Analiza taktyczna meczu z Boltonem

Wreszcie, po kilku tygodniach wstydu i upokorzenia, Liverpool zdołał wyczołgać się ze strefy spadkowej. Przed meczem z Boltonem eksperci na wyspach twierdzili, że dla podopiecznych Roya Hodgsona remis nie byłby złym wynikiem. Na dobrą sprawę trzeźwo myślący kibic nie miał prawa liczyć na nic więcej mając na uwadze formę zespołu i bilans Hodgsona w meczach wyjazdowych.

Liverpool w swoim tradycyjnym ustawieniu 4-2-3-1 po raz pierwszy od prawie 6,5 lat rozpoczął drugi z rzędu mecz ligowy w takim samym składzie. Jednak mimo, że na papierze zespół wyglądał identycznie jak w spotkaniu z Blackburn, w praktyce wyjazdowa taktyka Hodgsona zakładała zamurowanie bramki przez cofnięcie linii obrony i pomocy a w konsekwencji brak jakiegokolwiek wsparcia dla Torresa w walce o górne piłki.



Bolton nie jest drużyną grającą techniczny, piękny dla oka futbol. Ich gra zwykle opiera się na długich piłkach kierowanych do dobrze grających w powietrzu Daviesa i Elmandera. Hodgson ustawiając zespół wybitnie defensywnie zrobił dokładnie to, czego chciał Owen Coyle – zamiast gry na spalone z wysoko wysuniętą linią obrony wybrał walkę w powietrzu w okolicy swojego pola karnego. Rezultat był łatwy do przewidzenia (kropki niebieskie to pojedynki wygrane przez Liverpool, czerwone – przegrane; bramka Reiny z lewej strony grafiki), dla porównania na dolnej grafice przedstawione zostały starcia z naszego meczu na Reebok Stadium w poprzednim sezonie:



Przegrywając 45 z 81 starć w meczu, w dodatku większość z nich na własnym przedpolu, ciężko oczekiwać kontrolowania gry i spokojnego wypunktowania przeciwnika. Zamiast za wszelką cenę starać się utrudnić życie przeciwnikowi, zwyczajnie zaprosiliśmy go pod własne pole karne.

Wysoki pressing zawodników Boltonu jeszcze bardziej potęgował zamieszanie. Mało widoczny Meireles i słabszy tego dnia Gerrard zmuszali defensywę do wycofywania piłki i zagrywania długich podań w kierunku wysuniętego Torresa. W efekcie Reina zamiast być tym, który rozpoczyna budowę akcji, był tym, który je kończył zanim się na dobre zaczęły (znowu, w porównaniu z meczem sprzed roku):



Oh Captain, my Captain

Okazuje się, że tym, który cierpi najbardziej na takim systemie gry jest nie kto inny a nasz kapitan. Jeszcze w zeszłym sezonie Anglik grał jako ofensywny pomocnik a jego rola polegała na operowaniu na przedpolu przeciwnika i wbieganiu w drugie tempo w pole karne. Wczoraj, ustawiony niewiele wyżej od Meirelesa, pozbawiony wsparcia rozciągających pole gry bocznych pomocników i zmuszony do gry środkiem Gerrard zwyczajnie nie był w stanie zagrać na takim poziomie do jakiego nas przyzwyczaił. Jeśli dodać do tego słabszą tego dnia dyspozycję otrzymamy kapitana nadającego się do zmiany po pierwszej połowie.



Francuz z kogutem w skarpecie

Paradoksalnie tym co we wczorajszym meczu pomogło nam najbardziej była kontuzja Cole'a. Hodgson, mając na ławce doświadczonego Jovanovicia, zdecydował się na wariant ofensywny i wprowadził w miejsce Anglika młodego Ngoga, przechodząc tym samym na 4-4-2 z Maxim na lewej stronie pomocy i Meirelesem na prawej. Francuz w przeciwieństwie do meczu z Blackburn dał bardzo dobrą zmianę i wspomógł Torresa w walce z obrońcami Boltonu. Z powodu stosowania ciągłego pressingu podopiecznym Coyle'a w okolicach 70. minuty zaczęło brakować sił, w konsekwencji czego w środku pola zrobiło się więcej miejsca dla pomocników the Reds.

Gdy kolejny raz Jaaskelainen musiał zagrać jako ostatni obrońca i przechwycić prostopadłe podanie do szybkiego Ngoga przed polem karnym, trener zespołu z Reebok Stadium zmuszony został cofnąć linię obrony, co momentalnie wykorzystali gracze Liverpoolu. Rozciągnięcie szyku spowodowało brak asekuracji w zespole Boltonu, dzięki czemu linia pomocy the Reds mogła opanować środek pola i zepchnąć przeciwnika do obrony, wreszcie częściej grając piłką przed polem karnym przeciwnika niż swoim (podania od 70. minuty do momentu zdobycia bramki):



Nie da się ukryć, że obrońca Boltonu, Cahill, ma sporo racji mówiąc, że brakowało im w tym meczu szczęścia, bo to gospodarze stworzyli sobie więcej szans. Torres z Gerrardem zgodnie marnowali swoje okazje w tym meczu, ale przebłysk geniuszu tego pierwszego pozwolił Maxiemu zapewnić nam ważne trzy punkty i pierwszą od dawna wygraną Hodgsona na wyjeździe. Prawdziwym sprawdzianem będzie jednak zbliżający się mecz z Chelsea, który pokaże na co rzeczywiście nas stać w tym sezonie. Ewentualna porażka tragedią nie będzie, jednak jeśli Roy planuje zostać na Anfield dłużej niż sezon, powinien pokazać, że z mistrzem kraju też potrafi walczyć.

Autor: DWT-Adas Dodano: 14.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON