Liverpool stracił koncepcję gry

Wiele wskazywało na to, że Jürgen Klopp poradzi sobie z tymczasowymi kłopotami Liverpoolu, jednak obecnie sytuacja wygląda dużo poważniej. Mimo wszystko bicie na alarm i nazywanie tego kryzysem byłoby lekką przesadą.
(*trescdluga*)
Jednakże po zmarnowaniu najlepszej szansy na zdobycie trofeum w tym sezonie, co przyszło tuż po rozczarowaniach w lidze, gdzie the Reds od początku sezonu liczyli się w walce o tytuł, nie sposób zaprzeczyć, że szanse na sukces w tym początkowo świetnie zapowiadającym się sezonie znacznie zmalały.


Jesienną żywiołowość zastąpiła mozolna gra, przez którą każdy mecz staje się niezwykle ciężki - bez względu na poziom przeciwników. W sobotę Liverpool uległ Swansea City, w środę - Southampton. Nawet perspektywa gry w finale z Manchesterem United na Wembley nie pomogła w wytrąceniu drużyny Liverpoolu z zimowego marazmu. Jesteśmy w dołku, nie ma cienia wątpliwości.

Przed nami decydujący tydzień, który może pójść zupełnie nie po myśli Liverpoolu. Ciężko wyobrazić sobie trzecią porażkę z rzędu, zwłaszcza gdy kolejnym rywalem the Reds jest Wolverhampton z Championship, jednak następnym przeciwnikiem Liverpoolu będzie Chelsea. Ten mecz zadecyduje, czy podopieczni Kloppa są w stanie zmniejszyć stratę do liderów Premier League. W obecnej formie obawiam się, że mogą nie podołać temu wyzwaniu.

Prędzej czy później Klopp będzie musiał wyjaśnić jak doszło do obecnej sytuacji, ale na ten moment powinien skoncentrować się na najbliższych spotkaniach. Nie możemy sobie pozwolić na szukanie winowajców, ale z dnia na dzień coraz bardziej potrzebujemy znaleźć rozwiązanie. W przeciwnym razie po obiecującym początku sezonu Liverpool będzie musiał obejść się smakiem, a skorzystają na tym inni.


Skorzystał na tym już Southampton, wygrywając dwumecz w półfinale Pucharu Ligi i nie tracąc bramki z drużyną, która do połowy grudnia strzelała jak na zawołanie. Dla Claude'a Puela był to piąty mecz bez porażki z Liverpoolem i mimo apelów o rzut karny po zagraniu ręką Shane'a Longa nikt nie zaprzeczy, że drużyna Francuza zasłużyła na awans.

Gol Longa w doliczonym czasie był jedynie podsumowaniem dyspozycji Liverpoolu w ostatnich tygodniach. The Reds stracili swoją dobrą formę i nie są już na fali, która prowadziła ich od zwycięstwa do zwycięstwa. Rewanż w półfinale Pucharu Ligi był kolejnym występem, w którym ciężko dopatrzyć się pozytywów. Przez większość spotkania mimo posiadania piłki rywale skutecznie utrzymywali ich z dala od własnej bramki, a kilka sytuacji, w których przedarli się przez obronę Świętych zmarnował Daniel Sturridge, który nie potrafi odnaleźć swojej dawnej dyspozycji i jest jedynie cieniem świetnego napastnika, którym był trzy lata temu.

Liverpool wypadł z rytmu, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Porywisty wiatr i niska temperatura z pewnością nie sprzyjały szybkiej, efektownej grze preferowanej przez Kloppa, ale winą za kiepski występ należy obarczyć tylko i wyłącznie Liverpool. Niecelne podania i brak płynności spowodował, że gospodarze byli w rozsypce, o jakiej kilka tygodni temu nikomu nawet się nie śniło.


Brak Sadio Mané okazał się - zgodnie z przewidywaniami - bardzo bolesny dla drużyny Kloppa, jednak w środę większym zagrożeniem dla the Reds okazał się obecny skrzydłowy Southampton, Dusan Tadić, który zmusił Lorisa Kariusa do bardzo dobrej obrony. Jeszcze lepszą okazję miał Steven Davies, jednak jego strzał wylądował w górnych rzędach the Kop.

W rewanżu powtórzyła się sytuacja z pierwszego spotkania. Święci stwarzali sytuacje, ale nie potrafili ich wykorzystać. Niezwykle wymowne jest to, że Liverpool musiał liczyć na rozluźnienie w szeregach rywali by zachować szanse na awans do finału. Zawodnicy Kloppa nie potrafili stworzyć sobie sytuacji, w czym nie pomagał grający w ataku Daniel Sturridge. Oczywiście, to jego nominalna pozycja na boisku, ale jego styl gry zdawał się nie pasować do pozostałych zawodników w drużynie, co było widoczne już od jakiegoś czasu.

Z racji nikłego zagrożenia ze strony Liverpoolu zadanie gości było całkiem proste. Głęboko cofnięta defensywa Southampton nie musiała się obawiać ataków the Reds i nawet przy kontrach Liverpoolu graczom Kloppa ciężko było znaleźć luki w szykach podopiecznych Puela. Dopiero w 54. minucie goście byli w poważnych tarapatach za sprawą strzału z dystansu Emre Cana, po którym Fraser Forster próbując łapać uderzenie prawie skierował piłkę do własnej siatki i musiał ratować się wybiciem jej z linii bramkowej.

Ta sytuacja dała Liverpoolowi nieco wiatru w żagle. Wzrosła presja zawodników Kloppa i wkrótce potem the Reds powinni prowadzić gdy w dobrej sytuacji znalazł się Sturridge. Niestety Anglik w krótkim odstępie czasu dwukrotnie pomylił się z niewielkiej odległości od bramki.

Na przestrzeni dwumeczu były to najlepsze sytuacje stworzone przez Liverpool. Nie wykorzystując żadnej z nich zasłużenie odpadli z rozgrywek, a gol Longa w doliczonym czasie gry jedynie przypieczętował awans Southampton - na długo przed nim można było dostrzec, że zrezygnowani the Reds pogodzili się już ze swoim losem.

Stracili nie tylko szansę na puchar, ale także koncepcję gry "the Liverpool Way".

Tony Barrett

Autor: TPK Dodano: 27.01.2017

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u