Suarez 157 dni później

Kiedy 25 września wstaniesz z łóżka, zastanów się, co robiłeś 157 dni temu. Normalny człowiek zapewne nie miałby zielonego pojęcia, ale fani the Reds, a zwłaszcza Luis Suárez doskonale to pamiętają. Bo w środę minie dokładnie pięć miesięcy i cztery dni od momentu słynnego ugryzienia Branislava Ivanovicia przez Urugwajczyka.

Nie trudno się domyślić, że od tego czasu wydarzyło się wiele rzeczy w świecie futbolu, ale co najważniejsze – Suárez nadal reprezentuje barwy Liverpoolu, a nie było to wcale takie oczywiste przez całe lato. Ja również świetnie pamiętam tamtą niedzielę. Do śniadania bowiem sięgnąłem po lekturę interesującego wywiadu Luisa dla The Sunday Times. Oprócz ciętej riposty na informację, że Phil Neville nie wybrał go wówczas nawet do jedenastki sezonu (Suárez odpowiedział, że także by nie umieścił Neville’a w swojej jedenastce) i kilku innych rzeczy, jasno stwierdził, że jest szczęśliwy zarówno w klubie, jak i w mieście. Chociaż ostatnie słowa poniższego cytatu były poniekąd zapowiedzią tego, co przeżyli the Reds w trakcie ubiegłych miesięcy.

– Jestem w klubie, w którym każdy piłkarz chciałby występować, który ma podobne cele do mojego – grę w Lidze Mistrzów. Jeśli nie w tym roku to w następnym, chcę wypełnić swój kontrakt, ale w piłce nożnej nigdy do końca nie wiesz co na ciebie czeka.

Cóż, kto by pomyślał, że kilkanaście godzin po publikacji tamtego wywiadu Suárez ugryzie w meczu z Chelsea Ivanovicia? Gdy już nerwowa atmosfera po decyzji FA – według której zawieszono Urugwajczyka na dziesięć meczów – się uspokoiła, w mediach rozpoczął się temat odejścia napastnika Liverpoolu do innego klubu. Najpierw mówiło się o Realu, później o Arsenalu i ich śmiesznej ofercie z jednym funtem na końcu w kwocie 40 milionów, ale stanowisko Rodgersa i właścicieli było niezmienne – Suárez ma zostać na Anfield, bo to on ma dług wdzięczności wobec klubu, a nie odwrotnie. Dług rzecz jasna wizerunkowy, a nie sportowy. A to w przypadku takiego klubu jak Liverpool jest jeszcze ważniejsze.

W międzyczasie Suárez udzielił również zupełnie innego wywiadu, niż tego z The Sunday Times. Tym razem dla The Guardian, w którym to wręcz błagał Liverpool o dotrzymanie rzekomej obietnicy możliwości odejścia w przypadku braku kwalifikacji do Ligi Mistrzów w poprzednim sezonie. Wykazał się wówczas niesamowitą hipokryzją, gdyż wcześniej narzekał na angielskie media, a przecież jedynie Arsenal był zainteresowany usługami Urugwajczyka. W dodatku, jeszcze w kwietniu nic nie wspominał o prywatnej obietnicy Rodgersa. Nie mówiąc o tym, że przeniesienie się do Kanonierów byłoby wielkim policzkiem dla Liverpoolu, a chyba nie tak zachowuje się piłkarz przywiązany do swoich barw.

Takim typem nie jest Suárez, to już wiemy. Zawiódł kochających go fanów i przede wszystkim Rodgersa, który obdarzył napastnika wielkim zaufaniem i wsparciem. W nagrodę otrzymał kopniaka w tyłek, ale na więcej sobie nie pozwolił ze względu na swój charakter i ambicje. Luis dzięki temu być może zrozumiał, że pomimo wielkich umiejętności, niekoniecznie biją się o niego drużyny grające w europejskiej elicie. Dlatego chcąc nie chcąc, musi docenić miejsce, gdzie był, jest i mimo wszystko będzie szanowany, choć z tyłu głowy kibiców na zawsze już pozostanie niesmak. Niezależnie od liczby zdobytych przez Urugwajczyka bramek.

Jednak przynajmniej do stycznia słowa „Suárez” i „transfer” w jednym zdaniu występować nie będą. Teraz liczy się tylko to, co zdarzy się na angielskich boiskach. A tutaj Luis może zdziałać bardzo dużo, podobnie jak w zeszłych rozgrywkach. Nawet jeśli ktoś stracił kompletnie szacunek do Luisa, to może patrzeć na niego z perspektywy czysto piłkarskiej. Z niej zaś Suárez prezentuje się wręcz wyśmienicie.


Od momentu zawieszenia najlepszego snajpera, Liverpool zaczął grać o dziwo lepiej, niż z nim wcześniej w składzie. W końcówce poprzedniego sezonu the Reds wygrali nawet aż 6:0 na wyjeździe z Newcastle, a już w nowej kampanii, zdołali przez dwie kolejki dumnie prowadzić w tabeli Premier League. I kiedy wydawało się, że w dziesięciu meczach bez Suáreza w składzie podopieczni Rodgersa nie odniosą żadnej porażki, przyszedł nerwowy remis ze Swansea, a następnie żenujący występ z Southampton.

Nie lubiłem gadania o tym, że Liverpool nie potrzebuje już Suáreza, że wtedy lepiej funkcjonuje zespół, że ogranicza innych… Bo ostatnie dwa mecze są idealnym przykładem na to, iż to nadal kluczowy gracz w talii Rodgersa. Pod jego nieobecność pałeczkę magików przejęli na spółkę Philippe Coutinho i Daniel Sturridge, ale gdy ten pierwszy wypadł na kilka tygodni przez uraz barku, powrót Suáreza wydaje się jeszcze bardziej pożądany. W ofensywie potrzebna jest ta szczypta magii, którą zapewnia właśnie Luis. Zwłaszcza, że Liverpool już nie ma przypiętej łatki zespołu jednego piłkarza. To drużyna zdolna do osiągania wielkich rzeczy, a Suárez może jej tylko w tym pomóc. Nie samolubnością, ale wolą walki i geniuszem. A także zdrowym rozsądkiem, o który jednak może być ciężko.

Już na wiosnę byliśmy świadkami jego świetnej współpracy ze Sturridge’em, dlatego też można być przekonanym, że będzie to mieszanka wybuchowa. Kiedyś Rodgers wciąż się zastanawiał, jak idealnie zestawić tę dwójkę razem, ale po wyczynach Daniela w tym sezonie wiadomo, że to Anglik będzie najbardziej wysuniętym graczem na boisku, a Suárez kręcił się za nim i na skrzydłach. Przy nieobecności Coutinho jest to konieczne, gdyż Iago Aspas w tej roli spisywał się delikatnie mówiąc słabo.

Suárez budząc się 25 września będzie miał w głowie jedną myśl"€“ „zrób to, pokaż im, że nadal mogą cię kochać”. To profesjonalista i wierzę, że ostatnie miesiące tylko go wzmocniły w sferze mentalnej. Wesołe uśmieszki na treningach, śpiewanie hymnu przed meczem na Anfield… To oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że Urugwajczyk już nigdzie nie będzie chciał odejść, ale teraz ponownie we krwi ma Liverpool. A to oznacza same pozytywy.

Po 157 dniach na Old Trafford kibice ponownie powitają Luisa w oficjalnym meczu. Teraz czekamy na ruch Suáreza. Oby był równie kąśliwy, co jego bramki (podkreślam, bramki) w poprzednim sezonie.

Autor: Oski_LFC Dodano: 25.09.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u