W oczekiwaniu na Spurs

Podczas gdy dziś wieczorem stadion największego rywala the Reds będzie gościł Real Madryt w ramach Ligi Mistrzów, kibice Liverpoolu myślami są już przy niedzielnym starciu z Tottenhamem Hotspur, które jest ostatnią z ostatnich szans na powrót do europejskiej elity w przyszłym roku. Seria zwycięstw ponownie obudziła nadzieję w sercach fanów, ale czy mecz z Wigan jest dobrym prognostykiem przed bitwą z Kogutami?

The Reds już dawno zaprzepaścili szansę na to, żeby być pełnoprawnym uczestnikiem wyścigu o TOP 4, przyczyniły się do tego zarówno bolesne wpadki ze Stoke i Aston Villą, ale też punkty oddane na własne życzenie w dwóch spotkaniach z Manchesterem City. Gdyby nie te mecze Liverpool, nawet po bolesnym początku sezonu przeznaczonym na zaadaptowanie piłkarzy do myśli Rodgersa, znajdowałby się obecnie tuż za plecami Chelsea okupującej upragnione czwarte miejsce w tabeli.

Co ciekawe sezon temu, gdy stery the Reds dzierżył King Kenny, nasz dorobek punktowy prezentował się podobnie, tak samo jak nadzieje na zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów. Czy wobec tego postęp, ciągle odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki przez ludzi związanych z Liverpoolem, jest realny? Zespół Dalglisha jest totalnym przeciwieństwem zespołu Rogdersa z jednym wyjątkiem – Luisem Suarezem nieustannie napędzającym czerwoną maszynę. Także w sobotę Urugwajczyk pokazał na co go stać. Zdobył hat-tricka i to dzięki niemu zawdzięczamy okazałe zwycięstwo 0-4.

Jednak ten wynik nie może nas zwieść. Wiele razy w ciągu sezonu nasze rezultaty totalnie nie odzwierciedlały tego, co prezentowaliśmy na boisku, w zdecydowanej większości na naszą niekorzyść. Tym razem pod płaszczykiem łatwej wygranej z Wigan, będącym centymetr nad strefą spadkową tylko ze względu na bilans strzelonych bramek, kryją się poważniejsze problemy. Nasza linia obrony już dawno utraciła dawny blask, nie możemy poszczycić się choćby jednym zawodnikiem, który jest bezbłędny. To rażący kontrast w porównaniu do zeszłego sezonu, kiedy to defensywa była jedynym jasnym punktem drużyny, a para Skrtel-Agger budziła respekt. Przebudowa Liverpoolu przez Brendana Rodgersa zapewniła nam imponującą ofensywę, ale całkowicie rozstroiła nas w obronie. Kto mógł przypuszczać, że decyzja o zakończeniu kariery przez Jamiego Carraghera postawi nas pod ścianą? Legendarny numer 23 rozgrywa bardzo dobry sezon, przez co menedżer odsunął od pierwszej jedenastki Martina Skrtela, który rok temu był prawdziwą skałą w sercu obrony. Jednak apele w stylu tego autorstwa Aldridge'a o pozostawieniu Carraghera w składzie na następny sezon są wyjątkowo nietrafione. Jamie gra teraz grubo powyżej swoich możliwości, po raz kolejny pokazując imponującą siłę woli, ale zmęczenie materiału daje o sobie znać. Marzenie o pożegnalnym triumfie w Lidze Europy w ostatnim sezonie Carry przekreślił on sam, niefortunnie podając piłkę wprost pod nogi Hulka. Jego czas już minął i musimy się z tym pogodzić. Teraz najbardziej niepokojące są spekulacje o konflikcie na linii Rodgers-Skrtel, ponieważ przy złym obrocie spraw w maju możemy zostać tylko z jednym wartościowym obrońcą na pokładzie. Utrata Słowaka, tak dobrze zgranego z resztą obrony, który niejednokrotnie udowodnił swoją klasę byłaby koszmarnym błędem. Najlepsze pary środkowych defensorów tworzą ci, którzy spędzili razem na boisku mnóstwo czasu. Zrozumienie oraz więź pomiędzy nimi to coś, czego nie da się kupić. Skrtel znacząco obniżył loty, ale nie zmienia to faktu, że posiada wszystkie odpowiednie cechy, żeby po odejściu Carraghera powrócić do pierwszego składu, jeszcze bardziej zmotywowany i zdeterminowany. Na razie Jamie pozostaje najlepszą opcją (najmniejszym złem?), ale nasz sztab powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, aby przywrócić Martina do najlepszej formy.


Niestety problemy Liverpoolu nie kończą się na defensywie. Spotkanie z Wigan pokazało, że nasza pomoc jest daleka od optymalnej dyspozycji jeżeli chodzi o grę bez piłki. Nawet przy tak mało wymagającym przeciwniku Lucas z Allenem popełniali głupie błędy oraz niepotrzebne faule. Dzięki znakomitej postawie Pepe Reiny między słupkami (nareszcie!) nie ponieśliśmy tego żadnych konsekwencji, ale podobne zagrania w niedzielę w spotkaniu z Kogutami dysponującymi jakościowym składem skończą się tragicznie. Rozpędzeni Spurs pokonują przeciwnika za przeciwnikiem, ich ostatnią ofiarą stał się sąsiedni Arsenal. Nasze wyniki z ostatnich pojedynków z Tottenhamem prezentują się mizernie, na ogół to oni nas dominowali i bezlitośnie punktowali. W tym roku dodatkowo pomaga im bajeczna forma Garetha Bale’a, to właśnie zatrzymanie Walijczyka jest niezbędnym warunkiem zwycięstwa nad Londyńczkami. Jednak nasza postawa w obronie pozostawia co do tego naprawdę poważne wątpliwości.

Za to w niedzielę nasze nadzieje możemy lokować w innym miejscu. Luis Suarez jest w życiowej formie, bardzo przyczynił się do tego nowy zaciag Rodgersa dzięki któremu Urugwajczyk ma z kim grać. W poprzedniej ligowej kolejce byliśmy świadkami popisów nowego numeru 10 Liverpoolu, Philippe Coutinho. Jego dynamika, spryt i przegląd pola są powiewem świeżego powietrza na Anfield, być może to one w niedzielę przechylą szalę zwycięstwa na naszą strone. Nie mogąc liczyć na stabilną postawę w defensywie będziemy zdani na imponujący występ formacji ofensywnej. W starciu na White Hart Lane nie umieliśmy się przeciwstawić kompaktowej, znakomicie zorganizowanej obronie Spurs, tym razem dzięki nowym wzmocnieniom jesteśmy w stanie rozerwać ją na strzępy. Kluczowe okaże się wsparcie dla Luisa Suareza – totalna izolacja gwiazdy naszego ataku w poprzednim ligowym meczu z tą ekipą zmuszała ją do schodzenia wgłąb pola, co utrudniało the Reds konstruowanie ataków.


Wysoka linia Londyńczyków sprawia, że dynamiczna gra Coutinho, Suareza i – miejmy nadzieję – Sturridge’a będzie dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Aby wygrać to spotkanie musimy zagrać podobnie do pierwszych 60 minut naszego ostatniego spotkania z Arsenalem, wykorzystując długie piłki Gerrarda w kierunku wybiegających napastników, czy agresywne rajdy bocznych obrońców przy jednoczesnym zachowywaniu żelaznej gry w obronie. Na boisku niezbędna będzie również obecność Hendersona, który pomoże nałożyć odpowiednio silny pressing na pomoc gości. Brendan Rodgers nie może sobie pozwolić na ponowne zlekceważenie zabójczych skrzydeł rywala, w poprzednim meczu z tym rywalem to one rozstrzygnęły mecz w 45 minut. Ponowne starcie z Andre Villasem-Boasem powinno być dla niego sprawą ambicji - na White Hart Lane Irlandczyk został bezlitośnie skarcony. Menedżer Liverpoolu jest mądrzejszy o tamto spotkanie, ale nie zapominajmy, że ma teraz o wiele więcej asów w rękawie.

Zwycięstwo nad Tottenhamem będzie wymagało połączenia wielu czynników, a przede wszystkim niesamowitego nastawienia wszystkich zawodników, takiego jakie mogliśmy zaobserwować w meczu z Zenitem na Anfield. W niedzielę ponownie musi ożyć etos dawnego Liverpoolu: ciężka praca, poświęcenie i walka do samego końca. Jeżeli temu podołamy, okiełznamy nasze wewnetrzne słabości, a nasza motywacja pozostanie na wysokim poziomie, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy zdobyli trzy punkty. Co będzie dalej? Czy the Reds będą w stanie osiągnąć niecodzienną dla nich serię zwycięstw? Czy rywalom zdarzą się potknięcia? Zobaczymy. Jedno jest pewne – podobnie jak w meczu z Wigan, kibice Rodgersa nie zawiodą.

Autor: PiotrekB Dodano: 05.03.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u