Derby Merseyside » Trylogia meczów derbowych

Część I: Historia Dziadka, Petera

Peter tak samo zresztą, jak jego ojciec pracował w Liverpoolu w porcie Garston. Znany jako „Mały Yanna”, ponieważ jego starszy brat Frank nazywany był „Duży Yanna”, mogę tylko zgadywać, co spowodowało takie przydomki, może to, że Peter nie miał mocnej głowy, bo mały to on nie był. Swoją późniejszą dziewczynę pierwszy raz zobaczył, gdy przywiózł towar dla drużyny Garston Gasworks na Camp Hill. Lewoskrzydłowa Adonis wielu chłopakom wpadła w oko, dzięki wspaniałej grze przy linii bocznej, ale to Rose ukradła serce Petera.

Innymi miłościami Petera było oglądanie i gra w piłkę. Należał do starej szkoły ludzi, którzy lubili oglądać, jak grają Czerwoni z Niebieskimi. Nikt nigdy nie odważył zapytać się go, której drużynie kibicuje i mam nadzieję, że się nie obrazi, jak nazwę go pierwszym Czerwonym w naszej rodzinie. Tak czy inaczej jego pierwszym meczem derbowym, było spotkanie z 7 października 1922 roku na Anfield.

Liverpool: Scott, Longworth, McKinlay, McNab, Wandsworth, Bromilow, Lacey, Forshaw, Johnson, Chambers i Hopkin.
Everton: Fern, Raitt, McDonald, Peacock, Fleetwood, Hart, Chedgzoy, Irvine, Chadwick, Williams i Harrison.

Liverpool nie był faworytem grając trzeci mecz w ciągu ośmiu dni z powodu przełożonego spotkania pucharowego, ale mecz zaczął znacznie lepiej, niż miejscowi rywale. Na trybunach komplet 45 000 widzów i pierwszą znaczącą akcją, jaką zobaczyli była główka Johnsona, która wylądowała na górnej siatce bramki. Hopkin bardzo dobrze sobie radził z Raittem i to właśnie on w tej sytuacji dogrywał piłkę. Kilka minut później Hopkin znowu ograł Raitta, podał do Chambersa, który zmusił Ferna do wspaniałej parady. Jednak niedługo później już wiedzieliśmy, że to nie będzie jednostronne widowisko, kiedy strzał Fleetwooda z dystansu sprawił niemałe problemy Scottowi.

Lacey i Forshaw dobrze współpracowali na prawej flance Liverpoolu, kiedy dwójkowa akcja tych zawodników, dała Forshawowi dobrą pozycję, ograł McDonalda, dośrodkował, Fern wypuścił piłkę wprost pod nogi Johnsona, ten musiał zdobyć bramkę, ale jakimś cudem piłkę z linii bramkowej wybił Fleetwood. Poszła kontra i 1-0 dla Evertonu po golu Wiliamsa.

Gra toczyła się w bardzo szybkim tempie od jednej bramki do drugiej i złe podanie McKinleya spowodowało, że Forbes znalazł się w sytuacji sam na sam, ale wspaniała parada Scotta uniemożliwiła zdobycie bramki. Harrison potem ograł Ephraima, podał do Chedgzoya i ponownie musiał interweniować Scott.

Dopóki Liverpool nie znalazł odpowiedniego tempa było to bardzo jednostronne widowisko, bez przerwy sunęły ataki Evertonu. Scott robił, co mógł, by utrzymać Liverpool w grze. Po jednej takiej paradzie po strzale Irvine’a, Elisha poda na lewo do McKinleya, ten potem do Hopkina, który był na spalonym, ale na szczęście liniowy w tej sytuacji zaspał i sytuację dla Evertonu uratował Raitt i The Reds musieli zadowolić się rzutem rożnym.

Słychać ryk The Kop, jak Hopkin dośrodkowywał piłkę. Ryk podwoił swoją głośność, kiedy Chambers zdobył gola fenomenalnym strzałem głową. To był punkt zwrotny tego meczu, ponieważ chwilę później McNab dał prowadzenie Liverpoolczykom. W przerwie kibice The Reds mieli z czego się cieszyć i celebrowali to pijąc piwo. Niektórzy trochę przesadzili z zabawą i nie zauważyli, kiedy Chambers zdobył trzecią bramkę dla Liverpoolu. Po dwójkowej akcji z Laceyem, Chambers umieścił piłkę w siatce.

To był dzień byłego pracownika doków, Harry’ego Chambersa, jako że dwie minuty później skompletował swój hat-trick podkręconym strzałem z linii pola karnego. Lacey ponownie miał udział przy bramce, zrobił ‘siatkę’ McDonaldowi, zacentrował piłkę, której Fern nie utrzymał w rękach. Bromilow, który obchodził tego dnia urodziny zdobył piątego gola. Ostre starcie w końcówce meczu spowodowało, że Bromilow i Hart zakończyli ten mecz, jako obserwatorzy. Końcowy gwizdek usłyszeliśmy, kiedy Scott popisał się kolejną fenomenalną interwencją. Wspaniałe zwycięstwo dla The Reds.

Dziadek Peter musiał zacząć swoją żmudną wędrówka do Smithdown Road, żeby zdążyć na wóz do domu. Dzisiaj spokojnie można dojechać do Garston w pół godziny samochodem, jednak w tamtych czasach podróż trwała 2-3 godziny. Oczywiście za taką podróż trzeba było zapłacić. Ale to nie są wszystkie złe wieści, mogłeś zostać zamknięty za picie piwa w drodze.

Nie jestem pewien, czy Peter był czerwony, czy niebieski. Ale założę się, że spędził ten wieczór świętując, jakby był czerwony. On po prostu szukał jak najwięcej powodów do bycia szczęśliwym. Liverpool podbudował się tym sukcesem i został Mistrzem Anglii z sześciopunktową przewagą. Cały splendor za tytuł spadł na Matta McQuenna, ale podczas tego meczu trenerem The Reds był David Ashworth.

W 1932 roku Peter poślubił Rose. I po świątecznych zabawach, we wrześniu kolejnego roku urodził się młody William John. To musi być rodzinne u mnie w domu, ponieważ ja też się urodziłem po świątecznych igraszkach. Mimo wszystko, jak William jeszcze ciągle leżał w łóżeczku i ciągle beczał, Peter zdecydował, że najwyższa pora na kolejne derbowe spotkanie.

Nie obejrzał meczu Liverpool 7-4 Everton z powodu obowiązków w pracy. W porcie ludzie krótko pracowali, tylko nieliczni zostali wybierani do codziennych obowiązków. Mimo, że Peter zawsze należał do najbardziej pracowitych robotników, to w tym tygodniu pracował tylko trzy dni.

Jednak we wrześniu 1935 roku jego natura pracownika została dostrzeżona przez szefa jednego z większych gangów. Od tamtej pory Peter zawsze przynosił do domu trochę więcej pieniędzy. Jak już mówiłem ciężko powiedzieć, komu kibicował dziadek to jedno jest pewne, podziwiał legendą, którą był Dixie Dean. Jeśli ktoś wam powie, że był to słaby zawodnik, to ma chyba słabą pamięć. Ale jak oni mieli Dixiego tak my mieliśmy Gordona Hodgsona. Nasz król hat-tricków do dziś ma najlepszy bilans zdobytych goli co do rozegranych spotkań.

Więc Peter prosto z doków udał się na Anfield. Rozmowa po drodze oczywiście była na temat, czy Dixie znowu nas pogrąży? A może Hoddo będzie bohaterem? Nikt nie mówił o nowym chłopaku na lewej stronie – Howe, w końcu to były jego pierwsze derby. Dobrą wiadomością było to, że Sagar (ten, co puścił siedem bramek) ciągle grał w Evertonie.

W tamtych czasach homoseksualizm był bardzo skrywany, ale ja nie potrafię współczuć chłopcom, którzy śpiewali „Chciałbym być w Dixiem”.

Liverpool: Riley, Cooper, Blenkinsop, Savage, Bradshaw, McDougall, Nivvy, Hodgson, Wright, Howe i Carr.
Everton: Sagar, Williams, Cresswell, Britton, White, Thomson, Geldard, Miller, Dean, Stevenson i Leyfield.

Everton rozpoczął ten mecz tak, jakby chciał zmieść Liverpool z powierzchni ziemi. Zwłaszcza Dixie sprawiał dużo problemów, dwa razy był bliski zdobycia bramki, ale po 15 minutach Liverpool przejął kontrolę. Carr ograł Williamsa, dośrodkował prosto na głowę Howego i 1-0. 15 minut później Hoddo podwyższył na 2-0. The Reds wyraźnie byli lepsi.

Zaledwie 5 minut później Gordon zdobył swoją drugą bramkę, tym razem potężnym strzałem, Sagar nawet nie zareagował. Tuż przed przerwą Howe także zdobył swojego drugiego gola, to był koszmar dla Sagara. Znowu kibice The Reds mogli świętować w przerwie.

Liverpool grał bardzo widowiskowy futbol, a tak zwana „Szkoła nauki” próbowała odkryć tlen. Jak drużyny wyszły na drugą część gry, żaden zawodnik Evertonu nie miał krzty nadziei na końcowy sukces. Fani Evertonu patrzyli na bezradność swoich ulubieńców, Dixie się starał, ale nic z tego nie wychodziło, jak się potem okazało doznał kontuzji w pierwszej połowie.

Howe i Hodgson jednak mieli misję. Który zdobędzie hat-tricka? Każdy by postawił na Gordona, ten jednak miał dwie okazje, których nie wykorzystał, w przeciwieństwie do Howego, który zdobył kolejne dwie bramki i skończył mecz z czterema trafieniami na koncie.

Ten mecz przeszedł do historii, Najwyższe Zwycięstwo w Historii Derbowych Spotkań Liverpool 6 – 0 Everton.

Teraz podróż będzie trwała krócej, ponieważ są już elektryczne pociągi. Niektórzy kibice mieli nawet samochody.

Czy Howe okazał się nowym odkryciem? Można tak powiedzieć. Siedem dni później zdobył hat-tricka w wygranym 7-2 meczu z Grimsby Town. Jednak historia pokaże, że odegrał tylko poboczną rolę, obok Gordona, który był maszyną do zdobywania goli. Dixie? Jak mówił mój dziadek na zawsze zapisał się w historii Merseyside, jako legenda i trzeba przyznać, że ZASŁUŻENIE.

Część II: Historia mojego ojca

Między 1957 a 1965 rokiem mieszkaliśmy w pięciu różnych domach. Naprawdę często zmienialiśmy adres!

Ta historia zaczyna się w naszym trzecim domu w Garston, jak wyprowadziliśmy się już z Brunswick Street (pod mostem) i Calthorpe Street (obok parku), i zamieszkaliśmy na Condor Close (obok rynku). Mój ojciec pracował także w wielu różnych miejscach, ale jego ostatnia praca w Fordzie mogła spowodować, że w końcu może zostaniemy na dłużej w nowym domu. Mam mieszane uczucia na temat Condor Close. Po pierwsze, każdy sąsiad był kibicem Evertonu. Po kolei, Bembo, Carrol, Feast, Reid i Hughues kibicowali niebieskim. Ale jak pamiętam moi rodzice z przeprowadzki byli bardzo zadowoleni i bardzo szybko poznali nowych przyjaciół.

Gerry Flaherty i Angela także mieszkali niedaleko. Właśnie Gerry bardzo zaprzyjaźnił się z moim ojcem. Nie wiem, czy dzięki ich miłości do Liverpoolu, czy wspólnej pracy, ciężko powiedzieć. To było na tydzień przed moimi ósmymi urodzinami i cały tydzień głównym tematem na całej ulicy była zbliżająca się bitwa pomiędzy Liverpoolem i Evertonem. Miałem wielkie nadzieje, że to będzie mój pierwszy derbowy mecz, ponieważ co innego mogą mi dać na urodziny. Jednak wraz z biegiem czasu nie wyglądało to tak dobrze. Nie było w ogóle tematu, że ja też pójdę na mecz.

W piątek postanowiłem pogadać o tym z ojcem. Jednak rozmowa zakończyła się nie po mojej myśli. Tłumaczyli mi, że za dużo kibiców idzie na mecz i jest zbyt duże prawdopodobieństwo wypadku. Potem już oficjalnie ogłoszono, że na stadionie jest 53 557 osób, więc tata miał rację. Zaparkowaliśmy naszego forda poza stadionem i ojciec z Gerrym poszli na mecz.

Gladiatorami tamtego dnia byli:

Liverpool: Lawrence, Strong, Byrne, Milne, Yeats, Stevenson, Callaghan, Hunt, St John, Smith i Thompson to Spartanie.
Everton: West, Wright, Wilson, Gabriel, Labone, Harris, Scott, Young, Pickering, Harvey i Morrissey to Trojanie.

Już w pierwszych minutach meczu było widać, że Mae West jest w życiowej formie. Jego instynktowna parada po strzale Yeatsa była naprawdę niewiarygodna. Potem broniąc strzał Hunta z woleja wprawił wszystkich w osłupienie. Jednak to nie wszystko potem jeszcze powstrzymał Thompsona w sytuacji sam na sam. Minęło ledwie pięć minut i strzał Sir Rogera wylądował na poprzeczce, a chwilę później Smith trafił w tą samą poprzeczkę strzałem z dystansu. Zaledwie po 10 minutach The Reds mogli prowadzić różnicą pięciu bramek, gdyby nie West.

St.John sprawiał mnóstwo problemów Brianowi Labone w środku w pola. Thompson robił, co chciał z Tommym Wrightem, zwody na prawo, lewo. Po pół godzinie gry właśnie taka akcja zaowocowała rzutem wolnym. Thompson ograł Wrighta i ten nie mógł zrobić nic innego, jak tylko sfaulować zawodnika Liverpoolu.

Z rzutu wolnego dośrodkował Thompson, prosto na głowę Tommy’ego Smitha, który wspaniałym uderzeniem pokonał Westa, który nawet nie drgnął. The Kop ryknęła najgłośniej, jak się tylko dało, słychać było, kto zdobył bramkę. Ostatnie 10 minut pierwszej połowy bardzo przypominało pierwsze 10 minut. Callaghan, Stevenson i St.John wszyscy byli bardzo bliscy zdobycia bramki. Jak sędzia zagwizdał na przerwę, nikt z czerwonym szalikiem nie mógł uwierzyć, że prowadzimy tyko jedną bramką. Natomiast wszyscy fani Evertonu dziękowali Bogu, że nie wszystko jeszcze stracone. Lawrence musiał tylko raz interweniować po bardzo słabym strzale Archanioła Gabriela.

Nie wiem, czy z powodu kontuzji, czy miał po prostu dosyć St. Johna, ale Labone na drugą połowę nie wybiegł, jego miejsce zajął Glover. Jeśli to byłą zmiana taktyczna to dziwna, bo Glover jest pomocnikiem. Zgadza przegrali walkę o środek pola, ale tak samo słabo spisywali się w obronie. Słynny „Ryk The Kop” zakomunikował sędziemu, że może rozpoczynać drugą część meczu.

I właśnie teraz tama przerwała.

Roger Hunt znalazła się w sytuacji sam na sam z Westem i lekkim lobem pokonał bramkarza. Chwilę później było już 3-0. Dośrodkowanie Thompsona odbiło się od Harrisa, prosto pod nogi Stevensona. Jego delikatny lob kompletnie zaskoczył Westa. Fani Evertonu siedzieli w milczeniu, mogli być zadowoleni tylko z jednego zawodnika, Morrissey walczył do końca, nie poddał się tak, jak inni, którzy pogodzili się z porażką.

Kolejna akcja Thompsona zaowocowała czwartą bramką. Dwa razy ograł Wrighta, potem podał do Stevensona, który odegrał do Rogera i 4-0. Wtedy The Kop zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej. „Chcemy pięć, chcemy pięć.”

W tym czasie St.John dopadł do podania Callaghana. Nie tylko piłkarze Evertonu mieli dosyć, kibice także. Tylko połowa fanów The Toffees zobaczyła piątą bramkę Callaghana. Jednak The Kop miała, co świętować, kiedy sędzia skończył mecz.

Tymczasem wracając do Condor Close, gdzie oglądałem Wrestling po południu. W końcu była przerwa na wyniki piłki. Najpierw podał kilka jakiś tam mało ważnych wyników, potem liga szkocka i coś się zacięło. Trwało to wieki, wyniki trzeciej i drugiej ligi, aż w końcu nadszedł ten moment magii.

Der der der dot, der der der Liverpool 5, (przerwa) Der der der dot, der der der Everton 0.

YAHOOOOOOOOOOOOOOOOOO!!!!!!!!!!!!!!!!! Wybiegłem na ulicę wrzeszcząc ze szczęścia. Nikogo nie było. Było bardzo cicho o 5 wieczorem, naprawdę. Tylko jeden chłopak sam grał w piłkę. NIKT INNY NIE WYSZEDŁ NA ZEWNĄTRZ!!!!

Mój ojciec miał dwóch kolegów, Gerry’ego, a potem był jeszcze Norman Williams. Norman także pracował razem z moim ojcem i Gerrym. Ich przyjaźń także miała podstawę derbową, co mi się podobało. Już tradycyjnie ojciec przyjechał zobaczyć mnie, jak gram w szkolnej drużynie, potem udaliśmy się na mecz. Mieliśmy bilety na Paddock, jako tradycyjnie już Anny została zajęta przez fanów Evertonu. Nie przeszkadzało mi, przynajmniej będę miał lepszy widok na mecz.

Liverpool: Clemence, Lawler, Lindsay, Smith, Lloyd, Hughes, Hall McLaughlin, Heighway, Toshack i Ross.
Everton: Rankin, Wright, H Newton, Labone, Kendall, Harvey, Ball, Whittle, Royle, Hurst i Morrissey.

Na Paddock przed meczem prowadzona była zażarta dyskusja o nowym tercecie Kendall, Harvey i Ball, którzy grali wyśmienicie. Jednak niewielu z nas było przygotowanych na to, co zobaczyliśmy. Everton zupełnie zdominował środek pola i potem zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Możecie mi nie uwierzyć, jeśli to jest aż tak niewiarygodne, ale to prawda.

Morrissey wygrał stykową piłkę. The Reds byli w szoku, wszyscy patrzyli ze zdziwieniem. Było jeszcze gorzej, podał do Whittlle’a. Jeszcze gorzej, mały Whittlle przelobował Clemence’a. Wiem, że to tylko 1-0, ale jaka katastrofa. Smith ograny przez jakiegoś młokosa i Clemmo przelobowany, przez jakieś kurdupla. Po raz pierwszy zauważyliśmy, że nie byliśmy sami na Paddock, nagle zaczęli wokół nas pojawiać się kibice Evertonu.

Gorzej być nie mogło, ale jednak było. Kilka minut później, akcja Evertonu, Ball dośrodkowuje w pole karne, gdzie jest Joe Royle. Moje serce stanęło. 2-0 i coraz więcej fanów The Toffees się ujawnia. Jakiś facet obok mnie pokazał swój ukryty szalik i powiedział, że też jest niebieski.

No dobra byłem wtedy tylko nastolatkiem, dopiero co kończyłem 13 lat, jednak kolejne wydarzenia spowodowały, że moja krew się zagotowała. Ten facet się na mnie spojrzał, potargał za włosy i powiedział: ‘Nic się nie stało Czerwony’.

Moja twarz była bardziej czerwona niż szalik! „Nic się nie stało?”, moje myśli nie nadają się do napisania tutaj, ale odpowiedziałem mu „To jeszcze nie koniec facet,” ale moje myśli mówiły mi zupełnie co innego. Spojrzałem na mojego ojca w poszukiwaniu choćby odrobiny nadziei. Nic z tego wyglądał tak samo jak ja.

Nasza całkiem nowa przednia formacja złożona z Halla, McLaughlina, Heighwaya, Toshacka i Rossa spisywała się bardzo słabo, dała nam bardzo mało powodów do radości w pierwszej połowie. Wyglądali, jakby byli zagubieni. Prawie w ogóle nie rozegrali piłki między sobą i żaden nie wyglądał lepiej niż Wielki Tosh z dłońmi na twarzy. Jednak to był dopiero jego drugi występ, z czasem będzie lepiej. Pamiętam, jak wtedy Tommy Smith wyszedł i podwijał rękawy. To był gest, który nie tylko dodałby wiary drużynie, ale dał im do zrozumienia „To jest wojna”.

Tommy często właśnie podnosił na duchu wszystkich wokół siebie takimi gestami. Nasz Tommy był gotów oddać wszystko, widać było, że się nie podda. Nie pozostawił Morrisseyowi żadnych wątpliwości. „Chcesz to spróbować jeszcze raz, Johhny?” Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz Morrisseya i widać było, że nie wyjdzie na drugą połowę. Ryk Tommy’ego przez całe boisko do Emlyna i gest zaciśniętej pięści mówiły same za siebie, co nas czeka w drugiej połowie. Każdy wie, że uwielbialiśmy Tommy’ego, wiedzieliśmy, że on prędzej zginie za Liverpool niż podda się.

Ale to derbowy debiutant dał nam kontaktową bramkę. Heighway ograł Hursta na lewej stronie, zszedł do środka i nie dał najmniejszych szans Rankina, którzy przysięgam nawet nie drgnął. Chwilę później Big Tosh wyrósł w polu karnym i dopadł do dośrodkowania strzelając pod poprzeczkę, 2-2. The Kop szaleje.

Ci sami kibice Evertonu, którzy byli na Paddock, jakoś nagle znikli. Gdzie się podział tamten facet? Jakoś nigdzie go nie mogłem znaleźć. Po raz pierwszy w meczu jest nadzieja na zwycięstwo. Przez chwilę wyglądało tak jakby obie drużyny były zadowolone z tego wyniku. To była tylko chwila.

Mecz rozpoczął się na dobre, serce mi biło, jak szalone. 54 000 Liverpoolczyków wydziera swoje gardła dopingując The Reds.

Obie drużyny walczyły o zwycięstwo. To był czas dla którejś z drużyn, by stać się legendą. Doping całego stadionu powodował, że ziemia zaczęła się trząść. Przysięgam, że widziałem, jak para wydobywa się z uszu kibiców. Skupione twarzy mówiły same za siebie, jak ważne jest ten mecz dla wszystkich. Połowa fanów wyglądała jak kanibal, piana leciała im z ust. Chciałbym, żeby tam znalazł się mój nauczyciel i zaczął swoją gadkę „To jest tylko gra”. Oczy wszystkich były całe zakrwawione, jako że każda żyła u każdego kibica kipiała ze wściekłości. Żyły u gościa stojącego obok mnie wyglądały, jakby zaraz miały z niego wyjść. TO BYŁY PRAWDZIWE DERBY LIVERPOOLU, nie jakieś nudnawe meczyki, które ostatnio miały miejsce. Każdy opuszczając ten stadion będzie miał chrypę, albo będzie miał kłopoty z mówieniem. Kibice dopingowali coraz głośniej.

Everton miał szansę, cały stadion zamarł, ale Clemence obronił. Liverpool atakuje, fani Evertonu nie chcą na to patrzeć. Everton ma piłkę na krańcu swojego pola karnego, czas na przerwę? Chyba sobie kpisz, fani The Reds żądali krwi. „Biegnij tam”; „Dawaj”; „Atakuj”. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Liverpool powoli zyskiwał przewagę.

Newton sfaulował Cally’ego, rzut wolny dla The Reds. Wrzaski z The Kop stawały się coraz głośniejsze, jak zawodnicy Liverpoolu wbiegali w pole karne. Każdy kogoś krył. Nie spuszczali z siebie oczu, niczym bliźniaki syjamskie. I wtedy dostrzegłem przez nikogo niezauważonego człowieka atakującego dalszy słupek.

Czy mi się wydawało? Dla piłkarzy Evertonu był chyba niewidzialny, nikt go nie zaatakował. Piłka zmierza w pole karne, Big Tosh wyskakuje do piłki, Labone nie może mu dorównać. Uderzenie Toshacka zmierzało obok bramki i nagle duch się zmaterializował. Cichy Rycerz miał swój moment chwały. Gdy oddał strzał nastąpiła chwila zupełnej ciszy. WESZŁA, Chris uderzył idealnie.

Jak piłka leciała wzdłuż bramki, wszyscy wstrzymali oddech. Pierwsi wybuchli fani The Reds. G-O-L!! Wpadła do bramki przy dalszym słupku! Przysięgam, że ten widok był niesamowity. Lawler dał prowadzenie! Kiedy do wszystkich dotarło, co się stało, wydali z siebie niepowstrzymany ryk. Głowy fanów Evertonu były spuszczone. Tak się zakończyły jedne z najwspanialszych derbów, jakie ja i mój ojciec kiedykolwiek oglądaliśmy.

Wracaliśmy do samochodu ciągle pełni adrenaliny. To była klasyka. Nawet niektórzy fani Evertonu, którzy szli w tym samym kierunku, co my ciągle to przeżywali. W domu nie wiem czy z czystej radości, czy nie mój ojciec pozwolił mi się napić prawdziwego piwa.

Część III: Moja historia

Wybrać dwa derbowe spotkanie z mojego okresu to bardzo trudne zadanie. Może Rush Derby wygrane przez nas 5-0. Niee, zbyt jednostronne. Chciałem opisać mecze, które powodowały, że gotowało się krew. Więc kontynuujmy poszukiwania. Dwa wspaniałe trafienia Szalonego Konia z 1793 roku to klasyka, ale znowu umysł podpowiada mi, że łatwo wygraliśmy. Są takie dwa mecze, w których zupełnie zostałem uziemiony przez żonę. W 1986 roku blisko naszej siódmej rocznicy ślubu miałem ochotę, ochotę, żeby sprać sukę.

Dużym doświadczeniem dla nie było wejście do rodziny Case’ów. Nagle okazało się, że mam 14 siostrzeńców i siostrzenic, niemiłe doświadczenie na święta i kompletna ruina finansowa została uratowana tylko tym, że jajka kupowałem na jakiejś ogromnej wyprzedaży. Gdy mam siedmiu szwagrów to ma się złe i dobre momenty, ale jako że sześciu z nich to fani Liverpoolu więcej mieliśmy tych dobrych. Jednak najgorsze było to, że musieliśmy być na każdym rodzinnym ślubie. Sześciu z nas miało bilety na Finał FA Cup z Evertonem z 1986 roku i nagle wybuchła bomba. Kuzyn Jimmy zdecydował się pobrać 10 maja.

„Ty zdrajco!!”

Zorganizowane zostało spotkane u Joe i Flo, żeby zdecydować, czy każdy oddzielnie kupuje prezent, czy lepszy będzie jeden. Dziewczyny zebrały się w salonie i my uznaliśmy, że dla nas tam już nie ma miejsca, a idealnie będzie spędzić ten czas w barze. Zaczął Dave Nicho. Wyjął swój bilet z kieszeni. Potem ja wyciągnąłem mój z portfela. George wyjął swój i powiedział „Kurczę!”. Keith Laddie pokazał nam swoje dwa, wiec nawet siostrzeniec Carl był uziemiony. Ronnie zakończył przedstawienie. Sześć biletów na Finał FA Cup ma się zmarnować, nie do pomyślenia.

„Co robimy?” spytał się Nicho.

„Co to w ogóle ma być?”, powiedziałem. „Ja prawie nie znam tego gościa.”

Wszyscy spojrzeliśmy na George’a, bo on był nie tylko najstarszy, ale także najmądrzejszy z nas wszystkich. Zakomunikował nam z powagą: „To jest spierdolona sytuacja”. Miał rację, zacząłem się śmiać, choć to nie było śmieszne.

Więc 10 maja 1986 roku staliśmy w ośmiu w tym kościele z grobowymi twarzami. Nikt z nas nie interesował się ceremonią, jeden miał kieszonkowe radio i słuchaliśmy, co się dzieje. Potem ładnie stanęliśmy do zdjęcia.

„Troszkę w prawo Madame.”

„Może Pan wyjąć tego papierosa”

Głos gdzieś z tyłu: „Pośpiesz się do jasnej cholery, jest mecz.”

Więc faceci byli tylko na jednym zdjęciu tego dnia, ponieważ, jak fotograf zabierał się do drugiego to wszyscy już biegliśmy do wozów. Po ostatnim spojrzeniu na mendę, która zajęła nam tyle czasu tyle wyszeptałem do Lynn, że jedziemy i wszedłem do samochodu.

„George, gdzie są te niebieskie pokoje?”

„Nikt Ci nie powiedział? To jest w Woodison.”

Na drodze do gówna w Radio Merseyside usłyszeliśmy, że przegrywamy, a Lineker zdobył bramkę. Dojechaliśmy do czarnej dziury w Kalkucie w przerwie. Bramkarz nas powitał: „Witajcie na Goodison panowie, w domu Niebieskich.” Ośmiu chłopa spoglądało na niego, jak wchodzili. Chciałbym wtedy móc przeczytać jego myśli.

Potem nam powiedziano, że obiad na weselu był dobry. A i tak będą musieli zabrać do domu 12 dań. Jak usiedliśmy wygodnie, Rushie wyrównał, a chwilę później Ozzie Johnno dał nam prowadzenie. Jednak najgłośniejsza radość kibiców tego dnia nie miała miejsca, gdy Rushie zdobył drugą bramkę, była zarezerwowana na ostatni gwizdek sędziego. Wybaczyłem Lynn, ponieważ te Niebieskie Pokoje wcale nie były najgorszym miejscem, żeby świętować zwycięstwo 3-1 w Finale. Może kiedyś w przyszłości będzie wybierać lepsze daty.

„Potrzebujemy wakacji, kochanie” powiedziała mi jednego wieczoru. „No to zarezerwuj coś i pojedziemy,” odpowiedziałem. „Myślałam, żeby pojechać do Butlins dla dzieciaków.” „Wspaniale marzę, żeby zostać obudzonym jęczenie wujka Johnny’ego.” No i zarezerwowała te wakacje.

Marzec 1989 roku wracam z Middlesbrough, gdzie wbiliśmy im CZTERY bramki. „Był listonosz, przysłali bilety na nasze wakacje kochanie.”

„Wspaniale, kiedy jedziemy?”

„Od 20 do 27 maja, tydzień po zakończeniu sezonu.” Usiadłem załamany, to był tydzień, kiedy pokonaliśmy Everton i przegraliśmy z Arsenalem. Nie muszę mówić, że nie poszedłem na te mecze, ale najgorsze jest to, że w ciągu kolejnych 15 lat, Lynn nie pojechała ze mną na żadne wakacje.

20 lutego 1991 roku, siedzę sobie w swoim biurze, jak zwykle zajęty rozwiązywaniem krzyżówek. Nie mogłem za cholerę odgadnąć głównego hasła. Musiałem się zadowolić mniejszymi.

Nasz południowy reprezentant sprzedaży właśnie się dowiedział, że są jeszcze wolne bilety na mecz 5 rundy FA Cup. Czy chcę iść? Godzinę później przyjechał z czterema biletami, w co ciężko było uwierzyć. Kiedy dojechał na miejsce powiedziano mu, że sprzedano zaledwie 35 000 biletów, z jakiś powodów ludzie nie chcieli oglądać tego meczu.

Zadzwoniłem do Lynn powiedziałem o moich planach, a także zakomunikowałem, żeby przygotowała naszego chłopaka, bo mam dla niego bilet. Mój syn miał dopiero 9 lat, ale pomyślałem, że to dobry moment, żeby pojechał na pierwszy derbowy mecz.

Liverpool: Grobbelaar, Hysen, Burrows, Nicol, Molby, Ablett, Beardsley, Staunton, Rush, Barnes i Venison.
Everton: Southall, Attveld, Ratcliffe, Watson, Keown, Nevin, Ebbrel, Hinchcliffe, McDonald, Sharp, Newell.

Z programem w ręku zmierzaliśmy na stadion w poszukiwaniu naszych miejsc, ponieważ nie do końca wiedzieliśmy, gdzie mamy siedzieć. Na zawsze zapamiętam twarz mojego syna, kiedy usiał w swojej nowej czerwonej czapce, z nowym czerwonym szalikiem. To mi wystarczyło, żebym poczuł się bardzo dumny. Jego uśmiech był chyba szeroki na milę. Jego głos drżał, kiedy zaczynaliśmy śpiewać YNWA. Ale po pierwszym golu ryk trybun sięga poziomu niszczącego szkło.

Kiedy usłyszeliśmy gwizdek na przerwę mogliśmy spokojnie wyżej prowadzić, ale Everton znowu miał szczęście. Jednak mój syn wyglądał na szczęśliwego dopóki po raz pierwszy nie napił się Bovrila.

„Napij się tego, dzięki temu jeszcze bardziej poczujesz atmosferę.”

„Ale to smakuje, jak gówno tato.”

„Pij, będziesz dzięki temu widział w ciemnościach.”

Po dwóch kolejnych łykach przez przypadek upuścił kubek. „O, zaczynało mi smakować.”

„To przyniosę Ci jeszcze jedno, chcesz?”

„Nie, przegapisz początek drugiej połowy, zostań.” Miał rację, piłkarze właśnie wychodzili na boisko. Zanim zdołaliśmy wygodnie usiąść, Sharpe wyrównał. Wyglądało tak, jakbyśmy wyszli na tą drugą połowę bardzo zaspani. Oni na pewno nie zasłużyli na wyrównanie.

Musieliśmy czekać 20 minut zanim Beardo przeprowadził wspaniałą akcję, która na zawsze przejdzie do historii derbów, jego strzał poszybował niczym rakieta, w prawy róg bramki. Na dwadzieścia minut przed końcem powiedziałem Billy’emu, że jeśli będzie ściskał kciuki do końca, to będziemy wracać do domu szczęśliwi. Zaczął naprawdę mocno ściskać te kciuki. Jednak nie mieliśmy szczęścia. Sharpe znowu strzelił i było 2-2.

Byłem załamany i spojrzałem na chłopaka. Musiał przestać trzymać kciuki tuż przed golem, ponieważ wyglądał okropnie. Okrutne, ale powiedziałem: „Ostrzegałem Cie kolego.”. Patrzyłem na niego i momentalnie zaczął znowu ściskać. Kiedy Rushie zdobył gola jestem pewien, że Billy pomyślał, że jego starania zostały nagrodzone. Pokazał mi swoje zaciśnięte pieści. „Trzymaj je dalej, wiesz co się stanie, jak przestaniesz.”

Biedny chłopak, musiał się załamać kiedy rezerwowy Cottee wyrównał na sekundy przed końcem spotkania. To musiało być pierwsze zagranie w meczu tego knypka, które zmienił inną ‘małą mendę’ Nevina (ciągle dla mnie pozostaje tajemnicą, jakim cudem Barnes z nim wytrzymuje na Kanale 5). Potem padł gol, który nas kompletnie zszokował, Barnes zdobył niezwykłą bramkę, zakręcił piłkę w sam róg bramki, niemalże z linii końcowej boiska. Byłem zbyt zszokowany, żeby się cieszyć, tak niezwykła to była bramka. Mój syn wyglądał na naprawdę szczęśliwego, jeszcze nigdy w życiu nie ściskał kciuków tak mocno.

Ciągle rozmawiałem z synem, kiedy Cottee znowu wyrównał. Kiedy wszyscy fani opuścili stadion zapanowała taka dziwna cisza. Wydaje mi się, że wszyscy byli zszokowani wydarzeniami z meczu. Ciężko było uwierzyć w to, co zobaczyliśmy. Ciągle się zastanawiam jakim cudem cztery razy daliśmy sobie odebrać prowadzenie. A jeszcze bardziej zadziwia mnie to dlaczego na stadion przyszło tylko 38 000 fanów. Jednak dla Billa ten mecz na pewno będzie na zawsze niezapomniany. Także to było ostatnie spotkanie dla Kenny’ego Dalglisha w roli menadżera The Reds.

Tutaj właśnie kończy się moja opowieść. Nie mogę uwierzyć, że w moim życiu nie będzie już więcej klasyków. Może i w ostatnich latach atmosfera nie była wspaniała, ale jestem pewien, że jeszcze będą takie spotkania w których „krew będzie się gotować”. Kto wie, może następny właśnie taki będzie. W końcu pamiętacie, jak ostatnio z nimi graliśmy, kiedy byli wyżej od nas w tabeli?

Derby to był i zawsze będzie mecz sprzeczności. W takim spotkaniu 5 sekund może trwać wieki, ale także 30 minut może minąć, jak 5 sekund. Czy jest jakiś inny mecz w którym musisz zatykać uszy od przeraźliwego hałasu, ale ciągle słyszysz bicie swego serca?

Derby Merseyside to Najwspanialszy Mecz w Historii Piłki Nożnej. Niech tak pozostanie!

Karl Broderick

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON