Mané udowodnił swoją wartość

Świeżo po zrealizowaniu pierwszego celu na nowy sezon, piłkarze Liverpoolu siedzieli w sanktuarium, jakim dla wielu jest szatnia piłkarska. Po chaotycznym meczu z Arsenalem piłkarze the Reds mieli wiele do przetrawienia.

Na uwagę zasługiwały między innymi geniusz Philippe Coutinho i dynamika Adama Lallany, ale najbardziej wyróżnił się kto inny - Sadio Mané. Po wykonaniu swojego zadania Senegalczyk błyskawicznie przeszedł do porządku dziennego. Mané jest cichy i powściągliwy, oszczędny w słowach, lecz mimo to wiecznie uśmiechnięty.

Na Emirates Stadium Mané sprawił niesamowicie dobre wrażenie, co wymownie - choć nie wprost - potwierdzili jego koledzy z drużyny. Już sam jego gol w tamtym spotkaniu był spektakularny - błyskawicznie zmieniał biegi, by zakończyć akcję celnym strzałem w górny róg bramki, zaliczając najlepszy możliwy debiut w barwach Liverpoolu.


Ostatecznie koledzy z drużyny docenili go jednak za całokształt. Żaden z nich nie powiedział tego wprost, nie posypał się grad superlatyw, ale każdy z nich dał do zrozumienia, że mają w drużynie kandydata na kolejną gwiazdę the Reds.

Sprowadzenie Mané na Anfield z Southampton kosztowało klub 30 milionów funtów, ale bez względu na jego przyszłe występy, dramatyczna bramka na wagę trzech punktów w 227. derbach Merseyside zapewniła mu dożywotnią wdzięczność fanów zasiadających na The Kop.

Przed transferem Mané Liverpool tylko dwa razy zapłacił ponad 30 milionów za jednego zawodnika. Rekord wciąż należy do Andy'ego Carrolla, który kosztował 35 milionów funtów. Poza kilkoma wartymi zapamiętania golami - włączając w to trafienie przeciwko Evertonowi na Wembley w półfinale Pucharu Anglii - kibice Liverpoolu dawno już o nim zapomnieli.

Drugim z nich był Christian Benteke (32.5 miliona), który po roku został odesłany do Crystal Palace, gdyż zwyczajnie nie pasował do wizji Jürgena Kloppa. W Melwood był popularny, ale nikt nie będzie płakał po jego stracie.

Mané zdecydowanie zasłużył na pominięcie sporej kwoty odstępnego przy ocenie jego gry. Jest najlepszym strzelcem z ośmioma bramkami na koncie, do których dołożył cztery asysty, zrównując się w klasyfikacji kanadyjskiej z Lallaną.

Klopp wybrał go na cel numer jeden w letnim okienku transferowym. W pewnym sensie postawił w tej sytuacji na szali swoją reputację i nie krył zachwytu skompletowaniem umowy jeszcze przed okresem przygotowawczym.

- Jest dobry, bardzo dobry. Sprowadzenie go jest dla mnie dobrą wiadomością. Popełniłem błąd nie sięgając po niego w Dortmundzie. Na szczęście miałem drugą okazję! - mówił o nim Klopp, który pluje sobie w brodę, że dwa lata wcześniej nie pozyskał go z Salzburga.

Nie ma co ukrywać - wiele osób kwestionowało kwotę, jaką przeznaczono na zawodnika Świętych. W barwach Southampton grał świetnie, w swoim pierwszym sezonie zdetronizował Robbiego Fowlera, bijąc jego rekord na najszybszego hat-tricka w historii Premier League w meczu z Aston Villą. Teraz jednak miał być rzucony na głęboką wodę, a on podjął to wyzwanie z uśmiechem na twarzy.

Mané jest blisko z Divockiem Origiem, Emre Canem i Nathanielem Clynem, z którym grał na St Mary's, ale jego zaraźliwa, wesoła natura pozwala mu na dobre relacje z całą kadrą, co według Kloppa pomogło mu zaaklimatyzować się na Anfield, nie ukrywając, że był też drugi, jeszcze ważniejszy czynnik:

- Jego umiejętności piłkarskie, bez wątpienia - przyznał Klopp. - Warto też wspomnieć o charakterze drużyny, która przywitała go z otwartymi ramionami od samego początku. To pomaga. Świetnie go przyjęli, wszystkie tego typu detale są ważne, czasem potrzeba też odrobiny szczęścia.

- Potem udało mu się strzelić bramkę w debiucie. Dajcie spokój! Gol w takim meczu wszystko ułatwia. Oczywiście jest jeszcze jego osobowość. To bardzo ciężko pracujący chłopak, trzeba mu to przyznać. Jest otwarty na rady, chce się rozwijać pod każdym względem i próbować nowych rzeczy.

W spotkaniu na Goodison na zawsze zapisał się w historii klubu. Jego wyjazd na Puchar Narodów Afryki będzie dużą stratą dla klubu, ale bramka z Evertonem sprawi, że gdy wróci zostanie przyjęty jak bohater.


Piłkarze Liverpoolu byli przekonani o jego umiejętnościach już po meczu na Emirates. Jego występ w derbach - ukoronowany pojedynkiem biegowym z Ashleyem Williamsem i trafieniem do pustej bramki Evertonu - udowodnił, że przypadnie on do gustu również kibicom zasiadającym na The Kop.

Dominic King

Autor: TPK Dodano: 21.12.2016

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u