Życie kibica zadowolonego

Początek sezonu zawsze niesie ze sobą wiele niewiadomych, a kibic oczekuje już od pierwszych meczów samych zwycięstw, aby poczuć się zadowolonym. W poprzednich latach, a mianowicie po pamiętnym sezonie 200820/09 na Anfield źle się działo zazwyczaj ciągle, ale tym razem jest inaczej. Teraz kibic Liverpoolu może być nareszcie zadowolony.

Oczywiście, to dopiero dwa mecze, w dodatku z typowymi średniakami, ale każde trzy punkty wpływające na konto cieszą. Zwłaszcza, że w obu przypadkach rodziły się one w bólach i to właśnie charakteryzuje zespoły z czołówki. Podstawowym założeniem w futbolu jest strzelenie jednej bramki więcej niż przeciwnik w trakcie 90 minut na boisku. Na Anfield ze Stoke i na Villa Park z Aston Villą Liverpool wypełnił te założenia perfekcyjnie i nikt nie może się przyczepić do czegokolwiek, jeśli wynik jest korzystny.

Ale to wcale nie jest tak, że Liverpool kopie się w czoło, a przeciwnicy nie mają szczęścia. W obu meczach the Reds zagrali bardzo dobrze i efektownie w pierwszej części spotkania (z Aston Villą konkretnie 35 minut) i tylko w drugich połowach rywal otrzymywał szansę w postaci zaistnienia. I nawet jeżeli wyrównanie było blisko, to na posterunku była dwójka Simon Mignolet i Kolo Touré. Czyli obok Sturridge’a absolutni bohaterowie początku sezonu.

Belg jest potwierdzeniem tego, że w bramce Liverpoolu musiała zajść zmiana jakościowa i jaki sympatyczny nie byłby Pepe Reina, to Mignolet mówiąc potocznie zjada go na śniadanie. Tak samo zjadł Waltersa i Benteke, choć tym drugim bardziej się najadł znakomity Touré. Muszę przyznać, że nie wierzyłem w ten transfer. Nie wierzyłem, że może być to dobry ruch i nie wierzę, gdy patrzę na jego poczynania, bo wygląda na to, iż wrócił stary, dobry Kolo z czasów występów w Arsenalu. Niekwestionowany numer jeden w defensywie, a przecież obok siebie ma zawodnika, za którego ofertę złożyła Barcelona, Daniela Aggera.

Wróćmy do tego, że to nadal tylko i wyłącznie dwa mecze. Jednak sięgam pamięcią do zeszłego sezonu i co widzę? Jeden punkt w tym okresie. Sięgam troszkę głębiej i patrzę, kiedy Liverpool osiągnął pułap sześciu oczek… 7 października po okropnym bezbramkowym remisie ze Stoke na Anfield, a żeby było jeszcze lepiej, to była to aż siódma kolejka. Teraz scenariusz tragicznego rozpoczęcia rozgrywek wylądował w koszu i spokojnie można się skupić na staraniach, by progres był coraz większy. Bo ten widać gołym okiem.

Kibic Liverpoolu jest zadowolony. W niedzielny poranek może wstać, zaparzyć sobie kawę, spojrzeć w tabelę i ujrzeć swój ukochany zespół prawie na samym szczycie. Jednak wie, że to początek drogi, która zakończy się w maju. Kibic w poniedziałek pójdzie do pracy i nie usłyszy złośliwego komentarza na temat wyniku the Reds od kolegów, ale czeka teraz tylko na jeden mecz – starcie z Manchesterem United, które już za tydzień w niedzielę. Wtedy kibic zapomina z jednej strony o tabeli, bo liczy się tylko zwycięstwo z odwiecznym rywalem, lecz przecież miło przystępować z wygodnej pozycji. Ciężko wyobrazić sobie radość, jaka mogłaby zaistnieć po ewentualnej wygranej, gdyż pewnie przez całą przerwę reprezentacyjną z Merseyside byłoby słychać przyśpiewki fanów. Tak czy inaczej United to aktualny mistrz kraju i z nikim innym zespół Rodgersa lepiej nie pozna swoich możliwości.

Na ile długo będzie trwało życie kibica zadowolonego na Anfield? Tego nie wie nikt, ale sam fakt, że taki moment nastąpił, jest dobrym prognostykiem na następne miesiące, które pokażą nam prawdę. Liverpool ma walczyć o Ligę Mistrzów i na razie ze słów się wywiązuje. Oby tak dalej, a przecież wciąż zawieszony jest najlepszy (?) napastnik, czyli Luis Suárez.

Ech, myślałem, że nie wspomnę o nim ani razu…

Autor: Oski_LFC Dodano: 25.08.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u