Marzenia są niebezpieczne

Dawno temu, dość uznany jegomość, za jakiego należy uznać Arthura Goldena, stwierdził, że "marzenia są niebezpieczne: parzą niczym ogień i czasami potrafią spalić".

Czy na obecnym etapie sezonu, w sumie, już na ostatniej prostej, rosnące i powoli dojrzewające od wielu, wielu lat w kibicach marzenia o mistrzostwie ligi, to bardziej motor napędowy czy też raczej ogranicznik, który w końcowej fazie sezonu, gdy do linii mety pozostaną raptem dwie-trzy kolejki, da o sobie znać i niechybnie położy misternie uknuty plan, wedle którego mieliśmy cały czas, aż do ostatniego gwizdka arbitra w tym sezonie, pozostać w grze?

Obecna sytuacja Liverpoolu, zarówno dla kibica jak i dla właścicieli z Bostonu jest niemal wzorcową: cały czas wywieramy presję na głównych, niekwestionowanych pretendentach do tytułu mistrza a jednocześnie, z dość dobrymi skutkami, sami unikamy wywierania tej presji na nas, zachowując stosunkowo bezpieczną, a już na pewno świetnie wyglądającą na papierze, odległość sześciu punktów od ekipy Tottenhamu, która cały czas usiłuje pozostać w grze o angaż do Ligi Mistrzów, tym bardziej, że zgodnie z przewidywaniami wielu, zadyszkę złapał Everton, który jednak umiejętnie szachuje ekipę prowadzoną przez Moyesa, któremu w chwili obecnej sprzyjają chyba kibice wszystkich drużyn. No, może z wyłączeniem niejakich fanów Manchesteru United.

Wariant optymistyczny, jaki zakwita w sercach wielu z nas, zakłada rozgromienie Chelsea, Tottenhamu, City i wszystkich pozostałych drużyn, jakie chociażby pomyślą tylko o tym, aby zatrzymać rozpędzoną lokomotywę z wielkim Liverbirdem na przedzie. Nawet zwykle powściągliwy w swoich wypowiedziach, Steven Gerrard zdradza w pomeczowym wywiadzie, że jego ekipa jest w stanie pokusić się o coś więcej niż Big Four. Co jednak, jeśli wbrew tym wszystkim hucznym zapowiedziom o zwyżkującej formie, o lepszej drugiej części sezonu, przydarzy się w Twierdzy Anfield jakaś bolesna wpadka, do tego z będącym cały czas głównym pretendentem do mistrzostwa, Manchesterem City lub rozpędzoną Chelsea?

Czy sztabowi trenerskiemu oraz naszym zawodnikom uda się łatwo przejść na porządku dziennym do kolejnego spotkania, wymazując z pamięci niedawną porażkę, która zapewne mocno uszczupli nasz potencjał w walce o ten wielki cel, na który czekamy już ponad dwadzieścia lat? Nie mam pojęcia, jednak wydaje mi się, że zarówno optymizm jak i pesymizm są cholernie zaraźliwe: dopóki ekipa The Reds jest cały czas na fali wznoszącej, dopóty zawodnicy grają często ponad swój poziom. Co jednak, jeśli w głębi siebie zaczynają oni właśnie wierzyć, że celem jest tylko i wyłącznie mistrzostwo a nie jakieś nędzne miejsce w pierwszej czwórce? Koguty z Londynu tylko czekają na taki rozwój wydarzeń, który pośrednio umożliwi im powrót na miejsce premiowane rozgrywkami w Lidze Mistrzów.

Marzenia są niebezpieczne, zwłaszcza, gdy jest się kibicem Liverpoolu. W XXI wieku, wliczając zarówno Istambuł jak i niedawny Puchar Ligi, wiele nie wnoszący do dumy kibiców Liverpoolu garnek o który biliśmy się z przeciętną, żeby nie powiedzieć, słabą drużyną, wynik niemal do ostatniej sekundy zawsze wisiał na włosku. Trudno powiedzieć, dlaczego z tak wielkim trudem przychodzi nam zdobywanie trofeów, podczas gdy innego dnia jesteśmy w stanie roznieść ekipę Arsene'a Wengera 5-1, rozstrzygając losy spotkania w ciągu pierwszych dwudziestu minut.

Zdecydowanie, potrzebujemy teraz wielkiego motywatora, dowódcy i lidera, który w razie potencjalnej porażki w jednym z tych elitarnych spotkań, które już wkrótce nas czekają, zdoła zaszczepić w zawodnikach nowe pokłady energii i wiary, abyśmy znowu, podobnie jak w Istambule, nie musieli drżeć o pomyślne dla nas ułożenie się tabeli do samego końca.

Autor: Kinio25LFC Dodano: 03.03.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u