Analiza taktyczna meczu z Evertonem

Otwarta gra i słaba obrona – to właśnie te czynniki najbardziej przyczyniły się do strzeleckiego festiwalu na Goodison Park. Roberto Marinez wybrał swoją najmocniejszą jedenastkę, na ławce znalazł się Leon Osman, tymczasem Brendan Rodgers postawił na ostrożne 4-3-3. Kontuzja Daniela Sturridge'a sprawiła, że z przodu grał tylko Suarez. Miejsce w środku pola zajął Allen, a na lewej obronie zadebiutował Jon Flanagan.

To był wspaniały pojedynek – wprawdzie obrona momentami bywała okropna, lecz obaj menedżerowie podejmowali ciekawe taktyczne decyzje.


Słaba obrona przy stałych fragmentach

Bezmyślne bronienie się przy stałych fragmentach gry miało znacznie większy wpływ na końcowy rezultat niż nastawienie z jakimi wyszły obie drużyny z Merseyside. Wszystkie sześć bramek miały swój początek właśnie w nich (z zastrzeżeniem, co do pierwszej, która była z nim związana). Zawodnicy często znajdowali się na pozycjach, z których mogli strzelić gola zupełnie niepilnowani.

Nie warto rozpatrywać poszczególnych trafień, by wskazać, kto indywidualnie zawinił, jednak trzeba przyznać, że przy czterech z nich zawiodło krycie jeden na jednego. Przy drugiej bramce Lukaku był w stanie bez najmniejszego oporu wykorzystać piłkę lecącą ze stałego fragmentu, to samo miało miejsce przy wyrównującym golu Sturridge'a. Pierwsze trafienie w spotkaniu zawdzięczamy znalezieniu miejsca przy dalszym słupki przez Philippe Coutinho, podobnie padła pierwsza bramka Evertonu. Zarówno Coutinho, jak i Mirallas mieli przed sobą ocean wolnej przestrzeni.

Z pewnością zawiniły jednostki, lecz czy w tym meczu cokolwiek zmieniłaby obrona strefowa? Nawet jeśli uprzemy się przy kryciu indywidualnym nie możemy poprzestać na obwinianiu poszczególnych zawodników, musimy także rozważyć cały system obrony – obie drużyny fatalnie broniły się przy stałych fragmentach.

Trzech na trzech w środku pola

Everton użył swojej zwykłej formacji, natomiast wybór graczy przez Rodgersa pokazał, jaki wielki respekt żywił dla gospodarzy. Nie tylko wystawił trzyosobową pomoc, ale uformował ją tak, by odpowiadała środkowym zawodnikom rywali. Lucas miał się zająć Rossem Barkleyem, Gerrard dobrym znajomym Garethem Barrym, a Allen - Jamesem McCarthym.

Menedżer Liverpoolu wykorzystał w ciekawy sposób Jordana Hendersona, ustawiając go po prawej stronie pomocy i każąc mu pracować w defensywie, blokując tym samym Leightona Bainesa. Pokazało to, jak bardzo the Reds lękali się zagrożenia z jego strony – na papierze znacznie korzystniej byłoby ustawić Hendersona w środku, a Mosesa na flance, jednak powstrzymanie lewego obrońcy the Blues okazało się priorytetem. Jak się potem okazało, młody pomocnik powstrzymał Bainesa bardziej dosłownie niż Rodgers mógł przypuszczać. Przypadkowa kolizja zmusiła piłkarza gospodarzy do opuszczenia boiska z powodu kontuzji.

Nacisk Liverpoolu na rywala podczas gry bez piłki był dość ciekawy. Luis Suarez wykonywał o wiele mniej pracy niż zwykle, goście nie nękali środkowych obrońców Evertonu, pozwalając im na rozgrywanie piłki. Pressing zaczynał się dopiero w momencie przekazania futbolówki do pomocy lub bocznych obrońców.


Lucas kontra Barkley

Najciekawszym indywidualnym pojedynkiem derbów było starcie Lucasa z Barkleyem. Młody pomocnik gospodarzy znakomicie spisał się na szpicy środkowej linii Martineza, często schodził niżej, by otrzymać piłkę i tym samym pozbywał się Lucasa (Brazylijczyk nie był skłonny do większego ryzyka), a także doskonale wykorzystywał luki po jego bokach.


Chwilami Lucas kompletnie sobie nie radził i desperacko potrzebował więcej osłony ze strony swoich kolegów z pomocy. Rywale zmuszali go do krycia sporej przestrzeni oraz do wykonywania desperackich odbiorów. Podczas całego spotkania popełnił cztery faule. Wykres ich rozmieszczenia doskonale pokazuje, jak wielkim obszarem musiał zajmować się Brazylijczyk. Okazało się to kluczowe dla końcowego wyniku, ponieważ dwa z rzutów wolnych odgwizdanych po jego przewinieniach Everton zamienił na bramki.


Poruszanie się Lukaku

Belgijski napastnik zebrał brawa za swoje dwa trafienia, ale kluczowym elementem jego gry było wszechstronne poruszanie się po boisku. Lukaku jest uważany za gracza korzystającego z siły fizycznej, zwłaszcza w pojedynkach powietrznych i biegach przy linii obrony, jednak zapomina się, że jego poruszanie się jest bardzo inteligentne. Martin Skrtel i Daniel Agger mieli z nim wiele problemów przez cały mecz, często jeden z nich był wyciągany ze swojej pozycji, co tworzyło miejsce dla piłkarzy gospodarzy.


Lukaku był w stanie wyciągać także innych graczy Liverpoolu. W pewnym momencie Lucas został zmuszony przez niego do powrotu, aby wykonać odbiór na linii defensywy. Automatycznie zluzowało to Rossa Barkleya. Podobnie było z Flanaganem. Młody obrońca musiał zejść do środka , żeby powstrzymać Belga, dzięki czemu uwolnił Mirallasa, który zaraz potem oddał strzał na bramkę.

Gdziekolwiek jeden z ofensywnych zawodników Evertonu znajdował miejsce, było to zasługą Lukaku, zajmującego gracza drużyny przeciwnej. W meczu, w którym Rodgers chciał zablokować pomocników i bocznych obrońców rywala, rola Lukaku okazała się kluczowa.


Rozpad gry Liverpoolu w drugiej połowie.

The Reds prowadzili do przerwy 1-2, ale po przerwie poziom ich gry dramatycznie spadł. To stała cecha podopiecznych Rodgersa: w dotychczasowych meczach Premier League w tym sezonie Liverpool strzelił w pierwszych połowach 18 bramek, i stracił 4, natomiast w drugich połowach odpowiednio 6 i 9. Menedżer po spotkaniu winił słabe krycie przy stałych fragmentach, lecz powinien się także przyjrzeć kondycji swoich zawodników.

Zmiany Evertonu

Pierwsza była wymuszona przez kontuzję Bainesa. Martinez skorzystał wtedy z okazji do wprowadzenia kolejnego ofensywnego gracza, Gerarda Delofeu. Mirallas zszedł do środka na pozycję 'numeru dziesięć', Barkley cofnął się do pomocy, a Barry zajął dotychczasowe miejsce Bainesa na lewej obronie.

Everton od razu zaczął prezentować się lepiej – za plecami Lukaku znajdowało się teraz trzech dynamicznych graczy. Dzięki zdominowaniu środka pola, Delofeu szybko znalazł się w sytuacji jeden na jednego z Mignoletem.


Zmiany Liverpoolu

Rodgers odpowiedział na roszady w drużynie rywala. Mimo że the Reds wygrywali 1-2, postanowił wzmocnić ofensywę. Wycofał Allena i wprowadził na jego miejsce Mosesa, Henderson grał od tej pory w środku pola.


Potwierdza to tezę, że młody Anglik znalazł się na skrzydle tylko dlatego, by niweczyć zagrożenie ze strony Bainesa. Zadaniem Mosesa stało się atakowanie Barry'ego, który od lat nie występował regularnie na lewej obronie.

Posunięcie Rodgersa było dość osobliwe, ponieważ uczyniło mecz jeszcze bardziej otwartym. Wprawdzie Allen nie imponował, ale potrafił zdyscyplinowanie utrzymywać pozycję, natomiast Henderson to o wiele bardziej energiczny zawodnik, który gra bardziej 'pionowo'. Tymczasem Everton najbardziej zagrażał Liverpoolowi właśnie w środku pola.

Zmasowany atak gospodarzy nadszedł dosłownie chwilę potem. Lukaku zmarnował idealną sytuację czterech na dwóch, nadając piłce śmiesznie małą siłę. The Reds nie dawali sobie rady w centralnych rejonach boiska, ciągle zwiększający się nacisk Evertonu w końcu doprowadził do wyrównania.

Przy stanie 2-2 Rodgers zdecydował się na bardziej odważne posunięcie. Zdjął Lucasa i wprowadził Sturridge'a. Liverpool grał odtąd ustawieniem przypominającym 4-2-4, z atakującymi Coutinho, Suarezem, Sturridgem i Mosesem oraz Gerrardem i Hendersonem w środku pola. Leiva nie radził sobie w defensywie, ale ściągnięcie go z boiska i zastąpienie go ofensywnym zawodnikiem zakrawa na szaleństwo, zwłaszcza biorąc pod uwagę dodatkową przestrzeń, jaką uzyskał Everton w środkowej tercji. Nie trzeba było długo czekać na kolejną sytuację czterech na dwóch w wykonaniu the Blues (po błędzie Hendersona), jednak gospodarze po raz kolejny ją zmarnowali. Ostatecznie nacisk drużyny Martineza wyprowadził ją na prowadzenie.

Końcówka meczu

W tym stadium spotkania menedżer Evertonu dokonał defensywnych zmian. Ściągnął Pienaara i zastąpił go dodatkowym środkowym obrońcą – Johnem Stonesem – ponieważ martwiła go sytuacja, w której Disin i Jagielka byliby zmuszeni stawić czoła duetowi SAS. Formacja Evertonu miała zapewnić sytuację trzech na dwóch w okolicy linii obrony, the Blues ustawili się w formacji 5-4-1.

Ostatecznie główka Sturridge'a w ostatnich minutach meczu uratował punkt dla Liverpoolu. Anglik dał znakomitą zmianę, ale nie zapominajmy, iż to wcześniejsze ruchy Rodgersa sprawiły, że trzeba było odrabiać straty.


Wnioski

To były jedne z najlepszych derbów Merseyside w ostatnich latach. Te z poprzedniego sezonu na Goodison Park (2-2) były równie ekscytujące i to od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego, jednak brakowało im otwartości. Ostatni pojedynek odzwierciedlił tożsamość obu menedżerów – proaktywne podejście do futbolu opartego na podaniach, podczas gdy dawne pojedynki Moyesa z Benitezem były o wiele bardziej ostrożne.

Obie drużyny miały szanse na zdobycie większej ilości bramek, ale to Everton był lepszym zespołem. Stworzył więcej okazji z otwartej gry, w tym trzy sytuacje jeden na jednego, które zmusił Mignoleta do znakomitych obron. Poruszanie się Lukaku rozpraszało środkowych obrońców gości, wyciągało też innych graczy z ich pozycji, co pomogło the Blues znajdować przestrzeń. Także Barkley inteligentnie używał wolnego miejsca wokół siebie, dzięki czemu Lucas zaliczył jeden ze swoich najgorszych występów w czerwonej koszulce. Rozwiązaniem tego problemu nie wydaje się jednak usuwanie go ze składu, a raczej zapewnienie mu odpowiedniego wsparcia.

Kontuzja Bainesa okazała się czynnikiem, który poprawił postawę the Blues w drugiej połowie, częściowo z tego względu, że Martinez szybko zdecydował się na ofensywną zmianę, ale także dlatego, że skusiła Rodgersa do dokonania roszad w swoim zespole, który przecież prowadził. Dało to gospodarzom wiele miejsca do ataku.


zonalmarking.net

Autor: PiotrekB Dodano: 27.11.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u