Dobry, zły i brzydki

Kiedy pisałem o różnych obliczach Suáreza, nie pomyślałem jeszcze, że jest w Liverpoolu osoba, której ilość twarzy i wachlarz umiejętności znacznie przekracza te Urugwajczyka. Brendan Rodgers – oto człowiek, który zmieni futbolowy świat. A przynajmniej ten kręcący się wokół Liverpoolu.

Niesamowite jest to, jak krótką drogę przebył menadżer the Reds, żeby z mało znanej persony, która wprowadziła walijski klub do Premier League, stać się obiektem westchnień tych najmożniejszych i największych. Przenosząc to na grunt bliższy czerwonym sercom – z trenera, któremu wszyscy ufają (bo nie mają wyjścia), zmienił się w osobę bez której na Anfield nikt już sobie nie wyobraża życia. Chęć zatrzymania Rodgersa jest tak silna, że nawet najwięksi sceptycy mówią i piszą o szkoleniowcu „na lata”. Gerrard natomiast uprzedza fakty, namawiając właścicieli do jak najszybszego przedłużenia kontraktu z człowiekiem, który przywrócił mu wiarę w zdobycie mistrzostwa.

Fakt, że od momentu zatrudnienia Brendana do stanu obecnego nie minęły jeszcze dwa sezony szybko obrazuje, jak niesamowicie ważną i dobrą decyzję podjęło FSG, mianując go 1 czerwca 2012 r. nowym menadżerem klubu. Klubu, który jest równie dumny ze swoich sukcesów, co desperacko ich pragnie. Okres ten wskazuje na skalę postępu jakiego dokonał Liverpool pod jego wodzą oraz jakiego progresu dokonał sam Rodgers dzięki the Reds. Jest to związane z cenną cechą, którą posiada – zdolność do szybkiej adaptacji.

Pozytywny wizerunek szkoleniowca z Irlandii Północnej zaczął utrwalać się w świadomości fanów już podczas pierwszej konferencji prasowej, kiedy z pasją mówił o klubie. Dobre pierwsze wrażenie można zrobić na kibicach tylko raz i Brendan wykorzystał swoją szansę – a później było jeszcze lepiej. Już wtedy wyglądał jak ktoś, z kim normalni ludzie mogliby się utożsamić.
Rodgers sprawia na przemian wrażenie realisty i niepoprawnego optymisty, a przy tym jest w tym wszystkim przekonujący i naturalny. Raz określał potencjalną drogę do przebycia swojej drużyny „do miejsca, w którym chcą się znaleźć”, jako długą i wyboistą. Innym razem odpływał w klimaty zbliżone racjonalnością do fabuły Harry’ego Pottera. Jak to napisał Carlos Ruíz Zafón: „Nie rezygnuj z marzeń, nigdy nie wiesz, kiedy okażą się potrzebne”. No cóż, nie znam gościa, ale cytat z jego książki "Cień wiatru" – której nie znam jeszcze bardziej – wydaje się pasować do podejścia Brendana. To znaczy: twardo stąpaj po ziemi, ale nie przestawaj wierzyć w siebie i marzyć o sukcesie.

Mimo iż starał się realizować swój plan stopniowo i metodycznie, szybko skończył z ekipą grającą najefektowniejszy i najskuteczniejszy futbol w całej Premier League. Ponadto widać u niego autorytet jaki sobie wypracował wśród zawodników. W końcu ten miły facet zamienia się w kogoś zupełnie innego kiedy przychodzi czas na wydawanie instrukcji piłkarzom. Można to było chociażby zobaczyć w słynnym serialu dokumentalnym „Being: Liverpool”. Tych przemian jest znacznie więcej. Choćby, jak odnoszący się zwykle dość kurtuazyjnie, potrafił nie tyle skrytykować decyzje sędziego po meczu z City, co wręcz podważyć jego bezstronność. Jednak wszystkie te zachowania mają jedno zadanie – działanie w naszym interesie i tylko naszym. Dzięki temu Brendan zbudował swój niezwykle pozytywny wizerunek wśród osób związanych z Liverpoolem. Inaczej to wygląda z opinią pozostałych kibiców.

Fani Arsenalu uważają go za bezwstydnika, który śmiał naruszyć największą świętość i popełnić najstraszliwszą zbrodnię, jaką można sobie wyobrazić – jeśli czytają to dzieci, zasłońcie oczy – nie zgodzić się z nimi w kwestii formy transferu najlepszego zawodnika w drużynie. Mamy więc do czynienia z pewną sprzecznością – człowiek uwielbiany za szacunek z jakim wyraża się o innych, jest jednocześnie oskarżany o jego brak. Szkoleniowiec ceniony przez jednych za klasę, jaką zachowuje w różnych okolicznościach, przez drugich nazywany jest „burakiem” we wszelkich wariacjach. Jednak utwierdza mnie to tylko w przekonaniu, że sukces menadżera jest wprost proporcjonalny do ilości krytyków wśród kibiców z konkurencyjnych ekip. Wystarczy tylko spojrzeć na Fergusona czy Mourinho.

Jesteśmy więc naocznymi świadkami kształtowania się trenera, który ma potencjał, żeby być najlepszym w Premier League. Kogoś, kim nie był w stanie stać się po powrocie nawet sam Dalglish. Menadżera, który wachlarzem rozwiązań taktycznych potwornie kontrastuje ze statycznym do bólu Hodgsonem i niczym nie odbiega, mimo młodego wieku, od niedawnego guru pod tym względem wszystkich kibiców the Reds – Beniteza. Szkoleniowca, który zmienia wszystko i wszystkich, nawet siebie – byle tylko wygrywać. Kupienie lepszych zawodników nie będzie tym samym wyłączną podstawą do przyszłych sukcesów. Punktem wyjścia do ich odnoszenia jest tylko i aż jeden człowiek.

Autor: Raf Dodano: 23.03.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u