Liverpool vs Burnley - analiza

Liverpool zdołał wygrać kolejny mecz z rzędu. Przeciwnik był nieprzyjemny, twardo bronił, ale potrafił również zaatakować. Jak wyszło to spotkanie? Rozbiliśmy je tradycyjnie na czynniki pierwsze. Zobaczmy jak radził sobie zespół w obu połowach.

Nie zaczęło się dobrze. Burnley dochodziło do sytuacji, ale również kończyło strzałami stałe fragmenty gry. Chciałem zwrócić uwagę na jedną rzecz przy pierwszy rzucie rożnym w tym spotkaniu. Chodzi tutaj o zachowanie Coutinho.


W analizie meczu z Leicester City pokazywałem, że Coutinho odpuszcza krycie przy stałych fragmentach gry. W tym meczu było bardzo podobnie. Co prawda zaznaczony na czerwono Cou jest dość blisko strzelającego, jednak do strzału koniec końców doszło. Poza tym przy obejrzeniu całej akcji można dojść do wniosku, że Brazylijczyk i tak powinien zdążyć piłkę wybić. Nie tylko rzuty rożne były bolączką w tym meczu. Cała defensywa grała słabo w pierwszej połowie.


Kilka błędów. Pierwszy to zostawianie miejsc na skrzydłach (Clyne w tym meczu często nie nadążał). Drugi to zostawianie miejsca w kluczowej strefie (zaznaczona kołem). Trzeci to fakt, że piłka przeleciała przez wszystkich i trafiła później do bramki. Takich błędów nie wolno popełniać, jednak można je wyplewić. Popatrzmy na kolejny błąd.


Piłka z autu. Dwóch obrońców czeka na piłkę i w efekcie żaden do niej nie ruszył. Później już dwóch kolejnych musi asekurować ostatniego napastnika a i tak doszło do strzału. Defensywa grała bardzo słabo w pierwszej części meczu. Spójrzmy teraz na odbiory.


Pomarańczowe kropki to próby odbioru piłki w wykonaniu piłkarzy Liverpoolu. Przewaga w tym aspekcie gry jest przerażająca. Skupiamy się tutaj wyłącznie na próbach odbioru. Burnley musiało więcej biegać, więcej odbierać i więcej próbować. Jednak do przerwy był remis. Wypada zatem zadać pytanie czy lepiej jest mądrze stać czy głupio biegać?

"Znowu to samo!", "Zupełnie nie uczą się na własnych błędach", "Mogliśmy się tego spodziewać" – najprawdopodobniej właśnie takie myśli przebiegały po głowie kibiców Liverpoolu podczas pierwszej połowy. Po świetnym starciu z Arsenalem przyszedł czas na bolączkę "The Reds", czyli starcie z teoretycznie słabszym rywalem – Burnley. Wszelakie obawy kibiców znalazły odzwierciedlenie w ciągu 45 minut pierwszej połówki. Nie inaczej było już do końca spotkania, choć Liverpool zdołał zdobyć drugiego gola i ostatecznie zwyciężyć po wyjątkowo niemrawej grze.

Sean Dyche nie był szczególnie oryginalny i postawił na sprawdzone w ostatnim czasie sposoby gry na Anfield – głęboka defensywa, szybkie kontry i uniemożliwienie swobodnego rozgrywania piłki przed bramką Heatona. Gdy dodamy do tego silny duet napastników w postaci Graya i Barnesa, osiągamy plan niemal idealny. Tylko niemal, bowiem "The Reds" znaleźli ostatecznie sposób na pokonanie gości.


Gospodarze próbowali wejść w drugą połowę dużo żwawiej niż w pierwszą, kiedy to całkowicie oddali pole gry gościom. Skutecznie utrudniali to zawodnicy Burnley, którzy stosowali bardzo wysoki pressing, zmuszając tym samym Mignoleta do dalekich wykopów. Bramkarz Liverpool wznawiał w ten sposób grę aż 17 razy, ale tylko w 5 takich przypadkach gospodarze pozostali w posiadaniu piłki. Wynikało to głównie z przewagi wzrostu, którą dysponowali gracze Burnley. Divock Origi przegrał aż 14 z 16 pojedynków główkowych, zaś duet defensorów Mee-Keane wygrał 20 z 26 takich starć. Jak widać, taki styl gry nie odpowiadał gospodarzom, którzy za wszelką cenę musieli szukać wolnych przestrzeni na połowie gości.


Jedną z takich sytuacji udało się wykreować około 60 minuty meczu. Aż czterech piłkarzy Liverpoolu zgromadziło się blisko bocznej strefy boiska, umożliwiając tym samym skuteczne rozegranie piłki oraz stworzenie ogromnej przestrzeni w środkowej strefie. Odpowiedni moment na włączenie się do ataku wybrał Emre Can, dla którego do tamtej pory nie było to szczególnie udane spotkanie. Warto pochwalić również Divocka Origiego, który wykonał dwa kluczowe podania w tym meczu – żaden inny piłkarz "The Reds" nie mógł się pochwalić taką statystyką.

Problemy z kreacją gry były w dużym stopniu spowodowane gorszą dyspozycją zawodników ofensywnych. Coutinho miał zaledwie 14 kontaktów z futbolówką w strefie ataku, nie oddając przy tym żadnego strzału i nie dogrywając ani jednej kluczowej piłki. Niewiele lepiej prezentował się Mane, zaliczając 28 kontaktów w strefie ataku i oddając jeden strzał. Ryzyka brakowało również ze strony trójki pomocników, którzy wykreowali tylko dwie sytuację swoim kolegom. Autorem obu z nich był strzelec drugiego gola. Impas w środkowej strefie boiska zauważył Klopp, który podjął odważną decyzję i zdecydował się wprowadzić na boisko młodego Woodburna kosztem Coutinho. Młody Anglik trzymał się bardzo blisko bocznej linii boiska, rozciągając tym samym defensywę gości.


Decydujące uderzenie Niemca było doprawdy wspaniałe, gdyż łączyło w sobie siłę i precyzję. Nie byłoby jednak tej bramki, bez obecności prawego obrońcy w całej akcji. Pozycję Clyne'a widać dokładnie na dwóch powyższych ilustracjach. Anglik poprawnie przemieścił się bliżej pola karnego rywali i absorbował uwagę aż dwóch zawodników gości. Zarówno Arfield, jak i Ward (zawodnicy nad strzałkami), stoją za daleko od swoich kolegów z linii, otwierając Niemcowi pusty korytarz do bramki Heatona. Sam Clyne, choć był kluczowym zawodnikiem w akcji bramkowej, bardzo rzadko bezpośrednio angażował się w kreowanie akcji ofensywnych. Zaliczył zaledwie 13 podań w strefie ataku i wykonał 2 dośrodkowania (oba niecelne). Nieco aktywniejszy, lecz mniej efektywny był James Milner, który wykonał aż 6 wrzutek, ale tylko dwie z nich znalazły adresata. Brak skuteczności w dośrodkowaniach bocznych obrońców można tłumaczyć dobrą i skomasowaną defensywą Burnley, która dodatkowo dysponuje wyjątkowo silnymi i dobrze grającymi w powietrzu obrońcami. Paradoksalnie, pierwsza bramka dla Liverpoolu padła jednak po dośrodkowaniu, kiedy w polu karnym brakowało jedynego napastnika "The Reds", bowiem to on sam dogrywał. Wówczas strzeleckim nosem popisał się Gini Wijnaldum.


Tuż po zdobyciu bramki przez Liverpool, goście ruszyli do zmasowanego ataku. Ilustracja przedstawia rzut wolny, który dla gości był jednoznaczny z przeniesieniem wszystkim najgroźniejszycharmat w pole karne gospodarzy. Ustawienie linii defensywnej Liverpoolu jest dobre, bowiem wszyscy są zgrupowani równie wysoko i teoretycznie krótko kryją rywali. W praktyce jednak dwóch napastników Burnley pali akcje, (nie pozwalając jednocześnie na krycie), jeden z obrońców wykonuje blok, zaś Ben Mee obiega wszystkich graczy, szykując się na odebranie miękkiego dośrodkowania od Arfielda. Wrzutka Kanadyjczyka okazała się dokładna, a cały schemat stałego fragmentu gry skuteczny. Obrona Liverpoolu nieco się pogubiła i, mimo że poprawnie zareagowała na zachowanie atakujących, to Burnley stworzyło sobie dogodną sytuację strzelecką. W tym przypadku nie pozostaje nic innego jak pogratulować gościom ciekawego rozwiązania rzutu wolnego, które z pewnością zaskoczy jeszcze niejeden zespół.


Po zgraniu piłki przez Mee, zawodnicy Liverpoolu byli ustawieni blisko siebie, odcinając od otrzymania piłki dwóch zawodników wbiegających na piąty metr. Problem w tym, że zapomniano o Barnesie, który całkowicie sam, znalazł się w punkcie wykonywania jedenastek. Szczęśliwie dla gospodarzy, Austriak źle trafił w piłkę. Kluczowe było również zachowanie piłkarzy "The Reds", którzy momentalnie wykonali blok, ułatwiając nieco zadania Mignoletowi. W innym wypadku najprawdopodobniej padłaby bramka. Co ciekawe, rzuty wolne były ogromną bolączką Liverpoolu – sam Tom Heaton wykonywał aż 12 stałych fragmentów gry – rzecz jasna każdy z nich lądował w polu karnym Mignoleta. Z 303 podań wykonanych przez Burnley, 79 były kierowane bezpośrednio do napastników, co tylko podkreśla styl gry, jaki narzucili goście.


Przy stanie 2:1, Burnley rozpoczęło próby ataków. Przejawiało się to nie tylko w większej liczbie zawodników goszczących w polu karnym Liverpoolu podczas stałych fragmentów gry, ale głównie w aktywniejszym pressingu. Do napastników dołączyła cała linia pomocy, która zamierzała umożliwić szybki odbiór piłki. Nie był to najtrafniejszy pomysł, gdyż na przestrzeni całego spotkania goście tylko sześciokrotnie odbierali piłkę w środkowej strefie boiska. Taka postawa Burnley była na rękę gospodarzom, którzy z większą łatwością przedzierali się bliżej pola karnego Heatona. Wciąż odbywało się to głównie za sprawą długich piłek – Origi dostał jednak wsparcie Cana, który po wejściu na murawę Lucasa, został przesunięty nieco wyżej. Tym sposobem Liverpool stworzył sobie dwie dogodne sytuacje, ale nie zdołał podwyższyć prowadzenia. Mimo że Can został oddelegowany do wspierania Origiego, to wciąż wykonywał sporo pracy w defensywie – szczególnie istotny był jego wzrost, dzięki któremu wielokrotnie wspierał obronę, wygrywając 5 z 7 starć powietrznych.


Najlepszą szansą na wyrównujące trafienie dla Burnley był aut z ostatnich sekund spotkania. W polu karnym Liverpoolu znajdowało się wówczas 8 podopiecznych Dyche! "The Reds" bronili niemal całym zespołem, bowiem tylko jeden zawodnik stał przed polem karnym. Ustawienie defensywne gospodarzy po raz kolejny w momencie rozpoczęcia akcji nie jest złe. Gorzej wygląda to dopiero, gdy Matip przegrywa pojedynek z Vokesem. Wówczas panuje ogromny chaos, a obrońcy, zamiast pilnować poszczególnych rywali, walczą o natychmiastowe przejęcie piłki, dublując swoje pozycje. Tym sposobem w dobrej sytuacji znalazł się Lowton, który nie zachował się jednak niczym rasowy napastnik i spudłował. Znów kluczowy okazał się Ragnar Klavan, który podobnie jak w przypadku strzału Barnesa, uniemożliwił atakującemu oddanie dokładniejszego uderzenia. Nie ma jednak cienia wątpliwości, że przewaga fizyczna gości była tak ogromna, że każde wstrzelenie piłki w pole karne wiązało się z natychmiastowym strachem w oczach sympatyków "The Reds". Umiejętność gry w powietrzu przez Burnley była jednak nieszczególnie wykorzystywana, gdyż goście wykonali zaledwie 12 dośrodkowań na przestrzeni całego spotkania.

Dla duetu środkowych obrońców Liverpoolu, którzy musieli walczyć z wyjątkowo nieprzyjemnymi rywalami, było to całkiem udane spotkanie. Łącznie wygrali oni 6 z 8 pojedynków główkowych i aż 14 razy oddalali zagrożenie z pola karnego "The Reds" (w tym przypadku prym wiódł Matip, który wykonał aż 12 takich zagrań). Pomimo pressingu ze strony napastników Burnley, Kameruńczyk do spółki z Estończykiem wykonali ponad 120 podań, z których 100 trafiło do adresata.

10 strzałów, 2 celne i 2 bramki. Zwycięstwo. Rzadkość w wykonaniu Liverpoolu, o czym wspominał sam Klopp podczas konferencji prasowej. Gra z pewnością nie zachwycała, wręcz przeciwnie – rozczarowała. Fakty są jednak takie, że za wymęczone zwycięstwo z Burnley, "The Reds" otrzymali tyle samo punktów, co za popisy z Tottenhamem czy Arsenalem. Niekiedy podczas trwającego sezonu, mogliśmy odnieść wrażenie, że podopieczni Kloppa o tym zapominają. Tym razem tak nie było. Choć obraz gry nie zachwycał, nikt nie może odebrać gospodarzom walki, którą włożyli w te trzy punkty. Podopieczni Niemca wygrali aż 20 fizycznych starć podczas meczu, popełnili 12 przewinień i 50 razy przechwycili futbolówkę dzięki agresywnemu doskokowi.

Burnley nie pozwoliło na wiele gospodarzom, wielokrotnie czyniąc ze swojego pola karnego sejf, którego Liverpool nie potrafił otworzyć. Sytuacji nie poprawiali środkowi pomocnicy "The Reds", którzy często podejmowali złe wybory, lub niedokładnie podawali (Lallana 53/64, Can 41/59, Wijnaldum 35/43). Podczas bicia głową w mur do "The Reds" uśmiechnęło się jednak szczęście, które pozwoliło na wyrównanie przed przerwą, za sprawą mającego nosa do strzelania kluczowych bamek - Wijnalduma. Nie ukrywajmy, że pierwsze 15 minut drugiej części gry to również męczarnie Liverpoolu, które skrócił Emre Can. Niemca chwalić należy nie tylko za dokładność uderzenia, ale także za odważną decyzję – wziął on odpowiedzialność na siebie i zaryzykował. Był to często brakujący element w spotkaniach ze słabszymi rywalami.

Nie można chwalić Liverpoolu za styl, ale wypada powiedzieć ciepłe słowo o determinacji i zaangażowaniu, którego z pewnością nie brakło. Na pochwały zasługują również poszczególni zawodnicy, a w szczególności Mignolet, Matip, Can oraz Origi. Pierwszy z nich trzykrotnie w pojedynkę zażegnał niebezpieczeństwo pod swoją bramką, odważnie wychodząc na przedpole. Kameruńczyk był najpewniejszym punktem linii defensywnej zespołu i świetnie radził sobie w stykowych sytuacjach z napastnikami, wygrywając aż 89% takich starć. Emre Can musi zostać wyróżniony ze względu na decydującą bramkę, zaś Divock Origi za ogromny udział przy obu trafieniach. Na pochwałę zasługuje również duch drużyny, bowiem zwycięstwo nad Burnley, było już czwartym w tym sezonie, które Liverpool odniósł z pozycji zespołu przegrywającego. (Arsenal (a), Swansea (a), Stoke (h), Burnley (h)).

Analizę współtworzył @polik96

Autor: Gall Dodano: 15.03.2017

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON