Oto wraca... sezon '12/13

Temat w ostatnich dniach powtarzany jak mantra. Po porażce Liverpoolu z Southampton na własnym podwórku 0-1, w mieście Beatles'ów zaczęło się wielkie odliczanie. Po serii zwycięstw i niefortunnym remisie, na Anfield nikt nie śmiał nawet wspomnieć nazwiska największego po Torresie zdrajcy - zespół Brendana Rodgersa z 10 punktami rządził i dzielił w Premier League, a niektórzy już widzieli Stevena Gerrarda wznoszącego prawdopodobnie najważniejsze trofeum w swojej karierze.

Niestety, sen ten trwał krócej niż przedwyborcze spoty PiSu w TVNie, a i z podobnym skutkiem. Piłkarze Mauricio Pochettino z Arturem Borucem w bramce pokazali liderowi tabeli, że czas zejść na ziemię. Wtedy właśnie ktoś ośmielił się nadmienić nazwisko Luisa Suareza.

Zawieszony na 10 meczów za ugryzienie Branislava Ivanovicia Urugwajczyk miał już dawno dzielić szatnię z Cristiano Ronaldo w ciepłej stolicy Hiszpanii. Inne ptaki ćwierkały o północnym Londynie, jednak to kuriozum wciąż do mnie nie trafia, i wcale nie mam na myśli drugiej oferty, jaką złożył Arsene Wenger, czym mimo wszystko zaskarbił sobie mój wieczny podziw za odwagę.

Ale wróćmy do meritum, gdzie pewien homo, nie do końca, sapiens wywołał karuzelę uczuć, podobną do opisanej w książce Jodiego Picoult o tym samym tytule. Swoją drogą, opisanie świata, w jakim żyje Luis Suarez mogłoby być międzynarodowym bestsellerem - choć określenie gatunku takowego dzieła pewnie stanowiłoby nie lada zagwozdkę.

Fenomenem jest dla mnie, ile człowiek może znieść i wybaczyć, ba, nawet zapomnieć, gdy w grę wchodzi dobro ogółu, jakim jest w tym przypadku Liverpool Football Club. Środowy mecz na Old Trafford z Manchesterem United w Carling One Cup miał dać więcej odpowiedzi niż padło pytań przez ostatnie 157 dni. Facet, który jeszcze miesiąc wcześniej skomlał w tak przez siebie znienawidzonych mediach, prosząc o transfer do rywala the Reds, miał być lekiem na wszelkie zło, jakie wydarzyło się w klubie przez dwa ostatnie tygodnie. System, od którego Brendan Rodgers tak zaciekle chciał odejść, miał być jedynym sensownym, dającym drugie w sezonie zwycięstwo nad największym rywalem. Przez te 90 minut (realnie może z 20, tu szczery ukłon w stronę polskich stacji sportowych) zamiast odpowiedzi, dostałem jeszcze więcej pytań.

Suarez faktycznie wniósł wiele do gry Liverpoolu - bez dwóch zdań przyćmił Daniela Sturridge'a, o Stefanie Kapitanie nie wspominając. Po raz kolejny udowodnił, że znajduje się w ścisłej światowej czołówce, a smak zaostrzyło jego uderzenie z wolnego, które po interwencji Phila Jonesa uchroniło ekipę Davida Moyesa od dogrywki. Gra w ofensywie wyglądała świetnie, jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że realizator pokusił się o retrospekcję ostatniego sezonu w odwróconej chronologii. Nasze "We've got the best midfield in the world" na tle swojego vis-à-vis w postaci 40-letniego Ryana Giggsa i prawego obrońcy United wyglądało, ładnie to ujmując, mizernie. Do tego 11 rzutów wolnych, których wykonanie przypominało jak... no właśnie, odpowiedzcie sobie sami. Na nic się zdała przewaga w posiadaniu piłki, gdyż ciągle czegoś, a może kogoś, brakowało.

Brak klasowego rozgrywającego to problem, z którym Liverpool boryka się od transferu Xabiego Alonso do Realu Madryt w 2009 roku. Wciąż kontuzjowany Joe Allen, zardzewiały (uwierzcie, że naprawdę ciężko mi to przeszło przez palce) Steven Gerrard oraz ten wielki mały nieobecny - Philippe Coutinho. To właśnie ten piłkarz uświadomił mi, jak określenie sportu drużynowego nabiera nowego znaczenia przy absencji jednostki. To jakby kupić paczkę z kartami Pokemon i nie znaleźć w niej tego świecącego drania. W takim obliczu nawet dobrze prezentująca się reszta wygląda marnie. Co gorsza, nową paczkę Brendan Rodgers będzie mógł kupić dopiero w styczniu, o czym wspomniał na pomeczowej konferencji. Jednak to właśnie ten sezon miał być tym przełomowym, dlatego odliczanie będzie wciąż trwało do momentu powrotu na murawę 20-letniego Brazylijczyka, który znowu będzie błyszczał i czarował the Kop, mając już do pomocy Luisa Suareza.

Autor: Komar Dodano: 27.09.2013

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u