Umarł król, niech żyje ból

Niestety jak to zawsze bywa przy stracie wielkich piłkarzy, człowiek czuje się jakby świat miał się zaraz przestać kręcić, a klub zawiesić swoją działalność – przygotowując się na nadejście jeźdźców apokalipsy, którzy ześlą na nas plagi, ubóstwo i piłkarzy z Southampton.

Może i tym razem reakcja jest nieco lżejsza niż przy odejściu Fernando Torresa, jednak Luis i tak pozostawił sporą pustkę – nie tylko w składzie the Reds. Niektórzy kibice nawet przeszli przez wszystkie fazy pojawiające się przy stracie kogoś bliskiego: szoku, zaprzeczenia, złości, aż do stopniowego godzenia się z rzeczywistością. Niestety ta zostawia nas bez świetnego zawodnika, wskazując alternatywy z pozoru szalone. Co prawda może nie tak szalone, jak wyskoki samego El Pistolero – w końcu zawsze uważałem kanibalizm za przejaw lekkiej ekstrawagancji – ale jednak nieco niepokojące.

Nazwiska, które przewijają się w mediach w kontekście uzupełnienia składu sprawiają, że przeciętny fan czuje się jakby właśnie uczestniczył w „Randce w ciemno”, czyli małe prawdopodobieństwo trafienia na kogoś ogarniętego i duże prawdopodobieństwo na wylosowanie wycieczki do Ciechocinka. Słowem marne szanse na odniesienie spektakularnego sukcesu. Wilfried Bony, Dejan Lovren i Ben Davies nie ekscytują specjalnie kibiców. Sprowadzeni już do Liverpoolu Adam Lallana i Lazar Marković również są narażeni na krytykę połączoną z drwinami z polityki transferowej klubu. Co więcej, przez niektórych mogą być utożsamiani z największym złem i możliwą patologią – próbą zastąpienia Suáreza.

Rzecz w tym, że docierające z przekazów medialnych sygnały zdają się zarysowywać obraz sytuacji. Otóż prawdopodobnie klub odpuści sobie choćby próby zastąpienia Urugwajczyka i postawi na dalsze budowanie składu, niejako w oderwaniu od tej pustki w ataku. Tym samym wybraliśmy znaczące poszerzenie kadry o zawodników odpowiedniej jakości zamiast wzmocnienie o takich o klasie kosmicznej. Nie boję się więc użyć tego słowa – robimy dokładnie to samo, co Koguty w poprzednim sezonie. Nie rozumiem tylko czemu ludzie uważają to za równoznaczność upadku. Nie chodzi tu o to, że Tottenham nie kupował zawodników z absolutnej czołówki i postawił na ilość. Chodzi o to, że zwyczajnie nie trafił ze swoimi transferami. Porwał się nieco z motyką na słońce, próbując wydać całość kwoty i nie posiadając jednocześnie atutu w postaci Ligi Mistrzów.

Nie rozumiem także tej schizofrenii poglądowej jaka ujawnia się co okienko. Patrzymy z wyższością na Chelsea i City. Uważamy się za bardziej naturalnego kandydata do sukcesów, przez wzgląd na historię i wydatki transferowe. Później zaś przy najbliższym dopływie gotówki, ludzie dostają szału na punkcie jej wydawania. Myślę, że należy się jasno opowiedzieć za jedną ze stron. Albo uważasz się za kibica idealistę, który wierzy, że uda się klubowi zrównoważonym rozwojem dobić do największych, a pieniądze niszczą ten piękny sport. Albo za cynika, który nie widzi w wydawaniu horrendalnych kwot nic złego. A wtedy PSG, City i Chelsea nie są sztucznym tworem w rękach obrzydliwie bogatych właścicieli, a częścią naturalnego biegu historii, który sprawił, że futbol ewoluował w stronę światowego biznesu.

Należy ponadto zrozumieć jedną niezwykle istotną kwestię. Otóż właściciele obrali pewien kierunek progresu. Jeśli odejdą od założonych wytycznych, udowodnią że całe to gadanie o wierze w przyjętą politykę było nic niewartą propagandą. Jeśli zarząd chce sprowadzać kilku zawodników o wartości do dwudziestu kilku milionów funtów zamiast bicia rekordów transferowych – niech to zrobią. Ostatecznie nieistotne jest, co się komu wydaje na temat piłkarza ani czy jest on Anglikiem, Niemcem czy wegetarianinem. Kluczowe jest czy faktycznie się sprawdzi. Fajnie jest więc trochę powymądrzać się na temat potencjalnych wzmocnień – w końcu jest to kwintesencją dyskusji o transferach – jednak nie odmawiajmy nikomu w Liverpoolu kompetencji z powodu naszych upodobań czy wiedzy o danym graczu. Kibice mylą się mniej więcej dziesięć razy częściej co do potencjału piłkarza.

Apokalipsa, którą widzimy oczami wyobraźni nigdy nie nastąpi, jeśli ludzie w klubie odrobili pracę domową i dokonali trafnych decyzji. Nie dowiemy się tego po samych statystykach czy dotychczasowym pracodawcy piłkarza. Odszedł genialny gracz, łączmy się w bólu i żałujmy tej straty, ale dzień sądu ostatecznego zostawmy na moment, w którym będzie co i na jakiej podstawie osądzać.

Autor: Raf Dodano: 15.07.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u