Koniec passy, koniec zawieszenia

Futbol nie jest i nigdy nie był prosty do zrozumienia. W zeszłym sezonie często graliśmy pięknie i porywająco, ale nie przekładało się to na komplet zdobywanych punktów w danym meczu. Ten sezon zaczęliśmy z kolei od 3 kwadransów bardzo dobrej gry, by po przerwie inaugurującego spotkania ze Stoke rozpocząć futbol dosyć siermiężny. Pomimo tego, po 4 kolejkach mieliśmy 3 wygrane i 1 remis na koncie, a w tabeli plasowaliśmy się na samym szczycie.

W tych okolicznościach sobotnią porażkę z Southampton na pewno należy rozpatrywać w kategoriach sporego rozczarowania i niespodzianki. Kiedy spojrzymy jednak na grę obu zespołów, niespodzianka jest już jakby mniejsza. Wszak zdobyliśmy tylko jedną bramkę mniej niż w wygranych spotkaniach, a rywale zdołali tę jedną bramkę strzelić. Różnica niewielka, ale jeśli od pierwszej kolejki balansuje się na krawędzi szczęścia, można się spodziewać, że to szczęście pojawi się w końcu po stronie przeciwnika.

Błędy i porażki to nieodłączny element sportu i jedna przegrana, nawet w tak dramatycznym stylu jak ta sobotnia, nie jest w stanie zachwiać mojej wiary w zespół i Brendana Rodgersa, którego w dalszym ciągu uważam za właściwą osobę na właściwym miejscu. Ale postawa drużyny w ostatnim spotkaniu skłoniła mnie do pewnych refleksji dotyczących zasadności kilku niedawnych posunięć.

Myślę, że nawet osoba niedowidząca byłaby w stanie stwierdzić, że szczególnie w sobotnim starciu zabrakło w naszej drużynie kreatywności. Oczywiście, w uproszczeniu problem ten można wytłumaczyć kontuzją Coutinho. Szkopuł w tym, że nasz Brazylijczyk od początku kampanii w ogóle nie przypomina zawodnika, którego podziwialiśmy na wiosnę. Dobre i błyskotliwe zagrania w jego wykonaniu można policzyć na palcach jednej ręki. Palców nie starczyło by mi jednak do policzenia jego błędów i strat.

Kiedy okazuje się więc, że w zespole nie ma nikogo, kto byłby w stanie skutecznie zastąpić zawodnika bez formy, lampka ostrzegawcza zaczyna mienić się nie żółtym, ale jaskrawo pomarańczowym światłem. Na pewno do gry na „10” nie nadaje się Iago Aspas, ale nie wiedzieć czemu Hiszpan, którego nominalnymi pozycjami są atak i lewe skrzydło, konsekwentnie na "10" się pojawia. Luis Alberto także nie wygląda na postać, która byłaby w stanie pokierować ofensywą the Reds.

Jakkolwiek ostatnie okienko transferowe oceniam na czwórkę z plusem, tak obecna sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, nakazuje zastanowić się nad zasadnością pewnych transakcji. Czy w sytuacji, kiedy nie dysponujemy nieograniczonymi funduszami, a za tajemnym przejściem z gabinetu Iana Ayre nie mieści się drukarnia pieniędzy, wydanie około 14 mln funtów na Alberto i Iloriego miało sens? Cieszę się, że zabezpieczamy przyszłość klubu, tylko że zanim obaj panowie zaczną stanowić o realnej sile zespołu, miną co najmniej 2-3 sezony. Poza tym pamiętajmy też, że w dalszym ciągu mamy Suso, który moim zdaniem po powrocie z Almerii zepchnie byłego gracza Sevilli na dalsze miejsce w klubowej hierarchii. Konto więc solidnie uszczuplone, a realnego wzmocnienia na tak kluczowej pozycji, jaką jest ofensywna pomoc, brak. Tymczasem w Londynie, po murawie White Hart Lane biega pewien Duńczyk, po zakupie którego z naszych 14 milionów jeszcze trochę by zostało. Ale nim się nie interesowaliśmy, bo rzekomo nie pasował do naszego stylu gry… Problem w tym, że niewiele osób jest w stanie obecnie stwierdzić jaki jest ten nasz styl gry. Mało kto miałby także wątpliwości odnośnie tego, przy którym z obu panów należy postawić znak większości. Przy Luisie Alberto, czy przy, o 7 miesięcy starszym, Eriskenie, który jest graczem zdecydowanie bardziej obiecującym, a przede wszystkim doświadczonym na najwyższym szczeblu rozgrywek. Wszak Liga Mistrzów to trochę więcej, niż granie przez rok w drugiej drużynie Barcelony.

Nie chcę byście ten tekst odebrali jako przejaw rozgoryczenia wynikającego z faktu, iż jeszcze nie doszedłem do siebie po sobotnim widowisku, dlatego też pora na bardziej pozytywną refleksję. Otóż uważam, że jest pewna osoba w klubie, dla której paradoksalnie nasza ostatnia porażka może okazać się korzystna. Tak, to Luis Suarez i już tłumaczę dlaczego.

Urugwajczyk nagrabił sobie przez lato mocno u wszystkich kibiców. Wielu straciło do niego całkowicie zaufanie i swoją sympatię. Przyznam się, że także zacząłem podchodzić do jego osoby z olbrzymim dystansem. Losy potoczyły się jednak tak, że Luis w dalszym ciągu jest piłkarzem Liverpoolu, a jego zawieszenie dobiegło właśnie końca.

Jeśli nasz numer 7 planuje zrobić wszystko, by odkupić swoje grzechy i odzyskać choć część zaufania i sympatii kibiców, nie mógł wymarzyć sobie lepszej sytuacji. Z jednej strony, wraca do ekipy ze ścisłej czołówki tabeli, z drugiej – nikt mu nie powie, że ekipa świetnie funkcjonuje bez niego. Zdobywamy punkty, ale nasza ofensywa definitywnie kuleje, brakuje motoru napędowego, kogoś, kogo rywale naprawdę powinni i będą się bać. Spotkanie ze Świętymi pokazało, że Luis jest dokładnie taką postacią, jakiej nam teraz tak bardzo potrzeba. Jeśli więc Urus wykorzysta tę szansę, jestem pewien, że szybko zapomnimy mu wakacyjną historię.

Autor: Czarodziej Dodano: 22.09.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u