Analiza taktyczna meczu z Evertonem

Powrót Króla na Anfield, mimo obiecującego początku nie wypadł tak okazale jak czerwona część Merseyside oczekiwała. Liverpool kolejny raz po objęciu prowadzenia nie potrafił utrzymać korzystnego rezultatu.

Dalglish, podobnie jak w poprzednich spotkaniach zdecydował się na ustawienie 4-1-4-1, tym razem Jovanovicia i Poulsena zastępując Maxim i Spearingiem. David Moyes wybrał formację 4-4-2 z Beckfordem i Anichebe w ataku.



Mimo odmiennych taktyk, w obu zespołach znalazło się miejsce dla piłkarza kluczowego, na którym trenerzy oparli swoje strategie na to spotkanie. Przez absencję Stevena Gerrarda i Tima Cahilla ciężar gry na swoje barki musieli wziąć Victor Anichebe i Raul Meireles. Głównie z powodu słabszej postawy tych graczy żadna ze stron nie mogła wyrównanego spotkania rozstrzygnąć na swoją korzyść.

David Moyes za cel ataków obrał prawego obrońcę Liverpoolu, Martina Kelly'ego. Mimo dobrych not za ostatnie występy, młody Anglik uznany został za najsłabsze ogniwo, które Anichebe miał za zadanie zniszczyć. Podczas gdy Beckford przez większość spotkania pozostawał na środku ataku, Nigeryjczyk miał schodzić na lewą stronę i walczyć o górne piłki z Kellym.


góra – wykres podań Anichebe
dół – miejsca, gdzie walczył o piłkę



Stąd też, mimo obecności dwóch środkowych napastników na boisku, po przejęciu piłki na połowie Liverpoolu, Everton często zmieniał formację na 4-2-3-1.



Przez całe spotkanie Everton starał się atakować tą stroną boiska, co szczególnie widoczne było w pierwszym kwadransie drugiej połowy. Prawie 1/3 piłek wrzuconych została w pole karne Liverpoolu właśnie w tym okresie.



W defensywie podopieczni Moyesa ustawieni byli z kolei bardzo podobnie do Liverpoolu za czasów Hodgsona – cofnięta linia obrony tworząca z pomocą podwójny blok przed własnym polem karnym, bez agresywnego pressingu całej drużyny.

Liverpool założenie miał inne – zamiast grać długą piłkę do napastników zespół Dalglisha miał prowadzić grę możliwie jak najczęściej po ziemi. Boczni pomocnicy (jak w tym przypadku Maxi – czerwony) mieli zawsze pokazywać się do gry, schodząc do środka jeśli to konieczne. Odpowiednie rozciągnięcie gry było zadaniem bocznych obrońców (żółci).



Kluczowy w tej strategii był grający za plecami Torresa Meireles, mający za zadanie dostarczać piłki Hiszpanowi i w miarę możliwości samemu przechodzić do linii ataku, co dobrze pokazuje grafika średnich pozycji zawodników z meczu:



Z tego drugiego zadania Portugalczyk wywiązywał się wzorowo – po przejęciu piłki, kiedy Everton nie zdążył jeszcze ustawić obrony, Raul z łatwością znajdował luki w defensywie rywala:



Kiedy sprowadzony latem środkowy pomocnik musiał sam rozegrać piłkę pojawiał się jednak problem. Bardzo często to właśnie on, a nie obrońcy Evertonu, kończył ataki Liverpoolu, podając niecelnie aż 17 razy na 41 prób, częściej grając w poprzek boiska niż do przodu. Również żadne z jego dośrodkowań z gry nie doszło do kolegi z drużyny – na sześć prób wszystkie były niecelne.



Mimo strzelonej bramki, Meireles jak na ofensywnego pomocnika zaprezentował się słabo. Przez 81 minut spędzonych na boisku tylko dwa razy próbował zagrać prostopadłą piłkę do wysuniętego partnera – za każdym razem niecelnie.



Każda z drużyn miała swoje szanse w tych derbach, jednak żadna tak naprawdę nie zasłużyła na zwycięstwo. Pomimo niezbyt imponującego bilansu na początku kolejnej przygody Dalglisha z Liverpoolem, nastroje pozostają optymistyczne. Hodgsonowi udało się zabić futbol na Anfield – król Kenny przywrócił nadzieję, że ta drużyna jednak w piłkę grać potrafi.

Autor: DWT-Adas Dodano: 20.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u