastle był Martin Skrtel (żółty).



Przy rzucie wolnym z 42. minuty wykonywanym z podobnej pozycji, błąd został naprawiony – za krycie Carrolla odpowiedzialny był już najlepiej grający głową w drużynie Liverpoolu Kyrgiakos (niebieski), wspomagany dodatkowo przez Torresa (czarny). Sęk w tym, że jeśli piłka nożna to gra błędów, to aby liczyć się w walce o zwycięstwo, uczyć należy się na cudzych błędach, a nie swoich, kiedy na ich naprawę jest już zazwyczaj za późno.



Andy Carroll zresztą przez całe spotkanie nie dawał odetchnąć obrońcom Liverpoolu. 21-latek wygrał w sumie 17 z 20 starć o piłkę:



Razem z Ameobim i agresywnymi skrzydłowymi, Gutierrezem i (zwłaszcza) Bartonem, całkowicie dominowali w walce o piłkę. Co gorsza robili to w strefie obronnej Liverpoolu, a każdy przegrany pojedynek w okolicy własnego pola karnego oznacza zagrożenie pod bramką Reiny:



Mimo że zawodnicy Newcastle strzałów oddali stosunkowo niedużo (7, w tym 3 celne), ich ciągły pressing oraz brak w naszych szeregach Carraghera, zwykle organizującego obronę, zmuszał obrońców Liverpoolu albo do panicznych wykopów albo do mozolnego rozgrywania piłki na własnej połowie, co skutecznie neutralizowało zagrożenie ze strony Liverpoolu a konsekwencją większości naszych niecelnych podań (których w tym meczu było aż 129) była długa piłka do któregoś z napastników gospodarzy.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,
Czmychnąwszy dziurką od klucza,
Dotąd jak czmycha, tak czmycha.


Drużyna Alana Pardew nie przebierała w środkach. Wiedząc, że gra w powietrzu jest ich najskuteczniejszą bronią, rzadko kiedy decydowali się na kombinacyjne rozgrywanie akcji, opierając swoją grę o zgrania piłki głową przez napastników. W przeciwieństwie do Liverpoolu, stworzone przez siebie sytuacje (poza pojedynczym strzałem Rangera, sekundy po jego pojawieniu się na boisku) bezlitośnie wykorzystywali, dzięki czemu trzy punkty zostały na St. James' Park.

Jeśli w szaleństwie Mike'a Ashleya, właściciela Newcastle jest metoda, dająca przynajmniej krótkotrwały efekt, to w przypadku Roya Hodgsona, który śrubuje statystyki wyjazdowych spotkań bez zwycięstwa w lidze, nadzieje na zmianę są nikłe. Od jego ostatniego poważnego sukcesu minęło przeszło 20 lat. Od tamtego czasu prowadził dwanaście drużyn, tylko w Fulham pozostając na stanowisku dłużej niż dwa sezony. W sytuacji w jakiej obecnie znalazł się klub, przekonać kibiców Liverpoolu, że powinien zostać choćby do końca roku będzie mu jednak szalenie trudno.

Autor: DWT-Adas Dodano: 14.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON