Żywot kibica poczciwego

Chyba wszyscy wiedzą, że życie kibica nigdy nie jest usłane różami. Może i są dni, w których słońce świeci dłużej, ale przeważnie jest to powiązane z pewną ilością pieniędzy włożonych w energie tego słońca. Jeśli tej energii jest za mało, żywot automatycznie jest na niższym poziomie.

I właśnie o takim żywocie mogą dzisiaj mówić wszyscy fani Liverpoolu (może z wyjątkiem tych nowych, bo oni jeszcze rok temu oglądali wicemistrza kraju a dzisiaj patrzą na siódme miejsce w tabeli, to musi być szok!). Dla tych z dłuższym stażem raczej nie jest to nic nowego, kolejne słabe występy, kibice zapominający o dopingowaniu, złe decyzje kadrowe, dodatkowo menadżer, który rzuca ciągle te same morały niczym polityk chcący uzbierać kilka głosów więcej po to, aby wygrać wybory. I w sumie nie ma się co dziwić, w końcu mamy listopad, więc już najwyższy czas na składanie obietnic, chociaż na dłuższą metę, ten czas zaczął się już w czerwcu.

Pamiętacie ten moment, kiedy Rodgers i jego piłkarze mówili chórem „wygramy ligę”? Tak, to były marzenia. Marzenia, które nie miały nic wspólnego z rzeczywistością, bo ona szybko zweryfikowała siły. Okej, może i rzeczywiście Spartanie potrafili zatrzymać znacznie silniejszego wroga od siebie, ale w tym sezonie to właśnie tym wrogiem jest Liverpool a bohaterami cała liga. Na boisko wychodzi zatem jedenastu mężnych facetów z mieczami (piłką) tarczami (obrona) i całym swoim męstwem, honorem i charakterem (Liverpool Football Club) po aby w czasie bitwy ci wielcy rycerze skłonni przecież oddać życie za swoją drużynę zgubili miecze, stracili tarczę i zapomnieli dla kogo walczą. W ataku nie ma nikogo, obrona nie istnieje a ich król nie potrafi im przemówić dla kogo grają. Ale zaraz zaraz...

Na pewno w zeszłym sezonie mówiliście o team-spirit. O tych radościach po strzelonym golu, kiedy piłkarze przytulali się do siebie jakby chcieli całemu światu wykrzyczeć, że miłość jest najważniejsza. Teraz nie ma ani team ani spirit, chociaż patrząc na grę drużyny, to drugie czasem się jednak przydaje... . Zadaje sobie dzisiaj pytanie jak to się stało, że cały trud włożony w zeszłej kampanii został zrównany z ziemią już po kilku kolejkach tejże kampanii. I dochodzę do pewnych wniosków.

Tradycyjnie piłkarze uwierzyli w to, że mają już wszystko. Wielką zaletą menadżera jest, kiedy ten potrafi ciągle motywować swoich zawodników do jeszcze lepszej gry. Patrzcie na Real Madryt, który znowu chce wygrać wszystko. Wiąże się to też z ogromną ilością pieniędzy, ale przecież nie mają one znaczenia w dzisiejszym futbolu, bo przecież one nie grają, prawda? My, jako kibice Liverpoolu uwielbiamy oglądać zwycięstwa nad City, Chelsea czy innymi nowobogackimi drużynami, ale jak wydajemy 40 milionów na piłkarza, to twierdzimy, że warto na niego tyle dać. Powiem tak – piłkarz jest wart tyle, ile da za niego klub, o ile klub jest trzeźwy i na pewno dobrze wyłączył football managera. W dzisiejszych czasach albo potrafisz pokazać podopiecznym, że masz jaja, albo tracisz wszystko na starcie, bo ktoś za te jaja cie ściśnie. I tak jest dzisiaj.

Rok temu Liverpool straszył wszystkich a dzisiaj straszy swoich kibiców. Wszystko zostało już zakończone. Nie ma nic, co było widoczne rok temu. Nie ma chęci, wizji, charakteru. Nie ma gry. Nie ma przede wszystkim Suareza co nie? Nie. Ci zawodnicy, którzy dzisiaj grają w tym klubie, przyszli do niego w lato bądź już w nim byli. Jak oni mogli w trzy miesiące zapomnieć jak gra się w piłkę? Mogli. Bo dla wielu z nich to tylko piłka. Tak, dla nas Liverpool jest czymś wielkim, czcimy go, kochamy, ale dla zawodników (nie mówimy tu o wychowankach) jest to kolejne miejsce pracy. Nieważne od wyników, oni i tak dostaną sowite wynagrodzenie, ewentualnie nie wyjdą na boisku i tak to wynagrodzenie mając. Nie ma dzisiaj nikogo, kto by pociągnął tę drużynę.

Balotelii jest nowy, ma trudny charakter, jak strzeli to święto, jak nie strzeli to tradycja. Mamy więc bardzo wczesną tradycje świąteczną. Ot taki czarny humor, bo co nam innego zostało? Oglądanie kolejnych, może nie porażek, ale słabych występów, bo przepraszam, że to powiem, ale nie wierzę, że nagle zaczniemy grać piękną piłkę. Chwilowe impulsy pokazują, że piłkarze jednak coś potrafią, ale już kilka dni później pokazują, że potrafią tylko „coś”. Nic poza tym. Kto zatem ma pociągnąć tę drużynę do sukcesu?

Nowi zawodnicy to ciągle nowi zawodnicy, nie wiedzą o co chodzi w tym zespole, historia do nich nie przemawia, bo są młodzi. Grają sobie zatem i chcą coś pokazać, ale nie potrafią się przebić. Powstaje zatem marność nad marnościami bo jeśli Mignolet jest piłkarzem meczu, to znak, że coś się dzieje. Doświadczeni piłkarze popełniają proste błędy, skarżą się na kolegów z ławki swojemu nauczycielowi a on tylko patrzy i zapisuje wszystko w swoim dzienniczku uwag. A uwag jest mnóstwo. Uwagi do siebie mają piłkarze, mają je także trenerzy, wkrótce właściciele przemówią, bo to przecież już listopad, więc warto byłoby coś powiedzieć (oni jeszcze żyją?!).

Nawet Steven Gerrard, ten wielki Steven Gerrard, wielbiony Steven Gerrard wygląda jak dziecko, które ma zły dzień i nie chce ani spać ani się bawić. No bo tak – spać nie może, bo ławka rezerwowych jest niewygodna, więc po co w ogóle tam wchodzić, a poza tym jego niania nie ma odpowiednich referencji aby posadzić dziecko na ławce. Niech więc zatem bawi się zabawkami, których nie lubi, od czasu do czasu znajdując jakiś ładny klocek czy lalkę. Bo tak widzę Gerrarda grające aktualnie na pozycji defensywnego pomocnika. Ani nie jest aktualnie w formie, ani nie pasuje do tej pozycji. Coś jak ebola w Polsce. Wszyscy o niej mówią a nikt jej nie widział. No może od czasu do czasu coś się przewiję w wiadomościach, podobnie jak czasem kapitan zagra jakąś ciekawą piłkę do partnerów, którzy i tak z niej nic nie zrobią.

I jeśli to wszystko dodamy do siebie i dolejemy odrobinę kwasu, jadu, chloru i całej wszechobecnej nienawiści do świata, otrzymamy mieszankę krakowską (no bo przecież żyjemy w Polsce). Z tym, że na przykład ja nie lubię galaretki. A piłkarze mniej więcej tak wyglądają na murawie – trzęsą się i są gotowi na pożarcie. Więc zatem moi drodzy, poczciwi kibice, co nam znowu pozostaje? Mamy swój żywot kibica poczciwego, chodzimy do pracy, szkoły, potem idziemy spać, budzimy się, oglądamy kolejny słaby mecz i nie nie możemy zmienić. Żyjemy zatem kolejny raz przeszłością. No bo co nam zostaje? Carpe diem! Chociaż w dzisiejszych czasach to bardziej memento mori.

Autor: Gall Dodano: 02.11.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u