Wicemistrzostwo i co dalej?

Już jutro, po ponad trzech miesiącach przerwy Anfield i okoliczne uliczki wypełnią się okrzykami „We are Liverpool” a na sztandary ponownie zostanie wyniesione hasło „Make us dream”. Wszystko jednak wskazuje na to, że w tym sezonie na kibiców Liverpoolu czekają już zupełnie inne sny.

W liczącym 180 stron scenariuszu wyprowadzenia Czerwonych z otchłani środka tabeli, jaki w czerwcu 2012 roku Brendan Rodgers zaprezentował swojemu nowemu pracodawcy, walka o mistrzostwo znajdowała się prawdopodobnie znacznie dalej niż na drugim rozdziale. Jednak dwa lata w pełni wystarczyły Irlandczykowi z Północy na zdjęcie z Liverpoolu, zupełnie nieskrojonego na format i ambicje klubu stroju kopciuszka i postawienie go ponownie na ścisłym wierzchołku tabeli. W futbolu najdłuższa droga prowadzi jednak na szczyt, najkrótsza natomiast z powrotem. Liverpool w tej kampanii staje więc przed niewiele łatwiejszym, o ile w ogóle zadaniem: obronienia świeżo wywalczonej pozycji na piedestale tabeli.

Oprócz starych, utartych na różnych szczeblach ligowych celów i nadziei, tym razem nowy sezon niesie dla the Reds także nowe, niedostępne w poprzedniej kampanii marzenia i emocje. Liverpool po pięciu latach przerwy wraca na najbardziej elitarną scenę europejskiego futbolu. Z góry jednak wiadomo, iż od samego początku trawiasty parkiet teatru Ligi Mistrzów nie będzie dla nas usłany płatkami róż. Za sprawą licznych absencji w ostatnich latach w europejskich rozgrywkach, oraz skromnych na ich polu sukcesach, Liverpool będzie losowany w fazie grupowej dopiero z trzeciego koszyka, a nie jak to każdorazowo przed laty bywało – pierwszego. Oznacza to, iż niemal w ciemno można zakładać, że to właśnie The Reds, wraz z trzema dolosowanymi 28. sierpnia w Nyonie zespołami, czeka w tym roku mało szczęśliwe przeznaczenie utworzenia „grupy śmierci”.

W Premier League także należy spodziewać się, iż Liverpool w drodze na szczyt tabeli napotka w tym sezonie więcej zakrętów i przeszkód. Poprzednia kampania była bowiem wyjątkowo osobliwa. Po raz pierwszy w historii Premier League wszystkie zespoły z podium poprzednich rozgrywek zmieniły przed kolejnym sezonem swoich menażerów. Jednak spośród Manchesteru United, Chelsea i Manchesteru City, jedynie ci ostatni cokolwiek skorzystali na tej wymianie.
Przez większą część sezonu wydawało się że największym beneficjentem nowych porządków zostanie Arsenal, który żółtą koszulkę lidera ściskał łącznie przez 128 dni rozgrywek. Drugą część rozgrywek podopieczni Wengera spędzili jednak na coraz głębiej zaciągniętym hamulcu. W ich miejsce w czarnego konia sezonu szybko wdał się Liverpool. Przykład właśnie klubu z Anfield pokazuje jednak jak znacząca bywa różnica w postawie zespołu pomiędzy pierwszym, a drugim rokiem pracy z nim nowego trenera.

Trzeba się liczyć z tym że, w tym sezonie Jose Mourinho wpadnie na jakiś nowy, mniej destrukcyjny w swej genezie pomysł, pozwalający oprócz uprzykrzania życia innym także i jemu coś wygrać, a Manchester United pod wodzą Louisa van Gaala przestanie być dla pozostałych zespołów czołówki chłopcem do tak beztroskiego bicia. W zeszłym sezonie cztery najwyżej renomowane w Anglii, poza Liverpoolem, kluby w postaci Arsenalu, Chelsea, Manchesteru United oraz City uzyskały łącznie w Premier League zaledwie 311 punktów. To stanowi drugi ich najniższy wynik odkąd Obywatele z Etihad dołączyli do czołówki. Trzeba więc być przygotowanym na to, że w nadchodzącym sezonie konkurencja w lidze raczej przyspieszy niż z zwolni.

Przy ustalaniu listy celów i wymagań na bieżącą kampanię nie dajmy się więc zwieść entuzjazmowi poprzedniego sezonu. Mistrzostwo Anglii i puchar Ligi Mistrzów jest ambicją każdego na Anfield, żadne z tych trofeów nie może być jednak stawiane podopiecznym Brendana Rodgersa za wymóg pomyślności sezonu. Pomimo zeszłorocznych popisów Liverpool startuje do obydwu tych wyścigów z drugiego rzędu faworytów. Bukmacherzy szacują dziś szanse The Reds na odzyskanie w tym roku Mistrzostwa, czy wzniesienie Pucharu Europy w stosunku kolejno jak 12/1 i 23/1.

Liverpool przede wszystkim w musi obronić w tym sezonie swoją pozycję w Top 4, inaczej cały zeszłoroczny wysiłek zostanie w znacznym stopniu zmarnowany. Na stawianie wyższych, obligatoryjnych wymagań przyjdzie jeszcze czas i to zapewne niebawem. Jeżeli więc klub znajdzie się na koniec sezonu w czołowej czwórce tabeli, a w Lidze Mistrzów wyjdzie z grupy i dotrze przynajmniej do ćwierćfinału, sezon trzeba będzie uznać za udany. Każda nadwyżka tych osiągnięć oczywiście jest możliwa, jednak należy ją jeszcze przynajmniej w tym roku rozpatrywać w kategorii nie celów, a nadziei, które jak pokazał zeszły sezon czasami lubią się spełnić. Przy odrobinie szczęścia z nawiązką.

Liverpool bieżącego lata szczęściu temu na ile mógł dopomógł. Na ostatniej prostej transferowego okienka wskazówki zegara nie przesuwają się już tak szybko jak to miało miejsce chociażby w styczniu, klub bardzo dobrze zniósł transferowe okienko na starcie sezonu meldując się już z niemal kompletną kadrą. O tym, iż klub zmienił tego lata politykę rekrutowania nowych graczy już kilka dni temu w tej rubryce pisałem, nie będę już wątku zakupów do klubu dalej podnosił, wspomnę tylko, że Liverpool bezsprzecznie przystępuje do nowego sezonu ze znacznie bardziej wyrównanym i obfitym w piłkarzy nadążającymi za aspiracjami klubu składem, niż w poprzednich latach, co jest niezbędnym wymogiem dla równoczesnego zachowania konkurencyjności w kontynentalnych rozgrywkach i krajowej lidze.

Owszem, odszedł Suarez, jednak na to, iż w którymś z boiskowych architektów zeszłorocznego sukcesu Liverpoolu nie zakocha się, z wzajemnością wystarczającą do zrealizowania transakcji, któryś z gigantów współczesnego futbolu, od początku trudno było liczyć. O tym jaka dezintegracja może spotkać zespoły szybkiego i niespodziewanego w swej skali sukcesu świeżym i bardzo smutnym przykładem jest los Atletico. Z „Los Colchoneros” po trzech miesiącach od zdobycia Mistrzostwa Hiszpanii pozostał już jedynie cień zeszłorocznej drużyny. Z Liverpoolu odszedł Suarez ale oprócz niego w klubie pozostał w komplecie cały trzon wicemistrzowskiego zespołu, a wraz z nim najważniejsze, istotniejsze nawet od samego Urugwajczyka, ogniwo dla podtrzymania obecnego projektu – Brendan Rodgers.

Mimo to dla wielu jednak dzisiejsza noc pozostanie nieprzespana. U każdego kibica The Reds, podobnie jak pozostałych dziewiętnastu innych klubów rozpoczynających w ten weekend na angielskich boiskach walkę o swoje ambicje, przed pierwszym gwizdkiem sezonu jest przynajmniej cień niepokoju, tremy, niepewności o to co przyniosą począwszy od jutra najbliższe miesiące. Cały jednak ten niepokój razem z towarzyszącymi mu nadziejami na osiągnięcie zakładanych celów, idących w parze z marzeniami o przekroczeniu racjonalnych zamiarów o chociażby kilka kroków, kształtują obecne przedsezonowe napięcie, a począwszy od jutra od godziny 14:30 przez kolejne wtorki, środy i weekendy aż do maja będą kreować kolejne, jakże stęsknione już piłkarskie emocje.

Na progu sezonu wykaz natrętnie rodzących się pytań jest znacznie dłuższy niż liczba choćby szczątkowych na nie odpowiedzi. Jeżeli kogoś w gorączce oczekiwania na nową kampanię coś choć trochę może uspokoić, to niczego nie zapeszając podpowiadam: rozpoczynający się jutro sezon zapowiada się dla Liverpoolu znacznie lepiej niż zapowiadał się poprzedni.

Autor: Locke Dodano: 16.08.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u