Analiza taktyczna meczu ze Spurs

W sezonie 2008/09, kiedy Liverpool raz za razem odrabiał straty i zwyciężał w meczach, w których wydawałoby się zwyciężyć nie mógł, do zespołu przylgnęła łatka „Comeback Kings” - „Królowie Powrotów”. W bieżących rozgrywkach jeśli coś charakteryzuje grę the Reds to jest to nieumiejętność wygrywania na własnym stadionie.

Tottenham przyjechał na Anfield osłabiony brakiem van der Vaarta, Lennona, Kaboula, Sandro oraz swojego menadżera - Harry'ego Redknappa. Ze składu Kenny'ego Dalglisha tuż przed meczem wypadł Jose Enrique ale głównym tematem i tak był powrót do składu Luisa Suareza. Urugwajczyk, po ponad miesiącu przerwy rozpoczął jednak mecz na ławce rezerwowych - w pierwszym składzie na boisko wyszli dobrze spisujący się ostatnio Carroll, Bellamy i Kuyt.



Oba zespoły rozpoczęły mecz trójką środkowych pomocników, choć z delikatnymi różnicami w sposobie gry. Ustawienie Liverpoolu przypominało 4-2-3-1 z czasów Beniteza, z Gerrardem podwieszonym za środkowym napastnikiem. W defensywie Tottenham ustawiony był w formację 4-1-4-1, z Parkerem operującym między liniami obrony i pomocy. Było to ustawienie raczej elastyczne - przechodząc do ataku zarówno Bale jak i Kranjcar grali zazwyczaj bardziej w środku pola, zostawiając na skrzydłach pole do popisu dla bocznych obrońców.

22-letni Walijczyk wskazywany przed meczem jako największe zagrożenie ze strony Kogutów, swoją karierę rozpoczynał jako lewy obrońca a jeszcze w zeszłym sezonie najczęściej wystawiany był przez Redknappa na skrzydle. W bieżącej kampanii, szukając wolnego miejsca i ucieczki od coraz troskliwiej pilnujących go obrońców zanotował dalszy progres, coraz śmielej opuszczając boczne sektory boiska, grając za napastnikiem, na całej szerokości boiska.


Podania Bale'a w poniedziałkowym meczu.



Tak też było w meczu z Liverpoolem, jednak dobra współpraca między obrońcami the Reds i ich zdecydowane wejścia kasujące kolejne ataki Tottenhamu sprawiły, że Bale zaliczył relatywnie bezbarwny występ, a co za tym idzie, również wysunięty Adebayor został odizolowany i zneutralizowany. Togijczyk zdołał oddać na bramkę Reiny tylko jeden, niecelny zresztą, strzał:



Ciekawiej było po drugiej stronie boiska. Choć ataki Liverpoolu przypominały bicie głową w mur, to od graczy Spurs powstrzymanie gospodarzy wymagało niemałego wysiłku. Gra the Reds w większości spotkań, zwłaszcza tych rozgrywanych na Anfield, jest wyjątkowo łatwa do rozszyfrowania. Dziesiątki dośrodkowań w pole karne zazwyczaj kończą na głowach obrońców, którzy bez większych problemów wybijają piłkę. Jakość wrzutek to jednak tylko połowa problemu - przede wszystkim atakujący w polu karnym grali zbyt statycznie - piłkarze albo czekali aż piłka im spadnie na nos, albo w ogóle pozostawiali wysuniętego napastnika samemu sobie, aby walczył o górne piłki z bramkarzem i czwórką obrońców.

W meczu z Tottenhamem była szansa na zmianę takiego stanu rzeczy - Steven Gerrard, ubezpieczany przez dwójkę cofniętych pomocników, miał atakować w drugie tempo, dając wsparcie napastnikom i dopadać piłek strąconych w polu karnym oraz samemu penetrować obronę Tottenhamu wbiegając z drugiej linii, jak nas do tego przyzwyczaił. Steven Gerrard napotkał jednak na swojej drodze problem, który nazywał się Scott Parker.

Były zawodnik West Hamu wybił z głowy kapitanowi Liverpoolu ofensywne zapędy. Gdzie Gerrard się nie pojawił szukając gry, tam jak cień podążał za nim Parker.









Ostatni slajd pokazuje jednak konsekwencje indywidualnego krycia Gerrarda. Wychowanek Liverpoolu daleko wyciągając defensywnego pomocnika Tottenhamu tworzył lukę między formacjami obrony a pomocy Spurs. Pozostali zawodnicy the Reds nie kwapili się jednak, żeby odkleić się od swoich pozycji i wykorzystać wolną przestrzeń, w związku z czym podopiecznym Dalglisha pozostawało kolejne rozegranie piłki do boku i dośrodkowanie na głowę Dawsona bądź Kinga.

Sytuacja ta zmieniła się w 66. minucie, kiedy na placu gry w miejsce Kuyta pojawił się Suarez. Powracający z zawieszenia zawodnik zajął miejsce na środku ataku u boku Carrolla a Gerrard przesunięty został na prawe skrzydło. W ten sposób Liverpool zyskał dodatkowego człowieka z przodu, ale jednocześnie nie pozostawił nikogo do krycia Parkerowi. Defensywny pomocnik Tottenhamu mógł się zająć zabezpieczaniem własnego przedpola i asekuracją swoich obrońców - 3/4 z jego wybić (góra) i przechwytów (dół) miało miejsce właśnie w tym okresie gry:



Mecz zakończył się sprawiedliwym remisem - żadna ze stron nie potrafiła przebić się przez solidną defensywę przeciwnika. Choć Liverpool momentami zamykał Tottenham w jego polu karnym, to gracze Spurs mieli mecz pod kontrolą. Zespół z Londynu przyjechał po punkt i swój cel osiągnął, natomiast w przypadku podopiecznych Dalglisha, mimo braku porażki w tym sezonie na Anfield, coraz trudniej mówić o atucie rozgrywania meczów na własnym boisku.

Autor: DWT-Adas Dodano: 08.02.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u