Ciemne chmury przeszłością

Po ostatnich kilku latach frustracji, narzekań na rezultaty, menadżerów, chaos w zarządzie, czy niekompetentne osoby odpowiadające za transfery, ciemne chmury wydają się w coraz bardziej zdecydowany sposób opuszczać okolice Anfield Road.

Liverpool nie zamierzał próżnować tego lata, szukając skutecznego sposobu na roszady w kadrze, które umożliwią zespołowi Brendana Rodgersa zmniejszyć dystans do klubów z TOP 4 i skuteczną rywalizację o wymarzony powrót do europejskiej śmietanki towarzyskiej.

Swą misję władze the Reds miały utrudnione jeszcze bardziej z powodu nieobecności klubu w jakichkolwiek rozgrywkach na arenie międzynarodowej. O budżecie nie ma, co dodatkowo nawet dyskutować, gdyż od zarania dziejów wiadomo, że Liverpool nie jest w stanie rywalizować finansowo z firmami pokroju Manchesteru City, Chelsea, PSG czy Realu Madryt.

Marzeniem każdego menadżera jest posiadanie odpowiednio szerokiej kadry, co jest nieodzowne przy rywalizacji o najwyższe cele w dzisiejszym futbolu. Brendan Rodgers ściśle współpracując z Johnem Henry'm, Tomem Wernerem i Ianem Ayre'm zabrał się ostro do pracy tuż po 19 maja, kiedy Czerwoni kończyli sezon zwycięskim meczem na Anfield z QPR.

Boss chciał się w możliwie najszybszy sposób uporać z luką, jaką napotkał po abdykacji Jamiego Carraghera. Kolo Toure, 32-letni Iworyjczyk mający w swoim piłkarskim CV ponad 200 występów w Arsenalu i około 80 meczów w Manchesterze City, według trenera Liverpoolu był idealnym następcą, w dodatku klub zyskał go na zasadzie wolnego transferu. Spora rzesza kibiców pukało się w czoło patrząc na wizję gry tego dżentelmena w zespole z Merseyside. 'Za stary', 'Zbyt wolny' 'Nie będzie mu się już chciało'. Wiele tego typu opinii można było hurtowo przeczytać po informacjach potwierdzających ten transfer. Jednakże stoper z Wybrzeża Kości Słoniowej w pierwszych 2 meczach Premier League w sposób najlepszy z możliwych potwierdził, że do Liverpoolu nie przybył jedynie odcinać kuponów od sławy i przeliczać tygodniówkę systematycznie wpadającą na jego konto w banku.

Iago Aspas i Luis Alberto to efekt pracy naszego scoutingu w Hiszpanii. Ci zawodnicy niewątpliwie będą potrzebowali czasu na aklimatyzację w nowym środowisku. Rodgers otwarcie zadeklarował, że były zawodnik Celty jest piłkarzem 'na dziś', z kolei wychowanek Barcelony to melodia przyszłości, która przez bossa the Reds będzie coraz odważniej wdrażana do zespołu w trakcie rozgrywek. Początkowe występy Iago napawają optymizmem. 26-letni napastnik po udanym okresie przygotowawczym, gdzie strzelił kilka goli, zaliczył asystę w otwierającym sezon meczu ze Stoke. Uważam, że ewentualne dziewicze trafienia w Premier League wpłyną należycie na pewność siebie Aspasa, co ułatwi mu grę w kolejnych miesiącach.

Kluczowa wydaje się jednak roszada na pozycji bramkarza i kto wie, czy to właśnie nie dzięki transferowi Simona Mignoleta, Liverpool dumnie piastuje obecnie pozycję hegemona w Premier League. Nie umniejszam absolutnie zasług Reiny i tego, co zrobił dla klubu. Hiszpan sięgał tu nieraz po 'złote rękawice' dla najlepszego golkipera rozgrywek. Był liderem w szatni, nie odwrócił się od the Reds w ciężkiej sytuacji, gdy przyszłość Liverpoolu wisiała na włosku i zdecydował się kontynuować tu swoją karierę. Jego problemem w ostatnich 2 sezonach była jednak wyjątkowa niestabilność i fakt, że nie potrafił (okey, były nieliczne wyjątki) zapewnić drużynie swoimi interwencjami, tych tzw. bonusowych punktów, dzięki swojej grze między słupkami. Miał skłonność do puszczania goli, przy których wielu fanom, wydawałoby się, że mógł w danym momencie zrobić po prostu więcej.

Młody Belg naprawdę nie mógł sobie chyba wymarzyć lepszego debiutu w lidze w Liverpoolu. 3 mecze na 'zero' z tyłu, obroniony rzut karny ze Stoke na wagę kompletu punktów, powstrzymanie Christiana Benteke na Villa Park i pewna postawa w derbach Anglii z Manchesterem United. Nasi obrońcy z każdym kolejnym meczem nabierają coraz większego zaufania do Simona i to niezwykle istotne dla harmonijnego funkcjonowania linii defensywy ze swoim golkiperem. Nie sądzę, by ktokolwiek tęsknił obecnie za Reiną, a jeśli tacy się tu znajdują to polecam pliki video z 2 ostatnimi bramkami wpuszczonymi przez Jose w ligowym meczu Napoli. Czyżbym miał Déjà vu?

Trzeba otwarcie powiedzieć, że Liverpool długo trzymał swoim sympatyków w szachu odnośnie pełnej oceny działalności klubu w letnim oknie transferowym. Fani mieli prawo do irytacji wobec nieudanych prób zakontraktowania Henricha Mchitariana, Diego Costy czy Williana. Klub dał jasny sygnał, że posiada środki na zakupy drogich piłkarzy, jednak za każdym razem coś innego stawało na przeszkodzie w skutecznej realizacji celu.

O ile Aly Cissokho to zawodnik, który nie wprawił kibiców w jakąś dziką ekscytację, będąc po prostu uzupełnieniem składu na lewej flance, to wydarzenia z ostatnich 3 dni sierpnia doprowadziły niejednego do uczucia totalnego spełnienia.

Od początku lata niejednokrotnie mówiło się o potrzebach wzmocnienia obrony, która w ostatnich miesiącach mocno szwankowała w maszynie systematycznie rozpędzanej przez Brendana Rodgersa. Gdy już wydawało się, że marzenia spełzną na niczym, klub potwierdził zakontraktowanie Mamadou Sakho i Tiago Iloriego za 25 milionów funtów. O ile postać Portugalczyka budzi póki co, obojętne emocje, to były piłkarz PSG już zdecydowanie NIE. 23-letni reprezentant Francji, mający na swoim 151 występów w składzie Paryżan. Szybko otrzymał także opaskę kapitana, co w tak młodym wieku nie zdarza się przecież często i o czymś świadczy. Imponuje warunkami fizycznymi, czytaniem gry i dobrą grą głową. Nigdy nie odpuszcza i był przez kibiców Paris Saint-Germain określany 'Gladiatorem'. Spartakus był tytułowany 'Królem Kapui', kto wie, może Liverpool zdobył podpis, kogoś równie wojowniczego.

Victor Moses jest ostatnim elementem czerwonych klocków Rodgersa. Powszechnie wiadome było, że wobec sprzedaży Stewarta Downinga, klub będzie potrzebował kogoś do formacji ofensywnej. Wypożyczenie Nigeryjczyka wydaje się spokojnym ruchem włodarzy Liverpoolu, nie chcących podejmować nerwowych kroków w stylu, tego ze stycznia 2011 z inicjałami 'AC'. Piłkarzem jest utalentowanym, mogącym wnieść sporo do gry Czerwonych. Jeśli otrzymywał swoje szanse, potrafił odwdzięczyć się za zaufanie zarówno w Wigan, jak i Chelsea. Jego sporą zaletą jest to, iż potrafi przytrzymać piłkę przy nodze, nie boi się dryblingu i dobrze mu to wychodzi, poza tym, obrońcy rywali nie będą szczęśliwi z faktu fizycznej rywalizacji z Mosesem.

Zapomniałem o być może najważniejszym transferze tego lata! Tak, dokładnie ... Luis Suarez. Liverpool nie mógł lepiej tego rozegrać i pokazał całej Europie swoje 'cojones'. Skoro Borussia Dortmund mogła zablokować transfer Roberta Lewandowskiego to the Reds mogli to samo robić z krnąbrnym Urugwajczykiem. Arsenal robił co mógł, próbując swoich sztuczek, ale przefaksowane do Liverpoolu oferty transferowe za najskuteczniejszego gracza Czerwonych, szybko trafiały do kosza.

Suarez zawiódł latem klub, kibiców czy przede wszystkim menadżera, którzy jeszcze kilka miesięcy temu daliby sobie za niego rękę uciąć, wspierając go przy różnych wstydliwych incydentach.

Mamy jednak wrzesień, możliwości zmiany barw klubowych już nie ma, dlatego Luis musi zrobić wszystko, co w swojej mocy, by odbudować zaufanie kibiców, a najlepszym sposobem będą na to oczywiście zdobywane bramki, dające w ostatecznym rachunku zwycięstwa Liverpoolowi.

Gdy kamera pokazała Luisa Suareza w ostatnim meczu z Manchesterem United, przyszła mnie chwilowa refleksja. Czy ten chłopak naprawdę chciał zamienić Daniela Sturridge'a na Oliviera Giroud? Nie umniejszam dobrego startu sezonu w wykonaniu snajpera Kanonierów, aczkolwiek dyspozycja strzelecka napastnika Liverpoolu, który nie jest jeszcze w 100% zdrowy(!) mówi sama za siebie.

Zadanie dla Suareza jest jasne. Ma pomóc klubowi w powrocie do Ligi Mistrzów, a wtedy może robić co mu się podoba latem 2014 roku. Nikt nie będzie miał wtedy do niego pretensji, jeśli zdecyduje się zmienić klimat Merseyside, chociaż w przypadku Urugwajczyka na dobrą sprawę, nic mnie już nie zdziwi.

Okienko transferowe trzeba zatem ocenić jak najbardziej pozytywnie. Pozbyliśmy się niepasujących do koncepcji trenera, wypożyczyliśmy tych bez szans na regularne występy i obciążających budżet płacowy. Wzmocnienia są odpowiednie i dają realne nadzieje na walkę o Ligę Mistrzów.

Owszem, jesteśmy liderem po 3 kolejkach tegorocznej kampanii, ale trzeźwo myślący kibic zdaje sobie sprawę, że prędzej czy później ten fotel będziemy musieli oddać. Celem nadrzędnym podopiecznych Rodgersa jest powrót do Champions League i tego się póki co trzymajmy najmocniej jak potrafimy. Być może w grudniu przyjdzie pora na weryfikację własnych pragnień.

Fakty są z drugiej strony faktami i na ich temat nie powinno się dyskutować. To Liverpool dyktuje obecnie tempo wyścigu w Premier League, ma 4 wygrane na koncie na starcie sezonu i nareszcie potrafi, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przemieniać frustrujące remisy w skromne, lecz gustowne triumfy. Rodgers ma wreszcie swoją głębie składu, piłkarze stanowią prawdziwą jedność, 'team spirit' jest widoczny gołym okiem a kibice ... wreszcie mogą chodzić z wysoko podniesioną głową. W końcu po burzy zawsze świeci słońce!

Autor: AirCanada Dodano: 03.09.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u