Jutro będziemy w raju

Są takie wydarzenia w piłkarskim świecie, które wywołują emocje daleko wykraczające poza te typowe dla sportu. Wydarzenia, które przyciągają uwagę nawet tych, którzy na co dzień nie interesują się sprawami footballu. Sytuacje, które sprawiają, że całe narody wstrzymują dech na te 90 lub 120 minut. Czymś takim jest właśnie finał Ligi Mistrzów, Piłkarskiego Raju- najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek na świecie.

Ktoś może twierdzić, że to tylko sport. Ktoś może mówić, że to zabawa wymyślona przez bogatych dla bogatych, aby stać się jeszcze bogatszym. Ktoś może z tego drwić i szydzić. Będzie to jednak znaczyło, że ten ktoś nie pojmuje tak naprawdę idei piłki nożnej, nie jest w stanie dostrzec subtelnego piękna piłkarskich spektakli, a przez to traci coś z życia. A mogłoby być ono bogatsze właśnie dzięki takim prostym radościom i momentom uniesienia, jakie wywołuje finał Pucharu Europy.

Przed nami kolejny już bój o najcenniejsze klubowe trofeum na świecie. Po raz 52. dwa najlepsze zespoły Champions League zmierzą się w walce o uszatą wazę. I choć to jest już wystarczającym powodem do przyśpieszenia tętna, atmosferę podgrzewa dodatkowo fakt, że jutrzejszy finał będzie powtórką tego sprzed dwóch lat. Pamiętnego 25 maja 2005 roku nasz ukochany klub, Liverpool FC, pokonał w niesamowitych okolicznościach AC Milan, biorąc udział w najwspanialszym finale Pucharu Europy w historii. Teraz los daje Włochom okazję do rewanżu, a The Reds do potwierdzenia tego, że turecka viktoria nie była dziełem przypadku. Ateny witają dwie najlepsze jedenastki Starego Kontynentu!

Droga naszego zespołu do stolicy Grecji była długa i wyboista. Nikt nie może stwierdzić, że los ułatwiał nam zadanie zdobycia szóstego Pucharu Europy w historii. Bo o ile faza grupowa nie była zbyt wielkim wyzwaniem dla The Reds, to już wpadnięcie w 1/16 na broniącą tytułu Barcelonę można nazwać pechem. Sytuację skomplikował na dodatek incydent z pamiętnego zgrupowania w Portugalii. Koniec końców, okazało się jednak, że Czerwoni potrafią zmobilizować się w najważniejszych momentach i że to, co miało ich podzielić- tak naprawdę ich zjednoczyło. Po raz kolejny serce do gry, waleczność, okazały się ważniejsze niż statystyki, pieniądze i nazwiska. Barcelona, uważana obecnie za najlepszy klub świata, musiała uznać wyższość zespołu z miasta Beatlesów, a fani The Reds uświadomili sobie, że ten sezon (skazywany na straty ze względu na kolejną porażkę w lidze) może być jeszcze wspaniały. I nie pomylili się.
W ćwierćfinale nasi piłkarze zrobili to, co do nich należało, czyli gładko uporali się ze słabiutkim PSV. Półfinał z kolei okazał się powtórką batalii sprzed dwóch lat. Po porażce 1:0 na Stamford Bridge, The Reds pokonali Chelsea Londyn w rzutach karnych po dramatycznym spotkaniu na Anfield, pokazując dumnemu Jose Mourinho miejsce w szeregu. Zemsta Londyńczyków nie powiodła się, finał stanął przed Liverpoolem otworem.

Teraz powstaje pytanie: co zrobić, aby ten finał wygrać? OdpowiedĽ jest jedna: zagrać tak jak do tej pory w Lidze Mistrzów. Genezą sukcesów The Reds w Europie jest żelazna dyscyplina narzucona im przez Rafe Beniteza. Jeżeli dodamy do tego niebywałą waleczność naszych ulubieńców, ich niewątpliwe umiejętności techniczne i świetną atmosferę panującą w zespole, wtedy stanie się jasne, dlaczego po raz drugi w ciągu trzech lat awansowali do finału Champions League. To, co nie sprawdza się w stu procentach w lidze, ze względu na jej szybkość i kontaktowość, zdaje jak najbardziej egzamin w Europie, gdzie premiuje się właśnie taki styl gry, jaki prezentuje Liverpool. Styl jak najbardziej defensywny, ale nie nieefektowny- co wielu The Reds zarzuca. Czerwoni zmierzają bowiem w kierunku footballu perfekcyjnego, zachowującego równowagę między wynikiem, a stylem, choć zawsze ważniejsze będzie to pierwsze. Czy jest to dobry kierunek? Jeżeli weĽmiemy pod uwagę fakt, że wielu porównuje już obecną drużynę Liverpoolu do tych z czasów największej chwały, czyli prowadzonych przez legendarnych Shankly’ego i Paisley’a, to chyba odpowiedĽ powinna być twierdząca.

Tym, co z kolei uważa się za szansę Milanu, jest fakt, że będą oni starać się zmazać plamę z 2005 roku. Wydaje się jednak, że poszło to w ich przypadku w złym kierunku, że pragną zemsty. Może to wpłynąć negatywnie na ich grę i przeszkodzić w koncentracji. Liverpool musi to wykorzystać, przecież też ma coś do udowodnienia. Często bowiem pojawiają się głosy mówiące, że zwycięstwo The Reds sprzed dwóch lat było niezasłużone. Wypomina się im gol Luisa Garcii z meczu z Chelsea, to, że ponoć zagrali jedynie 6 dobrych minut w finale z Milanem, nie pokazując poza tym nic. Są to opinie krzywdzące klub z tak bogatą historią i z pewnością podziałają mobilizująco na naszych piłkarzy.

The Reds muszą udowodnić, że są wielcy, dlatego że są wielcy; że nie istnieje żadna inna przyczyna!

Jutrzejszy finał będzie wyjątkowy jeszcze z paru powodów. Dojdzie w nim do, może nie bezpośredniego, ale jednak pojedynku dwóch wielkich piłkarzy: Stevena Gerrarda i Kaki. Umiejętności techniczne są niewątpliwie po stronie Brazylijczyka, jednak nie może on się równać z Anglikiem pod względem serca do gry i miłości do swojej drużyny. Steven jest kapitanem z prawdziwego zdarzenia, dającym z siebie wszystko przez cały mecz, nawet, gdy ma słabszy dzień. On jest natchnieniem Liverpoolu, on jest jego duszą, on jest inspiracją dla swoich kolegów. On pragnie zapisać się w historii najbardziej utytułowanego klubu Anglii i wznieść po raz drugi w swojej karierze Puchar Europy do góry. I żadne, choćby najbardziej niesamowite zagranie Kaki mu w tym nie przeszkodzi.

Kolejnym języczkiem uwagi będzie postać Robbiego Fowlera. God pożegnał się już ze swoimi wyznawcami na Anfield, ma jednak jeszcze okazję przyczynić się do tryumfu Liverpoolu w Lidze Mistrzów. I bez względu na to, czy zagra w podstawowym składzie, czy wejdzie z ławki rezerwowych- ten sukces będzie również jego sukcesem, będzie pięknym pożegnaniem z klubem, który był jego domem. Jest to też z pewnością w głowach reszty piłkarzy, dla których Fowler jest wzorem, dobrym duchem drużyny.

Specjalnie wyjątkowym będzie ten mecz również dla dwóch innych piłkarzy: Jerzego Dudka i Harry’ego Kewella, choć dla każdego z nich z innych powodów. Dudek, tak jak Fowler, pożegna się tym spotkaniem z klubem, w którym spędził prawie 6 lat, choć najpewniej nie zagra w nim ani minuty. Będzie to koniec niezwykle frustrującego okresu jego kariery, jaki ciągnie się od momentu przyjścia do drużyny Pepe Reiny. Przede wszystkim jest to jednak koniec kariery w Liverpoolu jego jednego z najwybitniejszych bramkarzy w historii. Może jednak odejść w spokoju, pozostawiając po sobie godnego następcę.

Dla Kewella z kolei może to być początek najlepszych lat w LFC. Choć nie grał w piłkę od roku, wrócił do wysokiej formy, zadziwiając wszystkich swoim świetnym występem w ostatnim ligowym meczu z Charltonem.

Australijczyk dodaje grze The Reds polotu i fantazji, a to przyda się z pewnością w wielkim finale. Czy zagra w pierwszym składzie? Po wiadomościach o urazie Zendena szanse na to wzrosły i wydaje mi się, że byłoby to świetne rozwiązanie. Choć leczył długo poważny uraz, a na dodatek słynie z podatności na kontuzje, może niesamowicie pomóc The Reds. Już zdarzały się przypadki w historii, że piłkarz po poważnej kontuzji niejako „z marszu” wraca do wysokiej dyspozycji. Przykładem niech będzie Larsson, który po paskudnej kontuzji w 1999 roku zaledwie po kilku miesiącach doszedł do wysokiej dyspozycji, czy nasz Djibril Cisse, który po kontuzji z 2004 roku miał już nigdy w życiu nie kopnąć piłki, a wrócił do gry w końcówce tego samego sezonu, strzelił dwie bramki Aston Villi w ostatniej kolejce Premier League i przyczynił się do zwycięstwa LFC w Stambule. Może więc warto zaufać Harry’emu, który daje nam przecież nowe, ofensywne rozwiązanie.
Być może mój wywód wydał się niektórym zbyt patetycznym, bezkrytycznym wobec The Reds. Trudno mi jednak pisać inaczej, kiedy widzę jak na moich oczach tworzy się historia klubu, który kocham. Historia, zaznaczmy, chwalebna! Jutro drugi raz w przeciągu trzech lat Liverpool FC zagra w finale Piłkarskiego Raju. Zagra mając (w przeciwieństwie do meczu sprzed dwóch lat) po swojej stronie więcej atutów niż ich przeciwnik.
Zagra o szósty Puchar Europy, o drugie miejsce w rankingu drużyn, które to trofeum zdobywały. Zagra...i wygra! Bo ma w swoich szeregach geniusz taktyczny Rafy Beniteza, serce Gerrarda, refleks Reiny, a nawet samego Boga! Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, jeszcze jutro będziemy w raju!

YOU’LL NEVER WALK ALONE!

Autor: Miro Dodano: 22.05.2007

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON