Koniec jest bliski

Styl Kloppa nie stanowi już żadnej tajemnicy. Został rozgryziony. Tych zawodników należy natychmiast się pozbyć. Niech ten okropny sezon już się skończy. Spakujcie księżyc i wyłączcie słońce.

Cóż, forma Liverpoolu po prostu cuchnie. Śmierdzi jak zgniłe jaja zostawione na tylnym siedzeniu Cadillaca zaparkowanego w pełnym słońcu na pustyni Mojave, w którego bagażniku leżą rozkładające się od miesiąca zwłoki, a po siedzeniach biega stado skunksów z biegunką.

Nic dobrego nie można powiedzieć na temat obecnej formy Liverpoolu. Jednak klub ma światowej klasy menedżera i kilku światowej klasy piłkarzy. Są kwestie, które wymagają rozwiązania, ale jest też, i wierzę w to z całego serca, zalążek czegoś wyjątkowego.

Wśród ostatnich problematycznych występów były jedynie dwa przebłyski wysokiej jakości futbolu – mecz z Manchesterem United i mecz z Chelsea. Tak czy inaczej, jak do tej pory rok 2017 jest koszmarny, a ostatnia porażka z Hull była jak cios młotkiem.

Powrót Sadio Mané dodał do ofensywy Liverpoolu tak bardzo potrzebną szybkość i siłę napędową, ale w meczu z Hull praktycznie każdy zawodnik zagrał poniżej standardów. To kolejny moment słabości w tym okropnym roku. I jeżeli mistrzostwo w tym sezonie już przepadło (bo przepadło) to miejsce w Lidze Mistrzów jeszcze nie. Oczywiście, jeżeli nie nastąpi poprawa formy, to także osiągnięcie tego celu będzie wątpliwe. Jednak forma ma to do siebie, że jest zmienna. Może albo pojawić się w jakimś kluczowym momencie meczu, albo stopniowo wzrastać.

Precyzując, Philippe Coutinho od momentu powrotu po kontuzji (i podpisania nowego kontraktu) gra kiepsko. Z kolei Adam Lallana, tuż po wywalczeniu nagrody dla najlepszego piłkarza w Anglii, zaliczył swój najgorszy występ w tym sezonie. Zarówno podwyżka dla Coutinho, jak i nagroda dla Lallany, są w pełni uzasadnione i obaj na to zasłużyli. Może jednak otrzymanie nagrody może cię nieco osłabić. A być może obaj po prostu mieli gówniany dzień – Coutinho nie odnalazł w sobie jeszcze swojej magii, a Lallana dał się pokonać nierównościom na murawie – i ani racjonalna gratyfikacja, ani odrobina krytyki, nie miały na to żadnego wpływu.

(Sprawdźcie: Daniel Kahneman i badania dotyczące izraelskich pilotów myśliwców. Założenie było takie, że elitarni piloci wojskowi, którzy zostali skrytykowani po odbyciu słabego lotu, spiszą się lepiej w trakcie następnego. Z kolei ci, którzy zostaną pochwaleni po szczególnie dobrych powietrznych popisach, następny lot powinni mieć znacznie gorszy. Na tej podstawie ludzie zakładali, że zasada „kija i marchewki” działa. Jednak okazało się, że zarówno pochwały, jak i krytyka, sprawiają, że w następnym locie piloci powracali do normalności. Niezależnie od tego, czy wykonali poprzedni lot dobrze lub źle, bardzo prawdopodobne było, że w następnym zadaniu powrócą po prostu do swojego normalnego poziomu. Oczywiście można dyskutować, czy Adam Lallana mieści się w kategorii „elitarny”, ale Philippe Coutinho z pewnością tak, jak na standardy Premier League, nawet jeżeli nie jest pilotem izraelskich sił powietrznych).

W pierwszej połowie sezonu – patrzmy na nieco dłuższą perspektywę niż tylko 8–9 ostatnich meczów – wielu menedżerów i piłkarzy podkreślało, że Liverpool to jeden z najlepszych zespołów, z jakim przyszło im się kiedykolwiek mierzyć. Kiedykolwiek! Idźcie, poszukajcie ich wypowiedzi. One nadal są w sieci. The Reds grali właśnie tak dobrze.

Po prostu „dobre” zespoły nie wzbudzają takiego entuzjazmu u konkurencji przez połowę sezonu. Słabe i przeciętne zespoły mogą mieć jeden taki dzień, w którym wszystko im „zatrybi”, ale Liverpool między sierpniem a grudniem był naprawdę dobry. Gole, punkty, występy – wszystko najwyższej jakości.

Teraz wszystko to wydaje się zapomniane, niczym odległa era, a nie okres czterech miesięcy włącznie z grudniem. W tych starych dobrych dniach 2016 r. Liverpool po prostu płynął i uprzykrzał życie wszystkim innym. Byli w gazie. Teraz: piłkarze są niezdecydowani, tracą piłkę i strzelają wprost w las nóg defensywy rywali albo dośrodkowują w zmasowane zasieki bardzo wysokich obrońców rywali. Jeśli istnieje anty-Viagra, to w Liverpoolu obecnie ją przedawkowano.

Oczywiste jest, że nie da się stale utrzymywać takiego rozpędu i takiej wyjątkowej dyspozycji. Trudno wytrwać w tym przez cały sezon. W dużej mierze opiera się to na najlepszych zawodnikach, którzy muszą być zdrowi i w najlepszej dyspozycji. Jeśli którykolwiek wypadł ze składu (np. Mané przed meczem z Burnley), od razu wpływało to na grę zespołu. Gdy jednak brakowało dwóch lub trzech z nich, czar pryskał.

Mané jest znów w składzie, Coutinho i Matip wyleczyli urazy, ale powrócili do drużyny, która nie ma już tej świeżości i pewności w nogach. Wpadli w centrum tego kryzysu. Mané znalazł się w wyjściowej jedenastce pierwszy raz, od kiedy Senegal pożegnał się z Pucharem Narodów Afryki, a Simon Mignolet zdążył już stracić głowę (znowu) i animusz zespołu został nadwątlony przez problemy w bramce. Kiedy sprawy zaczynają przybierać zły obrót, to wydaje się, że jeśli jedna rzecz nie pójdzie źle, to kolejna pewnie już tak. Tak czy inaczej, jeżeli bramkarz obdarowuje przeciwnika prowadzeniem w momencie, kiedy cały zespół mierzy się z zapaścią formy, to wszystko robi się jeszcze trudniejsze.

Nie można mieć pewności czy pierwsza połowa tego sezonu pokazała nam swego rodzaju nowe „supermocartswo” w lidze, czy The Reds skumulowali w tym samym momencie świetną dyspozycję pojedynczych zawodników. Wydaje się, że jednak to drugie, ale to z kolei nie podważa tego, jak dobry potrafi być ten zespół przez pewien czas (cztery miesiące). Natomiast nie potrafi być taki przez cały sezon (utrzymanie formy przez dziesięć miesięcy to zupełnie inne wyzwanie). To, że to drugie przekracza możliwości drużyny, było wiadomo już wcześniej, pomimo że obecna obniżka formy jest znacznie gorsza, niż ktokolwiek zakładał. Zresztą te wspomniane cztery miesiące również były znacznie lepsze, niż oczekiwano.

Każdy klub mierzy się z gorszym okresem w trakcie sezonu. Nie ma znaczenia, jaki to klub. Nawet Barcelona przechodziła przez taki pod koniec zeszłego sezonu, kiedy dosłownie wszystko przestało im wychodzić. Na kilka spotkań po prostu zgubili wszystko, co mieli wcześniej w zanadrzu. A grają tam: Messi, Suárez, Iniesta, Neymar i inni. Real Madryt ostatnio pobił klubowy rekord, utrzymując serię 40 spotkań bez porażki. Później wygrali tylko jedno z pięciu spotkań, a przegrali dwa. Nawet Iago Aspas wziął ich na cel. Liverpool doświadcza swoich trudności nieco dłużej niż Barcelona i Real, ale to dwa znacznie lepsze zespoły.

A teraz słyszę, że Klopp musi odejść, że został rozgryziony, że na każdej pozycji w Liverpoolu jest dno, że tuzin piłkarzy powinno zostać sprzedanych, że nie ma planu B.

Kiedyś byłem zwolennikiem planu B. Kiedyś, kiedy byłem młodszy i głupszy. Jednak poza okazjonalnymi korzyściami z wystawiania Petera Corucha, założenia planu B legły w gruzach wraz z pojawieniem się Andy’ego Carolla i Christiana Benteke. Plan B to tylko frazes. Najlepsze zespoły po prostu trzymają się planu A – swoich najlepszych piłkarzy, ich rozwoju oraz rozwoju całego zespołu, uczeniu się podejmowania lepszych decyzji (np. tak jak Barcelona).

Liverpool nie potrzebował planu B, kiedy w pierwszej części sezonu strzelał więcej goli niż jakikolwiek inny zespół. Mnóstwo drużyn broniło się wtedy tak, jak teraz, kiedy grają przeciwko ekipie Kloppa, z tym że wtedy pewność w drużynie była znacznie większa i piłkarze z łatwością wymieniali między sobą podania, podejmując w efekcie mnóstwo prób zdobycia gola (wyjątkiem był mecz z Burnley). Nie wrzucali wtedy bezcelowych piłek w pole karne, co w tej chwili przypomina jakby bezwarunkowy odruch, będący efektem jakiegoś strachu.

W meczu przeciwko Hull dopiero przy stanie 2:0 piłkarze zaczęli pokazywać odważną grę. Po prostu nic nie było już do stracenia. W ostatnich minutach oddawali strzał za strzałem, ale i tak było już po wszystkim.

To kwestia psychiki. Jest to także element presji związanej z byciem piłkarzem wielkiego klubu, od którego oczekuje się wygrywania trofeów, pomimo że od 30 lat nie udało się temu klubowi aż tak wiele tych trofeów wygrać (ale kilka tak). Problem pojawia się wraz z nadejściem serii gorszych występów, kiedy presja odcina nogi nawet najlepszym zawodnikom.

Oczywiście, jeżeli the Reds postanowią panikować i wrzucać nadal piłki w pole karne, to przydatne okazałoby się jakieś wsparcie zawodnika grającego dobrze w powietrzu. Szkopuł w tym, że wysocy zawodnicy mają swoje ograniczenia: ataki załamują się z uwagi na ich grę nogami, nie potrafią wybiegać za linię obrony, nie są tak mobilni, jakbyś tego chciał, a w efekcie paniki, jedynym rozwiązaniem dla każdego kolegi z drużyny staje się ekspediowanie piłki w kierunku wysokiego snajpera. Brendan Rodgers doszedł do tego etapu, kiedy sięgnął po Benteke (nie zważając na koszty), ale okazało się, że zespół z nim w składzie rzadko kiedy prezentował się dobrze, pomimo że to piłkarz posiadający swoje atuty.

A gdy plan B również zawodzi, wszyscy mówią: „po co uciekać się do takiej taktyki?” oraz „dlaczego nie trzymać się tego, co umiemy najlepiej?”.

Nikt natomiast nie mówi, że Liverpool powinien grać sprytniej, spokojniej pod bramką rywala, aby wydostać się z tego bagna. Potrzebuje mądrze grających, przełamujących defensywę rywala piłkarzy, którzy zaczną znowu prezentować to, co pokazywali już wcześniej (aczkolwiek znacznie bardziej martwi kwestia bramkarza).

Drużyny, które zamurowują się w defensywie, są trudne do złamania niezależnie od tego, czy jest się Liverpoolem, czy Burnley. Taktyka na zaparkowany autobus często wywołuje frustrację u czołowych menedżerów, ponieważ daje okazję słabszym zespołom na zdobycie punktu (lub trzech, gdy się przełamią). Nawet najlepsi menedżerowie czasami uciekają się do tej taktyki, grając wyjazdowy mecz z jednym z głównych rywali. Tak zagrała ostatnio z nami Chelsea, tak samo zaprezentował się Manchester United w październiku.

Jednak ten dobry początek sezonu pokazał także ograniczenia tego składu. Latem muszą się pojawić nowi zawodnicy. Nie ma co do tego wątpliwości. To zawsze było jednym z priorytetów. Jednak decyzję czy można było dokonać pewnych działań w tym kierunku już w styczniu, czy jednak poczekać z nimi do zakończenia sezonu, zostawiam Kloppowi i jego sztabowi, ponieważ oni dokładniej wiedzą, co tak naprawdę się działo w zimowym okienku.

(Teraz powtórzę coś, co napisałem już w poprzednim artykule, ale trudno: Tak jak podkreślałem już wcześniej, ludzie chcą, żeby Liverpool kupował zawodników dla samego faktu kupowania. Ściągnijcie czwartego zawodnika z listy celów na daną pozycję, jeżeli nie da się ściągnąć celów nr 1, 2, 3, bla, bla, bla, a później będzie narzekanie, że piłkarz nie jest wystarczająco dobry. Patrz: Ryan Babel – zawodnik, którego Rafael Benítez nie chciał, ale jednak ściągnął do klubu, gdy inne opcje nie wypaliły. Menedżer klubu piłkarskiego często staje przed sytuacjami, z których nie ma dobrego wyjścia. Czasami takie opcje awaryjne okazują się dobrymi nabytkami, ale jednak kiedy taki piłkarz nie spełni oczekiwań, to ci, którzy nawoływali do jego ściągnięcia, nie przyznają się do tego, że mylili się, naciskając na ten zakup).

Wielokrotnie w rozmowie ze mną sugerowano, że wielu zawodników powinno zostać sprzedanych. Taaa, wytnijmy ich wszystkich, nawet takich perspektywicznych jak Divock Origi czy Emre Can, bo przecież inni piłkarze nigdy nie przechodzili przez gorszy okres i żaden młody piłkarz na świecie nie poprawił i nie rozwinął się z czasem. Osobiście uważam, że Origi i Can, czyli jedni z najlepszych zawodników minionego sezonu, powinni być ostatnimi, z których usług klub postanowi zrezygnować, dopóki sami nie zechcą odejść. W obecnej formie nie pomagają zespołowi, ale to nie oni stanowią problem (do tego dojdziemy za moment).

Ludzie będą mówili, że więcej transferów powinno zostać dokonanych w poprzednim, letnim okienku transferowym, ale wprowadzanie do zespołu dużej grupy nowych piłkarzy rodzi chaos. To może się udać w niektórych przypadkach, ale jest bardzo duże prawdopodobieństwo utraty harmonii panującej w szatni. Ponadto, w takiej sytuacji żaden piłkarz nie jest w stanie przewidzieć, jak na murawie zachowa się nowy kolega. Na nic by się też zdały nauczki i doświadczenia z zeszłego sezonu, na których bazie ma pracować zespół pod skrzydłami Kloppa i sztabu trenerskiego. Mając w składzie 10 nowych piłkarzy, mogłoby się okazać, że Liverpool nie rozpocząłby tak dobrze tego sezonu (kto wie?).

I zawsze powtarzam, szacunkowo tylko połowa zrobionych transferów wypali. Statystykę tę może poprawić tzw. dobre (szczęśliwe?) okienko transferowe, ale równie dobrze może okazać się, że żaden z nowych zawodników się nie sprawdza.

Integracja Mané i Matipa przebiegła praktycznie bez zakłóceń. Natomiast Loris Karius miał sporo problemów z wejściem do zespołu (chociaż wydaje się, że wycofanie go z bramki w lidze i umożliwienie odbudowania formy w pucharach chyba mu pomogło, tak jak pomogło, wydawałoby się, Simonowi Mignoletowi). Sporo więcej ma do zaoferowania jeszcze Gini Wijnaldum, który nie był najtańszym zakupem. Na razie radzi sobie dobrze i mam nadzieję, że wkrótce zapracuje na miano dobrego transferu.

W wieku 20 lat Marko Grujić to raczej piłkarz na przyszłość, nawet pomimo faktu, że można było uważać, że jest to już piłkarz „na teraz”, co, jak wiemy, rzeczywistość zweryfikowała. Częściowo, to efekt kontuzji. Ragnar Klavan to solidny obrońca drugiego wyboru. Nie ma co dopatrywać się nowego Franza Beckenbauera w zawodnikach zajmujących trzecie lub czwarte miejsce w hierarchii na danej pozycji. W następnym sezonie Joe Gomez, jeżeli będzie zdrowy i w pełni sił, zepchnie Klavana o jedno miejsce w hierarchii obrońców.

Dwa dobre transfery z letnich zakupów – w tym jeden naprawdę dobry – okienka na pięć transferów piłkarzy w wieku powyżej 20 lat (wykluczając na razie Grujicia) są dobrym osiągnięciem. Kluczem w nachodzącym letnim okienku będzie powtórzenie tego samego i utrzymanie w klubie kluczowych zawodników. Tak jak już podkreślałem, żaden z kluczowych piłkarzy nie jest blisko piłkarskiej starości (to czy Liverpool jest w stanie zatrzymać swoich najlepszych zawodników to inna kwestia, ale możemy wnioskować, że tak, biorąc pod uwagę zabiegi dotyczące dopinania kontraktów).

Odzyskanie przez Philippe Coutinho jego magicznych zdolności byłoby ogromnym krokiem w stronę rozwiązania aktualnych trudności. Jest na tyle zdrowy, żeby grać, ale nie na tyle, żeby znów stać się piłkarskim taumaturgiem, który na boisku widzi to, czego nie potrafią dostrzec inni. Zespół nie musi się teraz mierzyć z terminarzem tygodniowo-weekendowym, z którym zdecydowanie sobie piłkarze nie poradzili, więc będzie więcej czasu na przemyślenia i przypomnienie sobie przed kolejnym spotkaniem, co jeszcze niedawno dawało tak dobre efekty, a także przeanalizowanie tego, co wymaga jeszcze poprawy.

Co by się nie wydarzyło, jestem praktycznie w pełni przekonany, że Simon Mignolet powinien latem odejść. Wydawało mi się, że rozgrywa bezbłędny sezon (a każdy bramkarz ma w trakcie rozgrywek przynajmniej jedną wtopę na swoim koncie), ale w minionym tygodniu dał plamę dwa razy – w trakcie rzutu wolnego wykonywanego przez Chelsea, a w spotkaniu z Hull podarował przeciwnikom gola poprzez swoją niepewną próbę złapania piłki, którą osobiście uważam za bliską określenia „upokarzająca”.

Piłkarze potrafią udowadniać, że ich najgorsze momenty należą już do przeszłości, ale gdy myślisz, że Simon Mignolet w końcu odmienił swoje oblicze, on po kilku chwilach pokazuje ci, że jest recydywistą. O tym, czy Karius jest, czy nie jest, gotów go zastąpić, dopiero się przekonamy. To jeszcze bardzo młody golkiper i może przez moment pozostać numerem dwa. Czas działa na jego korzyść, a w mojej ocenie Mignolet ma już zbyt dużo grzeszków na swoim koncie.

Uważam, że Lucas jest gotowy, aby pójść swoją drogą. Chciałbym, żeby dziesięcioletni pobyt w klubie zwieńczył mistrzostwem, ale nie jest mu to pisane. Sturridge jest z kolei piłkarzem, którego nie potrafię sobie wyobrazić odchodzącego, ale obecnie nie potrafię również dostrzec w nim piłkarza, którym kiedyś był, ani takiego, który potrafi dostosować się do nowego stylu The Reds. Gdyby nadal dysponował swoją dawną szybkością, byłby nieocenionym elementem składu, ale obawiam się, że nie dysponuje już tym atutem. Sami wiecie, że wiele zależy od tego, z jakiej strony zaprezentuje się do maja.

W przypadku wielu innych piłkarzy sytuacja wygląda tak, że wszystko zależy od tego, czy klub znajdzie zawodników lepszych od nich. Ci z kolei będą musieli udowodnić, że faktycznie są od nich lepsi, zanim zajmą ich miejsce w składzie. Zaznaczam, po poprzednim sezonie byłem pierwszym, który chciał sprzedaży Lallany, a okazało się, że w tym sezonie gra rewelacyjnie. Mecz z Hull nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia.

Mané okazał się znacznie lepszym ogniwem w pierwszej linii ataku, więc w pewien sposób Lallana został zastąpiony (pojawia się w tej roli jedynie sporadycznie). Gdyby tak się nie stało, tzn. gdyby Lallana nadawał się tylko do gry w pierwszej linii ataku, to zapewne by go sprzedano. Jednak widzimy, że przypisano mu nową rolę, co dało bardzo zadowalający efekt. To się nazywa ewolucja.

Jednak James Milner na lewej obronie, co naprawdę jest świetnym pomysłem na jakiś czas, to już raczej zagadka. Z pewnością nie chciałbym się go pozbywać, ale ewidentnie wygląda ostatnio na wyniszczonego, pomimo swojej legendarnej już wytrzymałości, bieganiem od jednego pola karnego do drugiego (we współczesnym futbolu ta pozycja nie jest dedykowana starszym piłkarzom). W efekcie jego wpływ na akcje ofensywne znacznie zmalał. Nigdy nie był piłkarzem o oszałamiających umiejętnościach, ale przed Świętami dawał drużynie znacznie więcej.

Powtarzalny Nathaniel Clyne, który imponował mi we wszystkich aspektach swojej gry w pierwszej połowie sezonu, w poprzednim sezonie, a także teraz w 2017 r., w ofensywie spisuje się poniżej oczekiwań. Powrócił do wykonywania odbiorów z bardzo złym ustawieniem ciała – zawsze na sztywno, oparty na prawej nodze – przez co oferuje zaledwie ułamek tego, co może dać. Jego dośrodkowania także znów są kiepskiej jakości. Czy rzeczywiście rozwinął się jako piłkarz, zanim dopadł go dołek formy, czy jego dobra gra w ofensywie była tylko złudzeniem?

Sezon potoczył się tak, że boczni obrońcy Liverpoolu częściej są przy piłce, ponieważ przeciwnicy im na to pozwalają. Jeżeli dodatkowo kluczowi zawodnicy, tacy jak Mané lub Coutinho, wyjeżdżają lub są kontuzjowani, to Milner i Clyne stają się mniej efektywni, gdy reszta zespołu także prezentuje się poniżej oczekiwań.

Clyne świetnie gra w defensywie i jeżeli pojawi się bardziej ofensywny boczny obrońca, to da się usłyszeć także melancholijne westchnięcia, sugerujące potrzebę posiadania dobrego, bocznego obrońcy, który potrafi robić to, co robił Clyne i skończmy już z tymi bredniami o ofensywie. Natomiast jeżeli obaj boczni obrońcy będą nadal otrzymywali tyle przestrzeni do gry, to Milner i Clyne nie będą najprawdopodobniej długofalowymi rozwiązaniami przy takim stanie rzeczy.

Trent Alexander-Arnold wydaje się mieć wszystko, co potrzeba bocznemu obrońcy, ale z drugiej strony ma zaledwie 18 lat (i dopiero dojrzewa). Początek przyszłego sezonu to jeszcze odrobinę zbyt wczesny termin, aby uczynić z niego zawodnika pierwszego zespołu (i jeżeli tylko przydarzy mu się seria gorszych występów – a taką przechodzi każdy młody piłkarz – to i tak wszyscy będą krzyczeć, że „jest do dupy!”).

Moreno oferuje świetną szybkość i energię, ale nie jest wybitnie dobry ani w ataku, ani w defensywie, a ponadto jest zbyt niski, żeby pomagać w bronieniu stałych fragmentów gry. Widzę go wśród piłkarzy odchodzących latem obok Lucasa, Sturridge’a i Mignoleta. Podsumowując, boki obrony to obszary problematyczne, jeżeli założymy, że Alexander-Arnold jest jeszcze za młody, a Joe Gomez potrzebuje jeszcze czasu, aby wrócić na właściwie tory po 15 miesiącach przerwy od futbolu.

Mimo wszystko nie chciałbym zbyt wielu przetasowań w zespole. Młodych piłkarzy, nawet jeżeli nie prezentują się ostatnio najlepiej, warto pozostawić. Nawet poprzez trudności i niepowodzenia dzieciaki potrafią się wiele nauczyć i rozkwitnąć. Powiem więcej, gorsze momenty mogą uczynić z nich jeszcze lepszych zawodników (o ile nie dadzą się zniszczyć nadmiernej i kierowanej bezpośrednio w ich stronę krytyce).

Kolejni młodzi piłkarze będą dalej przebijać się do zespołu, co pozwoli poszerzyć możliwości wyboru. Gdy już udowodnią, że mają wszystko, co jest wymagane – i utrzymają równą formę (co wymaga czasu) – to któryś ze starszych członków składu, który zacznie prezentować się gorzej, może poczuć się jak człowiek zrzucony z łóżka, kiedy młodszy kolega powie „posuń się”. Wróćcie pamięcią do lata i zobaczycie, że wszyscy mówili wtedy o rozpoczynającym się procesie ewolucji. W pierwszej części sezonu wyglądało na to, że prawdopodobnie proces ten przebiega zbyt łatwo i przyjemnie.

Żeby odnieść sukces w sporcie – a zwłaszcza jako menedżer – należy unikać paniki. Fani często panikują, ale oni często ignorują wszystkie inne aspekty i szersze spektrum całego procesu. Nie są ekspertami i nie dysponują takim zasobem informacji, jaki posiada menedżer. Nic nie powinno bazować na panice ani teraz, ani latem (oczywiście, jeżeli Liverpool nie wygra żadnego meczu do maja, to panikować trzeba. I to bardzo).

Z pewnością jest na czym budować. Wyróżniający się i gotowi na teraz piłkarze tacy jak Coutinho, Matip, Mané, Henderson, Firmino, Lallana i Wijnaldum są dopiero w połowie drogi do trzydziestki. Jest Gomez, który według mnie jest niesamowity, jak na 19-letniego defensora. Dodatkowo Sturridge, Clyne, Milner, Lovren, Origi i Can (oraz Ings, jeżeli kiedykolwiek wróci do zdrowia) mogą nadal być uznawani za bardzo przydatnych piłkarzy, nawet jeżeli dzisiaj nie jest to tak oczywiste (i zakładając, że Sturridge zostanie). Karius ma zadatki, aby stać się bardzo dobrym bramkarzem. Czas to zweryfikuje. Nie byłby pierwszym młodym piłkarzem, który miał problemy po głośnym transferze i sobie z tym poradził.

Idąc dalej, Grujić, Alexander-Arnold, Ojo, Ejaria i Woodburn mają ogromny potencjał. Jest też dwóch lub trzech innych młodych adeptów, którzy są coraz bliżej pierwszej drużyny. Można mieć co do nich spore nadzieje. Jest jeszcze wielkie pole do rozwoju i niestety nie ma prostej drogi do wyczekiwanej nagrody. To wymaga cierpliwości. Ci bardzo dobrze rokujący zawodnicy mogą nie spełnić pokładanych w nich oczekiwań, ale nie ma szybkiego sposobu, aby to zweryfikować.

Dopóki Liverpool znów nie wygra meczu, a wkrótce po nim nie wygra następnego, to trudno będzie nam dostrzec las za drzewami. Można też użyć innej metafory: ludzie będą chcieli wylewać dziecko z kąpielą.

Na ten moment zrobiliśmy dwa ogromne kroki naprzód przed końcem roku i jeden duży krok w tył ostatnio. Do maja wyrobimy sobie lepszy pogląd na to, co może przynieść nam przyszłość. Okaże sie, kto przekopywał murawę gołymi rękami i pracował na to, żeby odmienić oblicze tego zespołu, a kto przepadł w tym wyzwaniu.

Paul Tomkins

Autor: Poommaster Dodano: 08.02.2017

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u