Liverpool zmienił politykę

W ocenie wielu kibiców spore wątpliwości pozostawia realizowana tego lata przez klub transferowa polityka, będąca dla niektórych kalką poczynań na tej płaszczyźnie Tottenhamu sprzed roku. Nic jednak bardziej mylnego. Tego lata klub na transferowym polu niemal zupełnie porzucił stare przyzwyczajenia.

„We’re top of the league!” zażartował rok temu Brendan Rodgers po wygranym 1:0 meczu ze Stoke, inaugurującym całą kampanię Premier League, wywołując głośny uśmiech wśród wszystkich zgromadzonych na konferencyjnej sali. Zdanie to spełniało bowiem wówczas wszystkie kategorie dowcipu. Rok w piłkarskim kalendarzu to jednak długi odstęp czasu, wystarczył ze znaczną nawiązką by to zdanie zmieniło się z zabawnego żartu, w dosyć niewygodną dla pozostałej części czołówki rzeczywistość. Podobnie jak na planszy ligowej tabeli tak i na transferowym rynku Liverpool w tym okresie znacznie poprawił swoje położenie.

Przeszłość zaczęły stanowić już czasy, w których klub, tak jak to było rok temu, nieustannie rotował transferowe priorytety pomiędzy Henrichem Mchitarjanem, Diego Costą a Willianem, szukając niczym ze świecą nocą po bezludnej wyspie chcących go wzmocnić graczy, z i tak szeroko pojętego salonu piłkarskiej Europy. Tego lata sytuacja stała się całkowicie odmienna. Transfery Adama Lallany, czy Dejana Lovrena prawdopodobnie nigdy nie doszłyby do skutku gdyby nie naciski samych zawodników na macierzystego pracodawcę w celu umożliwienia im przenosin na Anfield. Bez względu na ocenę tegorocznych nabytków, po raz pierwszy od lat Liverpool sprowadził piłkarzy, którzy stanowili jego pierwszoplanowy wybór, a nie ich drugorzędne alternatywy. To pierwszy, choć na pewno nie ostatni, pozytyw obecnego transferowego okna, o którym wśród pojawiających się czasami na jego temat głosów malkontenctwa, przez wzgląd na niedawne nie należy zapomnieć.

(Kosztowne) ubogie zaplecze

Liverpool tego lata stanął przed zadaniem nie tyle wzmocnienia składu, ile stworzenia pierwszej drużynie niemal od podstaw całego zaplecza w postaci ławki rezerwowych, która będzie w stanie stanowić realną, a nie jedynie fikcyjną jak to miało miejsce w zeszłym sezonie, konkurencję dla zawodników podstawowego zespołu. Niegrzeszący nadmiarem piłkarskich umiejętności Aly Cissokho, przeplatający mecze słabe z co najwyżej przyzwoitymi, rozegrał w poprzednim sezonie z kadrowej konieczności aż 12 ligowych spotkań w pierwszym składzie. Ostatnie pół godziny grudniowego meczu z Chelsea na Stanford Bridge na lewej pomocy rozgrywał niewystępujący nigdy wcześniej w pierwszym składzie siedemnastoletni Brad Smith, którego Brendan Rodgers był zmuszony wpuścić za kontuzjowanego Joe Allena wobec braku jakiejkolwiek innej personalnej możliwości. W kwietniowym rewanżu na Anfield nie było wiele radośniej. W końcówce meczu z Chelsea w kluczowym momencie całego sezonu na boisko ratować wynik i Mistrzostwo wchodził… Iago Aspas.

Te trzy z wielu możliwych do mnożenia przykładów pokazują jak „szeroką” kadrą dysponował w zeszłym sezonie Brendan Rodgers i jak głośną czkawką już wtedy odbiło się to klubowi, mimo braku upustu sił w europejskich rozgrywkach. Liverpool nie miał więc wyjścia. Pomimo dysponowania największym transferowym budżetem w historii, wbrew naciskom wielu kibiców, klub nie mógł pozwolić sobie na sięganie po zawodników z najwyższej cenowej półki. Wydanie całej sumy uzyskanej z transferu Luisa Suareza na jednego, lub co bardziej realne dwóch, graczy zmusiłaby niedysponujący kieszenią bez dna klub, do uzupełnienia pozostałej części zaplecza zespołu piłkarzami pokrewnymi ceną i piłkarską jakością, do tak krytykowanych w ostatnich miesiącach Iago Aspasa, Victora Mosesa czy Aly’ego Cissokho, lub dokładnie nimi samymi. Z tym zastrzeżeniem, iż w obliczu dodatkowych obowiązków klubu związanymi z udziałem w Lidze Mistrzów czas spędzony przez nich na boisku musiałby ulec w tym sezonie znacznej eskalacji.

Premier League, zamiast pokera

Jak już wspomniałem na początku dla wielu powyższa polityka jest transferową metaforą „dokonań” Tottenhamu sprzed roku na transferowej płaszczyźnie. Obydwie koncepcje nie mają jednak ze sobą właściwie żadnych istotnych punktów stycznych. Po pierwsze Tottenham postanowił wydać, a właściwie jak się później okazało – roztrwonić, całą fortunę z transferu Garetha Bale’a poza granicami Premier League. Brazylia, Francja, Holandia, Hiszpania, Rumunia i Włochy, to z tamtejszych lig Koguty werbowały zawodników do swojego nowego projektu, szukając wzmocnień niemal po całym piłkarskim świecie, jedynie nie w Anglii. Dodatkowo żaden z piłkarzy pozyskanych rok temu przez Tottenham nie miał, ani angielskiego obywatelstwa, ani nawet choćby uprzednio zdobytego kwadransa doświadczenia w Premier League, piłkarsko tak odmiennej od wszystkich innych lig. Taka transferowa polityka była ryzykiem podchodzącym pod sabotaż. W ten piłkarski poker z wielkimi pieniędzmi i ryzykiem w tle Tottenham jednak zagrał. I przegrał.

Liverpool pod tym względem przyjął zupełnie inną, zdecydowanie mniej ryzykowną politykę. Wszyscy doświadczeni piłkarze jakich tego lata sprowadził Liverpool, mający w pierwszej kolejności wbudować się w trzon zespołu w postaci Adama Lallany, Rickiego Lamberta i Dejana Lovrena zostali już uprzednio zweryfikowani przez angielskie wymogi, każdorazowo z przynajmniej dobrym rezultatem. Oprócz nich, spośród doświadczonych graczy, klub wykazywał tego lata także żywe zainteresowanie takimi zawodnikami jak: Ryan Bertrand, Wilfried Bony, Alexis Sanchez, James Milner, Michel Vorm, Loic Remy, czy najświeższym na tej liście Samuelem Eto’o. Wszystkich tych zawodników oprócz Alexisa Sancheza, mającego stanowić część rozliczenia transferu Luisa Suareza łączy jeden wspólny piłkarski mianownik – Premier League.

Strategia transferowa Liverpoolu tego lata wydaje się jasna. W skrócie wszyscy doświadczeni piłkarze powyżej 21 - 22. roku życia, mają pochodzić z Premier League, reguła ta nie dotyczy jedynie piłkarzy młodych, nieprzekraczającej tej granicy wieku, takich jak Lazar Marković, Emre Can, Divock Origi, czy najstarszego w tym gronie, mającego niespełna 22 lata, gotowego już do zakontraktowania Alberto Moreno. Oni jednak mają dostać, jak sam ostatnio przyznał Brendan Rodgers, w ramach własnych potrzeb, odpowiedni odstęp czasu na obycie się z angielskim futbolem zanim postawi się im się wymagania równoległe z ich talentem i aspiracjami klubu.

Takie założenie to jednak na Anfield rewolucja. Liverpool dotąd za kadencji Brendana Rodgersa wydawał się iść kierunkiem zupełnie odwrotnym, zdecydowanie bardziej zbliżonym do zeszłorocznej prokontynentalnej polityki Tottenhamu. Zeszłego lata klub wykazywał priorytetowe zainteresowanie Henrichem Mchitarjanem, Diego Costą i Willianem w żaden sposób wcześniej niezwiązanymi z Premier League. Jedyny kosztowniejszy wydatek przekraczający 10 milionów £ klub zrealizował ostatecznie w Paryżu, za sprawą transferu Mamadou Sakho, na angielskim rynku pozostawiając jedynie 9 spośród 48. wydanych rok temu milionów £.

Po pół roku sytuacja nie uległa zmianie, Liverpool najpierw chciał zakontraktować Mohameda Salaha z FC Basel, a w obliczu niepowodzenia tej transakcji zgłosił się do właściciela Dnipro po Jewhena Konoplankę, choć jak wiadomo zbyt późno. Można jedynie spekulować jakie czynniki wpłynęły na zmianę optyki na kryteria transferowej rekrutacji przez The Reds, jednak zeszłoroczna lekcja płynąca z White Hart Lane, oraz fakt, iż ani Willian ani Salah, którzy gdyby nie skuteczniejsze zaloty w ich kierunku ze strony Chelsea, prawdopodobnie trafiliby ostatecznie na Anfield, nie spełnili do końca w Premier League stawianych im wymagań, były jednymi z motywów tej metamorfozy.

Między transferami Liverpoolu a Tottenhamu jest jeszcze jedna jaskrawa różnica. Koguty żadnego spośród ponad 100 milionów £ nie wydały rok temu na piłkarza poniżej 21. roku życia. Daniel Levy chciał zbudować wielką, może nawet w domyśle mistrzowską drużynę natychmiast, bez choćby sezonu zwłoki, inwestując w piłkarzy, którzy do odgrywania decydujących ról mieli teoretycznie być gotowi od zaraz. W futbolu jednak za wszystkich doradców pośpiech jest tym najgorszym, a niecierpliwość w budowie drużyny niemal nigdy nie popłaca. Brendan Rodgers w przeciwieństwie do Tottenhamu postanowił rozłożyć zyski ze sprzedaży Luisa Suareza na raty, inwestując jak dotąd aż 45 milionów £ w piłkarzy młodych, nieprzekraczających dwudziestego roku życia, na których najlepszą odsłonę przyjdzie nam z pewnością jeszcze poczekać.

Drogie, bo z Anglii

Zakupy w Premier League, na jakie zdecydował przerzucić się Liverpool, wiążą się jednak z konkretnymi niedogodnościami. W Anglii jedno euro stanowi walutę o zupełnie innej wartości niż w pozostałych ligach. Kluby są znacznie bogatsze niż na pozostałej części kontynentu za sprawą rekordowych na skalę światową wpływów z ligowych transmisji, większego niż w pozostałych częściach Europy zainteresowania futbolem kibiców, przekładającego się na większą liczbę sprzedawanych biletów, koszulek i sponsorów gotowych podzielić się z klubami częścią swojego kapitału. Sprawia to, iż w bogatszych od innych angielskich zespołach trudniej przełamać niechęć do sprzedaży fundamentalnych graczy, niż przykładowo te hiszpańskie, dla których nierzadko ich oddanie jest z góry przewidziane w corocznym budżecie, jako wymóg utrzymania finansowej płynności. Nieprzypadkowo wszystkie trzy najdroższe transakcje w historii futbolu odnosiły się do zawodników kupowanych z Premier League. To jedna z przyczyn, dla których wiele zespołów, jak chociażby zeszłego lata Tottenham, próbują ominąć transfery z angielskiego rynku, mając świadomość, iż w innych ligach za podobne pieniądze można pozwolić sobie na nieco większe zakupy.

W wielu fanach oburzenie wzbudziła cena jaką Liverpool wydał tego lata na Dejana Lovrena, tłumacząc że solidnego obrońcę w Europie można znaleźć zamykając transakcję w tej samej sumie, jednak liczonej nie w Funtach, a w Euro. Jest to po części prawdą, jednak należy pamiętać, że ten naddatek jest dla Liverpoolu pewną gwarancją, ograniczeniem do i tak sporego minimum (jak pokazuję chociażby przykłady Robbie Keane’a, czy Stewarta Downinga) ryzyka nierentowności takiej transakcji. Stuprocentowej gwarancji w futbolu osiągnąć się nie da. O tym jak kosztowne i nieopłacalne bywa nieminimalizowanie tego ryzyka oszczędzając na tym naddatku przekonał się w zeszłym roku Tottenham, najboleśniej na przykładzie Erika Lameli i Roberto Soldado. Jednak Liverpool też ma na tym polu swoje złe doświadczenia, najświeższe za sprawą Iago Aspasa, czy nieco odleglejsze, lecz ciągle trudne do zapomnienia, związane z Alberto Aquilanim.


Najtańsi bywali najdrożsi

Angielskie kryteria nie są jedyną zmianą na Anfield w tegorocznym podejściu do rekrutacji nowo pozyskiwanych graczy. Średnia wartość zakupu pojedynczego zawodnika przez Liverpool w tym transferowym oknie wynosi jak dotąd (i pewnie już się znacząco nie zmieni) 15,4 miliona £, w poprzednich czterech latach (nie licząc transferów bezgotówkowych) było to począwszy od sezonu 2010/11 to kolejno: 10,33; 10,14; 9,58 i 9,36 miliona £.

Ta zwyżka wcale nie wynika z przeprowadzenia tego lata przez Liverpool transferów zawrotnie drogich, w poprzednich sezonach zdarzało się że klub kontaktował zawodników droższych niż 20, czy 25 milionów £. Wynika natomiast z tego, iż Liverpool w końcu zrezygnował z przeprowadzania transferów „tanich”, będących w ostatnich latach na Anfield wariantem zupełnej normy. W poprzednich czterech sezonach Liverpool kupił aż dwunastu piłkarzy za sumę nieprzekraczającą 7 milionów £ (kolejno: Christiana Poulsena, Danny’ego Wilsona, Jonjo Shelveya, Brada Jonesa, Paula Konchesky’ego, Charliego Adama, Jose Enrique, Sebastiana Coatesa, Oussame Assaidiego, Luis Alberto, Tiago Iloriego i Iago Aspasa) wydając na nich łącznie aż 55,4 miliona £.

Poza Jose Enrique, wobec którego zdania mogą być jeszcze podzielone, żaden z tych graczy nie okazał się na dłuższą metę pewnym punktem zespołu. Przeciwnie, większa część taka jak chociażby Paul Konchesky będący pomnikiem jałowości tej strategii, Christian Poulsen, czy Iago Aspas okazywali się piłkarzami zupełnie nieskrojonymi na format i ambicje klubu, czego weryfikacja pochłonęła jednak Liverpool długie minuty pobytu tych zawodników na boisku, a także utratę na ich błędach sporej liczby ligowych punktów. Brendan Rodgers wraz zarządem wydali się dostrzec tego lata tendencję, iż najtańsi zawodnicy okazują się najczęściej na dłuższą metę najdrożsi. Sprowadzili bowiem w niższej cenie jedynie Rickiego Lamberta, na którego niewielką sumę odstępnego wpłyną jednak przede wszystkim wiek, a nie wachlarz piłkarskich umiejętności.

Ryzyko nieuniknione

„Transfer Sturridge’a to ryzykowny interes dla Liverpoolu”. Powiedział po ogłoszeniu przenosin Anglika z Chelsea na Anfield, półtorej roku temu sir Alex Ferguson. Jakkolwiek te słowa w obliczu eksplozji talentu Sturridge’a na Anfield nie brzmiałyby dziś karykaturalnie były w pełni uzasadnione, choć niezbyt odkrywcze. Każdy bowiem transfer jest dla kupującego klubu ryzykiem. Pieniądze zainwestowane w transakcję mogą się nie zwrócić, a zawodnik który zostaje zakupiony może nie wywiązać się w zakładany sposób z powierzonych mu w klubie i na boisku zadań, co z pewnością nie pozostanie bez przełożenia na osiągane przez zespół rezultaty. Najbardziej ryzykowne jest jednak nie podejmowanie tego ryzyka w ogóle.

Można narzekać że Rickie Lambert nie zdobędzie już pewnie Złotej Piłki, że od Lazara Markovicia znalazłoby się w Europie przynajmniej dwóch bardziej znanych i utytułowanych dwudziestolatków, albo że Adam Lallana to jednak nie Leo Messi. W tym okienku transferowym Brendan Rodgers postawił jednak na piłkarzy dokładnie takich z jakimi osiągnął w zeszłym sezonie sukces: (w większości) młodych, ofensywnych, uniwersalnych taktycznie, niezmanierowanych jeszcze wielką sławą. Tacy właśnie zawodnicy postawili nas w końcówce zeszłego sezonu w przedsionku piłkarskiego raju. Pozostaje liczyć na to, że nowi im podobni w nadchodzących miesiącach pozwolą nam w nim pozostać, lub przy drobnym uśmiechu losu pomogą postawić jeszcze jeden krok dalej...

Autor: Locke Dodano: 13.08.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u