Komitet kontrowersji

W tym mocno stresującym dla wszystkich kibiców czasie, gdzie aktywność na rynku transferowym zyskuje na intensywności, działają dwie instytucje – komitet transferowy i loża szyderców. Pierwsi szukają kogoś jakościowego, ale w cenie zgodnej z duchem styczniowych wyprzedaży, czyli poszukują piłkarza, który może w ogóle nie istnieć. Drudzy szukają głównie dziury w całym.

Mimo, że okno transferowe jest otwarte i w dalszym ciągu możemy się wzmocnić, ostatnie wydarzenia wywołały falę krytyki w kierunku każdej osoby zarządzającej Liverpoolem. Żeby stwierdzić czy oceny te są uzasadnione czy nie, należałoby przyjrzeć się obu stronom.

Warto zacząć od tego, kto decyduje o naszym życiu i śmierci w pierwszej czwórce, czyli od komitetu transferowego. Swoisty okrągły stół, w którym każdy ma coś do powiedzenia, wydaje się trzymać dość demokratycznych założeń. Nie ma tu miejsca na despotę, wokół którego zachcianek ma się kręcić cały futbolowy świat. Członkami tegoż tworu egzotycznych fantazji właścicieli są: Brendan Rodgers, Ian Ayre, Dave Fallows oraz Michael Edwards. Wszyscy czterej - dzieląc pomiędzy sobą kompetencje - tworzą coś na kształt zbiorowego dyrektora sportowego.

Dave Fallows – przybyły razem z Barrym Hunterem (szefem skautów) z Manchesteru City – został mianowany kierownikiem ds. rekrutacji. Przychodząc do the Reds chciał najwidoczniej, żeby jego ciężka praca w końcu miała jakikolwiek sens, a nie była jedynie poważnie brzmiącą nazwą stanowiska w klubie, który wartość piłkarza mierzy wskaźnikiem cen baryłki ropy. Ponoć był to świetny ruch ze strony naszych włodarzy. Faktycznie, lista wskazanych zawodników, którzy mają olbrzymi potencjał lub odpalili w innych klubach jest imponująca. Jednak trudno nie odnieść wrażenia, że wszystko sprowadza się tu do nieustannych wyborów. Tak jakby pierwszy cel (ten za którego na pewno nie będziemy przepłacali i nie mamy zamiaru walczyć o niego do końca) był wskazywany na imprezie biznesowej, a następnie po otrzeźwieniu wszyscy dochodzili do wniosku, że należy wrócić na ziemię i sprowadzić kogoś tańszego. Można określić to, jako wskazywanie „fałszywej alternatywy”, ponieważ piłkarz z drugiego miejsca listy i tak zawsze stanie się preferowanym wyborem.

Od przybycia Rodgersa, dotychczasowe działania na rynku transferowym charakteryzowały się tym, że niezależnie czy odbywały się przed czy po powołaniu komitetu, były podyktowane głównie koniecznością wyważenia proporcji. Z jednej strony zdeterminowane zaleceniami właścicieli. Z drugiej, potrzebą stosunkowo szybkiej przebudowy zespołu – niepasującego do wyznawanej przez Brendana filozofii. Tak więc wymóg odpowiedniego wieku i ceny, ścierały się z weryfikacją profilu i stylu gry danego zawodnika.

Obecnie jest podobnie, z jednym zastrzeżeniem – nie tylko Rodgers decyduje o tym, którzy zawodnicy spełniają wszystkie kryteria. Jeśli spojrzeć na podobny model z perspektywy właścicieli to wprowadzenie go wydaje się uzasadnione. W końcu zarówno Dalglish, jak i menadżer z Irlandii Północnej nie zawsze potrafili zapewnić odpowiednią jakość, uzasadniającą wydane pieniądze. Z kolei z punktu widzenia Rodgersa jest to zabieg, który rozmija się z zapewnieniami udzielonymi w czasie, gdy zgodził się podjąć prowadzenia ekipy Czerwonych. Trochę przypomina to wszystko sytuację Suáreza w lecie ubiegłego roku. Niby była w umowie klauzula odejścia, ale pozostawiała wielkie pole do interpretacji. Tak więc, jeśli ktoś zaproponuje 40 milionów funtów, uruchamia wspomniany zapis, ale przecież nikt nie zabronił klubowi odrzucić ofertę. Analogicznie – szkoleniowiec Liverpoolu nie zgodził się na dzielenie swoich zadań z dyrektorem sportowym, ale przecież nikt nie powiedział, że nie może powstać komitet transferowy.

Dość kluczową postacią w całej tej układance jest również Ian Ayre. Jako dyrektor zarządzający sprawuje funkcję zarówno kierowniczą, jak i wykonawczą – odpowiada bowiem także za negocjacje. Ze wszystkich osób odpowiedzialnych za zarządzanie określonym wycinkiem działalności klubu to właśnie on jest najbardziej krytykowany przez kibiców. Myślę, że jeśli spojrzy się na jego dokonania z odpowiedniej perspektywy to można dostrzec, że nieco na wyrost. Lukratywne umowy ze Standard Chartered czy Warriorem mogą posłużyć za argument. Stosunkowo niskie kwoty zapłacone za Coutinho i Sturridge’a również można zaliczyć na plus. Fakt, że Ayre zdołał nie tylko utrzymać pozycję po przejęciu przez FSG, ale i zwiększyć swoje wpływy nie są przypadkiem. Należy po prostu odróżnić politykę transferową klubu, której mankamentami obwinia się Ayre’a od wykonywania swoich obowiązków.

Po drugiej stronie barykady stoją kibice – sfrustrowani i bezradni wobec bierności poczynań władz the Reds na rynku transferowym. Utworzyły się przy tym różne fronty krytyków. Jedni winą obarczają właścicieli, których z początku optymistycznie przyjęta strategia działania, przekształciła się w zbiorowej świadomości w oczekiwanie na dary losu. Inni z kolei uważają, że obecna sytuacja jest reakcją FSG na nietrafione decyzje Rodgersa. Trzecia grupa żąda zmiany negocjatora. Czwarta widzi w całym komitecie transferowym niepotrzebne utrudnienie w podejmowaniu decyzji dotyczących rekrutacji piłkarzy. W końcu co cztery głowy to nie jedna, a cztery złe decyzje. Ostatnia grupa ogranicza odpowiedzialność klubu do stwierdzenia, że to nie my jesteśmy tacy nieskuteczni, to futbol jest światem zepsutym przez petro-szejko-gotówkę, w skrócie: PSG. Tym samym udzielił się nam nie tyle syndrom oblężonej twierdzy, co tej zdobytej, ograbionej i spalonej.

Mimo iż mogę zaraz skończyć z przypiętą łatką obrońcy przegranych spraw, nie jestem pewien co do zasadności całej tej krytyki. Oczywiście, w obliczu olbrzymiej liczby kontuzji i w kontekście realnej szansy na miejsce w pierwszej czwórce, potrzebujemy wzmocnień na kilku pozycjach. Ponadto myślę, że każdy z krytyków ma odrobinę racji. Właściciele postawili na konsekwencję w realizacji pierwotnych założeń, bez ich weryfikacji i modyfikacji. Po latach wpadek z przepłaconymi zawodnikami, być może jest to odpowiedni czas na zmianę. Jednak należy również dostosowywać przyjętą politykę do dynamiki okna transferowego. Czyli, jak to powiedział kiedyś pewien taksówkarz Jarek, w życiu należy być „fleksywnym”. Rodgers musi zaakceptować z kolei fakt, że niektórzy z jego autorskich nabytków, walczą o utrzymanie klubów, do których zostali wypożyczeni. Ayre popełnił kilka błędów i być może należy oddzielić jego działalność biznesową od tej bardziej zabarwionej sportowo. Powstanie komitetu jest natomiast konsekwencją wyrzucenia części pieniędzy w błoto, jednak skutkiem jego utworzenia nie może być trzymanie ich w nieskończoność w kieszeni. Chelsea podkupiła nam Salaha, świat jest okrutny itp. , ale postarajmy się na przyszłość działać z większym przekonaniem, żeby uniknąć bezpośredniej walki z bogatszymi.

Musimy jednak zaufać działaczom. W końcu tak jak nie chwali się dnia przed zachodem słońca, nie krytykuje się władz klubu przed zamknięciem okna transferowego. Może się jeszcze wzmocnimy, a może mimo braku inwestycji w zimie, osiągniemy założony cel. Natomiast jeśli oba scenariusze się nie sprawdzą i stadion nie będzie jedyną rzeczą niezbędną do przebudowy, wtedy nikt już nie zatrzyma rewolucji. W końcu skończył się okres przejściowy. Przyszedł czas na efekty.

Autor: Raf Dodano: 26.01.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u