Postacie » Blood Red

Kosztowna lekcja Liverpoolu

Nie zważając na jęki i narzekanie fanów z racji braku transferu nowego lewego obrońcy, z zakończonego właśnie okna transferowego można wyciągnąć jeden wniosek - wszystko wskazuje na to, że klub uczy się na błędach.

To wszystko brzmiało tak strasznie znajomo...

- Zdajemy sobie sprawę z ryzyka - mówił prezydent Nicei, Jean-Pierre Rivère, na piątkowej konferencji prasowej.

- Znamy przeszłość Mario, ale z zadowoleniem podejmę to ryzyko.

Liverpool ma u Rivère dług wdzięczności. To on by katalizatorem umowy, która pozwoliła the Reds zakończyć rozdział jednego z najbardziej tragicznych nabytków w historii klubu.

Menedżer Nicei, Lucien Favre, kręcił się nerwowo w swoim krześle siedząc u boku Rivère i Balotellego na prezentacji zawodnika.

- Nie wiemy jeszcze w jakiej dyspozycji fizycznej jest Mario. Będziemy jednak nad tym pracować.

Powodzenia.

Pozbycie się Balotellego to wielka ulga dla Liverpoolu, ale sam fakt zakontraktowania Włocha jest śmiechu wart.

Latem 2014 roku the Reds otarli się o mistrzostwo kraju, grając w ofensywie futbol tak atrakcyjny, że Kopites podobnego nie widzieli od niemal ćwierć wieku. Wiedzieli także, że najprawdopodobniej stracą bezcennego Luisa Suáreza. Umieszczona w podpisanym w grudniu kontrakcie klauzula odejścia sprawiła, że klub nie był w stanie zatrzymać go na Anfield.

W czerwcu utalentowanym Urugwajczykiem zainteresowała się Barcelona i wszystko było jasne. Katalończycy twierdzą, że zapłacili 65 milionów funtów, a the Reds obstają przy kwocie o dziesięć milionów większej.

Bez względu na ostateczną wartość transferu Liverpool miał zarówno pieniądze, jak i czas, by przy okazji powrotu do Ligi Mistrzów znaleźć godnego następcę Suáreza. Tak się jednak nie stało.

Główny cel transferowy klubu, Alexis Sánchez, z pewnością posiadał umiejętności na miarę następcy Urugwajczyka. Chilijczyk wybrał jednak Arsenal, tłumacząc się tym, że jego żonę skusiła perspektywa życia w stolicy. Potem było już tylko gorzej.

Liverpool aktywował wynoszącą 8.5 miliona funtów klauzulę odejścia Loïca Rémy'ego z QPR, jednak Francuz nie przeszedł testów medycznych. Następny w kolejności Wilfried Bony ze Swansea stawiał za duże wymagania finansowe.

Nagle jednak klub zaczął składać zapytania o dostępność gwiazd europejskiej piłki, takich jak Radamel Falcao z Monako, Edinson Cavani z Paris Saint-Germain czy Karim Benzema z Realu Madryt. Nic z tego nie wyszło.

Wszystko wskazywało na to, że klub nie ma spójnego planu. To było błądzenie po omacku. Zbliżający się koniec okienka transferowego pozostawił Brendanowi Rodgersowi tylko dwie opcje - Balotelli lub transfer za darmo Samuela Eto'o. 34-letni Kameruńczyk okres najlepszej gry miał już jednak dawno za sobą, więc Rodgers wybrał młodszego zawodnika.

- Mogę was zapewnić, że Balotelli nie trafi do Liverpooliu - zaledwie 18 dni wcześniej menedżer the Reds zapewniał reporterów na Sun Life Stadium w Miami. Poza kamerami mówił o tym z taką samą pewnością.

Wtedy pewnie w to wierzył, ale w ciągu kolejnych tygodni Rodgers musiał znacznie obniżyć swoje oczekiwania.

Mimo wielu prób obwiniania kolejnych osób, żaden z członków komitetu transferowego na Anfield nie wyszedł za dobrze na tej przykrej sytuacji.

Liverpool sfinalizował transakcję naiwnie wierząc, że kwota szesnastu milionów funtów (na początku okienka Milan próbował sprzedać Balotellego za niemal dwa razy tyle) była dobrą okazją.

Ogólne przeczucie było takie, że jeśli Balotelli poprawi swoje zachowanie i zrealizuje potencjał, the Reds będą mieli w kadrze napastnika wartego 50 milionów funtów. W przeciwnym wypadku oczekiwano, że zawsze znajdzie się klub chętny na sprowadzenie Włocha i uda się odyskać większość z zapłaconych 16 milionów.

Zawierając w kontrakcie Balotellego klauzule dotyczące zachowania, Rodgers wierzył w osiągnięcie sztuki, która nie odała się wcześniej José Mourinho i Roberto Manciniemu - chciał okiełznać Włocha. Bardzo się jednak pomylił.

Liverpool nabył napastnika będącego dokładnym przeciwieństwem Suáreza w kontekście pracowitości i poruszania się na boisku. Balotelli nigdy nawet nie zbliżył się do poziomu Urugwajczyka, a głupotę tego transferu obnażyły dodatkowo kontuzje Daniela Sturridge'a.

Brak profesjonalizmu i zaangażowania Balotellego było widać też na treningach - był pierwszy do wyjścia.

"Kalkulowane ryzyko" Rodgersa okazało się panicznym - i bardzo kosztownym - zakupem w końcówce okienka transferowego.

Podobna historia miała miejsce w styczniu 2011 roku, kiedy zapałacono Newcastle 35 milionów funtów za Andy'ego Carrolla po sprzedaży Fernando Torresa do Chelsea. W obu przypadkach the Reds szukali następcy ulubieńca the Kop w ostatni dzień okienka transferowego - i w obu zawiedli. Jeśli nie mogli znaleźć odpowiedniego kandydata, powinni najzwyczajniej w świecie poczekać.

Carroll po transferze wystąpił w pierwszym składzie zaledwie sześć razy w drugiej połowie sezonu, a Balotelli w całej kampanii 2014/2015 zaczynał od pierwszej minuty 14 razy. Liverpool skuteczenie radził sobie bez nich.

Fani narzekają na brak transferu lewego obrońcy w zeszłym tygodniu, ale być może klub wyciągnał wnioski z poprzednich lat.

Skoro Jürgen Klopp nie znalazł długoterminowej opcji, do której byłby w pełni przekonany, lepiej było zaczekać. Nie ma sensu ryzykować transferem zawodnika, który nie spełni oczekiwań menedżera.

W sytuacji z Balotellim Liverpool zareagował w pośpiechu i słono za to zapłacił.

James Pearce

Autor: James Pearce Dodano: 04.09.2016

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u