Analiza taktyczna meczu z Man United

Dwa gole Wayne'a Rooneya dały United zwycięstwo i powrót na szczyt Premier League. Sir Alex Ferguson przesunął Ryana Giggsa na lewą stronę, wprowadzając Paula Scholesa po imponującym występie Anglika przeciwko Chelsea. Przeciwko Liverpoolowi nie mógł zagrać Chris Smalling.

Pomimo tego, że w ostatnich tygodniach dobrze układała się współpraca Andy'ego Carrolla i Craiga Bellamy'ego, Kenny Dalglish posadził obu na ławce i postawił na osamotnionego Luisa Suareza. Wrócił Jose Enrique, więc Glen Johnson przeszedł z powrotem na prawą stronę.

Pierwsza połowa to całkiem nudny pojedynek, który nie miał w sobie intensywności sugerowanej przez atmosferę zbudowaną wokół niego. Zatrzymanie gry po zaledwie 30 sekundach (kiedy Rio Ferdinand wpadł na Patrice'a Evrę), oznaczało, że gra potrzebowała dłuższej chwili by nabrać pełnej szybkości i ustawić pewne tempo. Kiedy tak się stało, żadna ze stron nie podawała piłki specjalnie za dobrze w środku linii pomocy i nie było wiele sytuacji podbramkowych.



Walka w pomocy

W meczu właściwie najważniejsze znaczenie miała powolna, wyczerpująca walka w linii pomocy. Ustawienie Giggsa na lewej stronie oznaczało, że United miało trzech podających w pomocy (Carrick, Scholes, Giggs), a każdy z nich lubi przytrzymać chwilę piłkę i kontrolować grę. Wybór Jordana Hendersona zamiast Charliego Adama przez Kenny'ego Dalglisha świadczył o większej możliwości wywołania pressingu na United, co miałoby na celu powstrzymanie dominacji rywala na boisku, jednak Liverpool zagrał negatywnie bez piłki, cofając się głęboko i pozwalając United na rozgrywanie. W pierwszych minutach piłkarze United nie radzili sobie z transferem piłki z głębi pola pod pole karne Reiny, a Liverpool cieszył się przyzwoitym posiadaniem piłki.

Jednak wraz z upływem czasu United przejmowali kontrolę. Carrick przesunął się do przodu i często markował Stevena Gerrarda, kiedy pomocnik Liverpoolu przesunął się do lewej (on i Henderson często zamieniali się miejscami), co otworzyło przestrzeń Paulowi Scholesowi, który mógł kontrolować grę. Zaliczył on kolejny efektywny występ, rozprowadzając piłkę od tyłu i ustalając tempo gry.

Problem Spearinga

United przejęli kontrolę między liniami pomocy i ataku. W teorii, miała tam miejsce prosta walka 1v1, pomiędzy Jayem Spearingiem i Waynem Rooneyem. Jednak Spearing zawiódł i nie zagrał dobrze na tej pozycji i prawdopodobnie po raz pierwszy, od kiedy stał się regularnym piłkarzem pierwszego zespołu z powodu kontuzji Lucasa Leivy, nie wyglądał dobrze.

Nie był do końca pewny, do jakiego stopnia ma podążać za Rooneyem na boisku. Czasem biegł za nim w kierunku skrzydła i zostawiał swoją strefę odkrytą. Czasem zostawał na swojej pozycji i Rooney swobodnie przyjmował piłkę. Jednak szczerze powiedziawszy, była to w takim samym stopniu zasługa sprytnej taktyki United, co wina Spearinga - Ryan Giggs grał bardzo blisko środka, jako "drugi numer 10", w bardzo podobny sposób jak Park Ji-Sung został w środku podczas ostatniego meczu pucharowego (poniżej można dostrzec, jak często otrzymywał podania w centralnej części boiska w porównaniu do Valencii na prawej stronie). W dodatku Danny Welbeck cofnął się głęboko do tej strefy, a nawet Scholes przesunął się do przodu, wywołując kapitalną, płynną akcję, którą zakończył strzałem głową wprost w Reinę.



Taktyka United polegała na tym, by otoczyć Spearinga i grać za jego plecami. To problem drużyn grających 4-1-4-1 bez piłki - łącznik pomiędzy obroną a pomocą powinien kontrolować duży, poprzeczny obszar, istnieje zagrożenie, że zawodnicy inni niż numer 10 mogą wbiec w tę przestrzeń niekryci.

Giggs odegrał kluczową rolę. Ale - i jest to duże ale - oznaczało to również, że w defensywie ustawiał się słabo. Złapał się na tym będąc blisko środka, kiedy Liverpool przerzucił piłkę na prawą stronę i Johnson oddał strzał lewą nogą tuż obok słupka. Jeśli ta akcja zakończyłaby się golem, Giggs miałby w niej spory udział, więc jego ustawienie ma swoje plusy i minusy.

Po przeciwnej stronie Antonio Valencia ponownie był lepszy od Jose Enrique. Hiszpański lewy obrońca nie wyglądał na w pełni zdrowego - odpuścił wiele okazji do podłączenia się do przodu i rozciągnięcia gry, chociaż zostając na swojej pozycji wspaniale ograniczył zagrożenie ze strony Valencii w końcówce.



Druga połowa

Jednak wszystko zależało od walki w pomocy. Zaskakujące było to, wobec dominacji United w końcówce pierwszej połowy, że Dalglish nie zdecydował się na zmiany i zaoferował Spearingowi większe wsparcie przez przesunięcie Gerrarda lub Hendersona głębiej do ustawienia przypominającego 4-2-3-1. Dwie równoległe linie zapewniłyby większe bezpieczeństwo.

United objęli prowadzenie tuż po zmianie stron. Pierwszy gol padł z rzutu rożnego, po dłuższej chwili posiadania piłki przez United, a drugi to symboliczna, jeśli nie taktycznie nieunikniona, ilustracja kłopotów Spearinga - stracił piłkę na rzecz Valencii, który podał ją do Rooneya a ten strzelił.

2-0

Długi czas drugiej połowy to statyczna, bez werwy rywalizacja przy stanie 2-0. Ferguson nie zrobił żadnych zmian przez całe spotkanie pomimo tego, że miał w kim wybierać (łącznie z Tomem Cleverleyem), co pokazuje jak zadowolony był z występu zespołu.

Dalglish wykonał podwójną zmianę i przeszedł do 4-4-2. Spearing i Downing, z pewnością najgorsi zawodnicy Liverpoolu tego dnia, ustąpili miejsca Andy'emu Carrollowi, który dołączył do Suareza w ataku i Craigowi Bellamy'emu, który powędrował na lewe skrzydło. Gerrard i Henderson tworzyli wtedy dwójkę środkowych pomocników, a dobrą grę tej dwójki odzwierciedla fakt, że United zdziałali niewiele od momentu bramki na 2-0 i nie cieszyli się taką dominacją przed linią obrony.

Ostatnie minuty

Jednakże miało to miejsce częściowo przez to, że United zwolnili tempo, koncentrując się na utrzymywaniu piłki w pomocy. W pewnym momencie wywołali tym okrzyki "ole" z trybun, w ekstremalnie wczesnej fazie meczu. Powodem tego była bardzo głęboka gra Gerrarda i Hendersona i wysokie ustawienie Suareza i Carrolla, które spowodowało 30-metrową przestrzeń bez zawodnika Liverpoolu, co znacznie ułatwiło wymianę podań drużynie United.

Carroll przynajmniej zapewnił odmienne zagrożenie dla dwójki stoperów Evans-Ferdinand, którzy dotychczas zatrzymywali Suareza. Gol ze stałego fragmentu pozwolił Liverpoolowi wrócić do gry, co było efektem uspokojenia zespołu United i pewnego zlekceważenia. Słusznie jednak zwolnili tempo i grali o wiele lepszy futbol w przeciągu całego spotkania, nawet jeśli nie byli w najlepszej formie.

Podsumowanie

Głównym pozytywem United było przejęcie kontroli w przestrzeni wokół Spearinga, otoczenie go i tworzenie trójkątów na krawędzi pola karnego. Spearing z pewnością nie grał dobrego meczu, jednak z drugiej strony został przytłoczony rywalami i potrzebował pomocy. Naturalne zrozumienie Rooneya i Welbecka również było pomocne, podczas gdy kluczowe było ustawienie Giggsa, nawet jeśli często jego podania były przechwytywane.

Liverpool wyszedł bardzo defensywnie nastawiony, bez szybkości Bellamy'ego i wzrostu Carrolla, który powodowałby zagrożenie w powietrzu, jak podczas meczu na Anfield. Kłopoty Davida De Gei mogą wyglądać na pokonane, jednak pewne jest, że ma wciąż trudności z wysokimi piłkami, a United nie bronią tak dobrze stałych fragmentów bez Nemanji vidicia. Liverpool z dziwnego powodu tego nie wykorzystał (dwa tygodnie wcześniej piłkarze Liverpoolu otaczali De Geę przy rzutach rożnych i to zadziałało).

Liverpool niewiele zyskał na dokonanych zmianach - wrócili do gry w końcówce, jednak nie po dobrej wymianie piłki w otwartej grze.

Michael Cox

Autor: Miler Dodano: 15.02.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u