Analiza meczu z Evertonem

Za nami kolejny mecz ligowy zakończony nie po myśli kibiców i piłkarzy Liverpoolu. Derby byłyby udane, gdyby nie stracony gol w samej końcówce. Tradycyjnie rozebraliśmy to spotkanie na czynniki pierwsze.

Jedno jest pewne, w meczu z Evertonem The Reds byli lepszą drużyną. Choć wynik był remisowy, to wiele statystyk, jak i sam obraz gry wskazują na przewagę Liverpoolu. Wystarczy napisać, że cały zespół Evertonu miał dziewięć stworzonych akcji. Sam Sterling miał ich aż sześć. Nie są najważniejsze suche liczby, a fakt w jakich strefach te akcje były tworzone.


Na niebiesko są pokazane kluczowe podania The Toffes. Tylko jedno z nich zostało posłane w pole karne. Liverpool, takich podań w pole karne, miał aż osiem. Ta jedyna groźna akcja w polu karnym Evertonu zrodziła się po podaniu Bešicia w 66. minucie. Posłał górną piłkę, którą – bez problemu – powinien wybić Lovren. Chorwat, mimo łatwej sytuacji, stracił z pola widzenia Lukaku, któremu niewiele brakowało, aby dosięgnąć piłkę i oddać groźny strzał.

Jak zwykle, na pochwałę zasługuje kultura gry Liverpoolu. Brendan Rodgers, od samego początku żąda od swojego zespołu ciężkiej pracy w każdej fazie gry. Niezależnie od tego, czy prowadzą atak pozycyjny, czy bronią się przed kontratakiem, aktywny udział w grze musi brać każdy zawodnik. To było widoczne również derbach. Ze wszystkich piłkarzy z pola, tylko Martin Škrtel nie miał ani jednego odbioru. Wynika to chyba, jednak, z charakteru gry środkowego obrońcy, który ma raczej nie dopuścić do strzału, niż odebrać piłkę. Oczywiście, w tej statystyce przewodzi Jordan Henderson, który miał w całym meczu aż sześć odbiorów (równie dużo miał jedynie McCarthy).

W całym meczu, gospodarze, nie starali się na siłę prowadzić zmasowanego ataku na przeciwnika, który był przy piłce. Jak zwykle Liverpool prowadził pressing zależnie od fazy ataku, w jakiej znajdował się przeciwnik. Zdarzały się chwile, gdy zawodnicy z linii ataku próbowali odebrać futbolówkę bardzo wysoko. Przykład na obrazku poniżej.


Choć na początku tej akcji Everton bardzo spokojnie operował piłką i nie miał problemów z utrzymaniem się przy niej, to Gerrard wraz z Hendersonem uniemożliwili aby piłka przeszła przez ostatnią linię, która została przed linią obrony (poniżej).


Henderson (żółty) pilnuje Naismitha, Gerrard (czerwony) Besicia, Lallana (czarny) naciska na zawodnika przy piłce, a Balotelli (niebieski) ogranicza możliwość podania do zawodnika z tyłu. Taka sytuacja jak powyższa, ukazuje Liverpool jaki powinniśmy widywać co raz częściej. Zorganizowany pressing w środku pola, który bardzo szybko przeradza się w pressing tercji obronnej przeciwnika.

To właśnie gra w środku pola bez piłki była tym, co najlepiej wychodziło zawodnikom Brendana Rodgersa. W tym elemencie gry bardzo przydatny był Jordan Henderson. Gdy tylko widział dziurę, którą pozostawił któryś z zawodników, od razu ją zapełniał. Jego nieskończone siły na pewno pomogły zapanować nad wydarzeniami na boisku.


Na powyższym zdjęciu, Bešić (czarny) stoi bez krycia w środkowej części boiska. Zaraz dostanie podanie od kolegi z zespołu. Po chwili Henderson (poza kadrem) wykorzysta fakt, że pomocnik Evertonu rozgrywa swój pierwszy sezon w Premier League.


Henderson (żółty) wykorzystuje swoją siłę, Bešić (czerwony) zostanie odepchnięty od piłki, a Gerrard (niebieski), który będzie najbliżej piłki, pośle podanie do przodu. To kolejny przykład tego, jak Liverpool zdobywa przewagę nad przeciwnikiem. Mimo słabego początku sezonu, The Reds pokazali w kilku meczach elementy, które wskazują na to, że nie zapomnieli wszystkiego z poprzedniego sezonu.

Warto w tej części tekstu po raz kolejny pochwalić parę Anglików Henderson – Gerrard. Grali oni dobrze nie tylko w środku. Bardzo dobrze, także asekurowali. Zdarzało się, że gdy całe skrzydło zostało otwarte i nikt nie miał szans dogonić zawodnika, to właśnie para pomocników próbowała zastopować akcje. Tak było w 28. minucie.


Manquillo (niebieski) i Marković (zółty) nie zdążyli powrócić na własną połowę po niecelnym podaniu. O ile asekuracja Gerrarda (czarny) jest w tej sytuacji czymś naturalnym, to fakt, że Henderson zdecydował się zapełnić lukę po jednym ze spóźnionych, zasługuje na podziw.

Mimo spóźnienia w powyższej akcji, zawodnicy grający na skrzydłach zasługują na wiele pochwał. Ich praca w defensywie spowodowała, że ze wszystkich dwunastu dośrodkowań Evertonu, żadne nie zakończyło się strzałem i każde z nich zostało wybite, przez któregoś z obrońców.


Równie dobrze, co w meczu z Tottehamem, wyglądała współpraca pomiędzy zawodnikami. W spotkaniu z Evertonem, było to o wiele bardziej istotne z powodu gry Lukaku na skrzydle. Został on przesunięty w boczny rejon boiska, ponieważ miał za zadnie jak najlepiej wykorzystać pusty korytarz po Moreno. Bardzo ważna, z tego powodu, stała się współpraca Lovrena z Moreno. Kiedy Naismith schodził do boku, na jego miejsca wbiegał Lukaku. Chorwat i Hiszpan nie mogli kryć strefą, ponieważ bez problemu mogli ich szybkim ruchem zgubić przeciwnicy. Często było widać jak środkowy obrońca The Reds wybiegał ze swojej strefy za Szkotem, a Hiszpan na chwilę stawał się środkowym defensorem.

Nie wszystko – mimo wszystko – w tym spotkaniu wyglądało perfekcyjnie. W kontratakach zespół cierpiał z powodu braku mobilności Gerrarda. Zdarzało się, że obaj środkowi pomocnicy byli bardzo głęboko ustawieni i żaden z nich nie chciał wyjść do przodu, aby zablokować potencjalny strzał zawodnika, który wchodzi w drugie tempo.


W tym przypadku, Henderson (czerwony) i Gerrard (czarny) wracają we własne pole karne, ale zbyt obaj znajdują się bardzo blisko linii obrony i nie zwrócili uwagi na zawodnika, który wchodzi w drugie tempo. Jest to jedna z niewielu okazji z tego meczu, która ukazywała wady ustawienia 4-2-3-1.

Autor: własne Dodano: 01.10.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u