Oni właśnie tego potrzebowali

Po ogłoszeniu wyroku przez Niezależną Komisję Regulacyjną nastąpiła wielka fala krytyki w stronę FA. Wytykano im brak obiektywizmu, klarownych zasad dotyczących gryzienia na boisku przez latynosów, spisek mający na celu osłabienie Liverpoolu (przecież trzy kolejki przed końcem sezonu do najlepszej czwórki tracimy tylko 8 punktów). Dla tych z krótszą pamięcią (w końcu sobotni mecz z Newcastle mógł lekko przyćmić zeszłotygodniowe wydarzenia), Suarez najbliższe 10 spotkań swojej drużyny obejrzy z trybun. No chyba, że stać go na pełny pakiet nc+. Tak więc nasz bohater najprawdopodobniej na murawę wybiegnie dopiero pod koniec września – a przez ten okres Urugwajczyk zgarnie z klubowej kasy około 2,3 mln funtów. Mało? Wyobraźcie sobie, ile Sir Alex Ferguson kupiłby za to balonówek…

No dobra, teraz na poważnie. Przed wczorajszym meczem niemalże każdy kibic the Reds brałby w ciemno skromną wygraną swojej drużyny, bukmacherzy szaleją, płacąc 2,40zł za każdą postawioną złotówkę na drużynę z Anfield, a tu Liverpool robi nam psikusa i ładuje Srokom na wyjeździe 6 bramek. Przypadek? Przez niemalże całą drugą połowę z trybun słychać You’ll Never Walk Alone, kibice Newcastle tłumnie opuszczają St James’ Park, koło trenera Srok, Alana Pardew (który jakby przez całą drugą połowę szukał wytłumaczenia po wewnętrznej stronie swojej prawej dłoni) ląduje szalik jednego ze sfrustrowanych kibiców. Nie ma to jak wsparcie fanów… Chociaż na koniec spodobał mi się widok rozśpiewanego kibica Newcastle wśród pustych trybun. Dla mnie Man of the Match, chociaż eksperci pewnie wybiorą któregoś z piłkarzy.

Liverpool ostatnio w piłkarskim maraźmie, do tego gra bez swojego najlepszego piłkarza, który przez prawie cały sezon, dwojąc się i trojąc, sam ciągnął ofensywę Czerwonych. Nastroje w szatni na pewno też nie były tęgie, a poprzednie występy nie napawały optymizmem. Newcastle skoncentrowane jak nigdy, walczące o utrzymanie się w lidze, do tego FA podaje im pomocną dłoń zawieszając najlepszego strzelca przeciwników - kolejny spisek. Gość strzelił dla Liverpoolu ponad połowę wszystkich bramek w lidze w tym sezonie i nie ma wątpliwości, że bez niego nie zajmowalibyśmy teraz zaszczytnego 7. miejsca.

Więc co się stało? Nazwiecie mnie kretynem, ale uważam, że zawieszenie Suareza wyszło Liverpoolowi na dobre (oczywiście to tylko Newcastle, które w zeszłym sezonie walczyło o Ligę Mistrzów). Na dobre? Gościu, dopiero co napisałeś, że połowa dorobku w tym sezonie to zasługa głównego bohatera tej powieści, więc jak to jest? No więc wyjaśniam. Brakuje zawodnika, którego wszyscy, od bramkarza po skrzydłowych, szukają mając piłkę przy nodze, z nastawieniem typu – oddam mu piłkę, on coś zawsze zmota. Odnoszę wrażenie (zaznaczam, że to jedynie moja subiektywna opinia), że postawa Suareza blokuje psychicznie resztę jego kolegów. Jasne, co jakiś czas któryś z tych przepłaconych grajków błyśnie swoim geniuszem, ale poza stabilną przeciętną, patrząc przez pryzmat Europy do której chcemy przecież wrócić, grą, nie prezentuje sobą nic wielkiego. Podpięty pod napastnika Henderson wygląda, jakby grał tam od zawsze, 20-letni Coutinho jest wszędzie, robi z obroną przeciwników co chce, a jego prostopadłe podania można oglądać bez znudzenia. Johnson pomimo, że kilka razy nie wiedział za bardzo co zrobić z piłką, gra jak znowu jak na reprezentanta Anglii przystało, Enrique jak królik po koksie hasa od jednej linii do drugiej, Agger otwiera pokaz strzelecki, a jego uśmiech po zdobyciu bramki jakby mówił – normalka. Reina kolejny mecz bez zastrzeżeń, choć może nie miał zbyt wiele do roboty, to jego gra na przedpolu mogła się podobać a wracający po kolejnej kontuzji Borini wreszcie strzela swoją pierwszą bramkę w Premier League – niesamowite.

Liverpool okazał się zupełnie innym zespołem. Piłkarze wreszcie udowodnili, że potrafią a kibice mogli odetchnąć. Ale prawdziwy test czeka nas za tydzień. Na Anfield przyjeżdża bardzo mocny Everton, który już drugi sezon z rzędu notuje lepsze wyniki w lidze niż LFC. Czegoś takiego chyba nikt z nas nie pamięta i dlatego to nie jest tylko kolejne spotkanie o punkty. To bez wątpienia jeden z najważniejszych meczów w sezonie, w którym zwycięstwo oznacza prestiż a porażka stawiana jest na równi z przegranym o punkt mistrzostwem (no, może trochę przesadzam, ale wiecie o co mi chodzi…). Chyba nie ma lepszego motywatora przed takim meczem – i po takim obrocie spraw – niż rozbicie Newcastle 6-0 na ich stadionie. Zespół Brendana Rodgersa udowodnił, przede wszystkim sobie, że są w stanie bez Suareza nadal zwyciężać. Nie zrozumcie mnie źle, Suarez jest nam potrzebny, ale najwyraźniej jego chwilowy brak był potrzebny innym. I mam nadzieję, że za tydzień nie będę musiał się wstydzić moich słów a Liverpool będzie czerwony.

Autor: Komar Dodano: 28.04.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u