Analiza taktyczna meczu z Wigan

Wigan Athletic, najsłabiej broniąca u siebie drużyna w lidze, kontra Liverpool, czyli zespół najgorzej atakujący na wyjazdach. Kiedy wydawało się, że the Reds wrócili na właściwą ścieżkę a terminarz wreszcie będzie naszym sprzymierzeńcem, ekipa Roberto Martineza szybko sprowadziła nas na ziemię i przypomniała dlaczego Hodgson nie cieszy się dużą popularnością na Anfield.

Trener Liverpoolu, zgodnie z zasadą futbolowych dinozaurów, zwycięskiego składu nie zmienił i wystawił taką samą jedenastkę jak na niedzielny pojedynek z Chelsea. Martinez spotkanie zaczął ostrożnie, ustawieniem 4-5-1 z często zmieniającymi pozycje skrzydłowymi:



„Jeśli znasz swoich wrogów i znasz siebie, twoje zwycięstwo nie będzie zagrożone w stu bitwach. Jeśli nie znasz swoich wrogów, ale znasz siebie, jedną bitwę wygrasz a drugą przegrasz. Jeśli nie znasz ani swoich wrogów ani siebie, poniesiesz porażkę w każdej bitwie.”

Liverpool mógł wywieźć z DW Stadium trzy punkty. Po obiecującym początku meczu kolejny raz jednak oddał inicjatywę przeciwnikowi, a gra na czas i wybijanie piłki na oślep od 25. minuty gry nigdy nie były dobrym pomysłem. Taktyka, która sprawdziła się w meczu z mistrzem kraju, użyta przeciwko zespołowi, którego celem jest obrona przed spadkiem, grającemu kompletnie odmiennym stylem, delikatnie mówiąc była nietrafiona.

Nietrudno było przewidzieć jak Hodgson zagra, a Roberto Martinez wiedział jak to wykorzystać. W przeciwieństwie do poprzednich gier, tym razem ustawił swoich skrzydłowych N'Zogbię i Cleverleya szeroko, rozciągając obronę Liverpoolu i robiąc miejsce napastnikowi. Trener the Latics zrezygnował z walki przed polem karnym Reiny, gdzie byłby z góry skazany na porażkę, zamiast tego wybierając dominację przy liniach bocznych. W efekcie pole karne Liverpoolu przez cały mecz było bombardowane dośrodkowaniami (czerwone – podania niecelne; niebieskie – celne):



Hodgson dla odmiany po szybko zdobytej bramce wybrał metodę bezładnego bicia głową w mur. Cofnięty zespół rzadko radził sobie z wysokim pressingiem Wigan, w ofensywie licząc jedynie na kolejny błysk Torresa, który był jednak prawie całkowicie pozbawiony wsparcia. Dla porównania podania Liverpoolu:



Przy narastającym naporze zespołu Martineza w drugiej połowie przestał być potrzebny łącznik między atakiem a (w praktyce nieistniejącą już, bo cofniętą do obrony) linią pomocy a skonstruowanie składnego ataku pozycyjnego było tak samo realne jak przejechanie na nartach przez drzwi obrotowe. Kontrowersyjne wprowadzenie Poulsena za Kuyta, mimo że z pozoru wyglądało na zmianę skrajnie defensywną, miało na celu dwie rzeczy: dokładniejsze ufortyfikowanie przed własnym polem karnym, dzięki dodatkowemu, zorientowanemu tylko na obronę pomocnikowi i przesunięcie Gerrarda do ataku, umożliwiając mu tym samym lepszą współpracę z Torresem.

Do tej pory w lidze zdobyliśmy w spotkaniach wyjazdowych 4 bramki – dwie po stałych fragmentach gry Gerrarda z Manchesterem, jedną po genialnej asyście Torresa z Boltonem i jedną wczoraj, oczywiście znowu po akcji tych dwóch zawodników. Mimo minimalnej liczby stworzonych okazji do zdobycia bramki, wariacki plan Roya gry dwójką w ataku i ósemką w obronie był bliski powodzenia, kiedy Gerrard trafił w poprzeczkę. Problem w tym, że forma kapitana we wczorajszym meczu kolejny raz daleka była od optymalnej a większość jego zagrań w okolicach pola karnego nieudana:



„Na wojnie niezbędne jest zwycięstwo, nie długotrwałe operacje”

Hodgson zwycięstw na wyjazdach najwyraźniej nie uważa za konieczność, priorytetem jest uniknięcie porażki, dlatego też przez większą część meczu zespół był skupiony na defensywie. Na ewentualne wygrane poza Anfield liczyć możemy tylko w przypadku dobrej formy zawodników z przednich formacji. Tyle, że w przeciwieństwie do Fulham, szczytem marzeń kibica Liverpoolu nie jest miejsce w środku tabeli. Roy musi to wreszcie zrozumieć. Zrozumieć i zaatakować.

Autor: DWT-Adas Dodano: 14.01.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON