Sztuka spadania

Brendan Rodgers znalazł się w ostatnich tygodniach w sytuacji tożsamej do problemów z otworzeniem czaszy spadochronu. Albo w końcu się uda i skończy się na strachu, albo zaliczy się bliskie spotkanie z ziemią, pieszczotliwie nazywaną rzeczywistością.

Ostatnio krytyka menadżera the Reds osiągnęła punkt kulminacyjny. W końcu musiał nastać moment, w którym rozliczone zostaną transfery. Moment, w którym każda następna wypowiedź uderzająca w motywacyjne tony drażni. Moment, w którym każdy wybór piłkarza jest podważany. A nie ma lepszej ku temu okazji niż wypadnięcie z Ligi Mistrzów i słabe wyniki w lidze. Tak więc zgodnie z trendem jesień-zima 2014/2015 przyłącze się do tej rebelii. Jednak zanim rozpoczniemy zbiórkę grabi i pochodni, polecam przyjrzeć się na spokojnie wszystkim tym aspektom, które doprowadziły do takiej, a nie innej sytuacji.

Zacznijmy od gwiazdy wieczoru, czyli tak przeklinanych transferów. Pomijając głębsze rozważania na temat ceny i jakości poszczególnych graczy ściągniętych latem, nietrudno dostrzec największą patologię naszego systemu. Przede wszystkim jest nią przerost formy nad treścią. Właściciele dotąd starali się dość dynamicznie odpowiadać na specyfikę rynku transferowego, dostosowując do niego swoją filozofię. Dzięki temu wprowadzili surowsze kryteria ustalania pensji piłkarzy i gaży dla ich agentów oraz powołali komitet. Jednak całe to podejście wygląda, jak człowiek, który próbuje walczyć z rwącym nurtem.

Nie da się dyktować warunków na rynku transferowym. Nie da się z nim wygrać. Nawet takie firmy jak Real czy Barcelona, które przyciągają już samą swoją nazwą, muszą przepłacać. Spójrzmy prawdzie w oczy, koncepcja którą przyjęliśmy nie tylko nie przyniosła jakiś wymiernych efektów finansowych, ale i częściowo utrudniła nam sprawne przeprowadzenie niektórych transakcji. Rozbijanie całego procesu decyzyjnego na kilka osób zbytnio go formalizuje. Jest jak rozprawa profesorów na temat tego, czemu człowiek używa do chodzenia nóg zamiast rąk – nieważne, że przyczyna takiego stanu rzeczy jest oczywista, zawsze znajdzie się jakiś powód do bezsensownego bicia piany.

I tu dochodzimy do Rodgersa. Myślę, że z jednej strony jest ofiarą tego systemu, z drugiej trybem go napędzającym. Cała ta polityka, chociaż oparta na traumie z czasów Dalglisha, kierowana jest od początku pod adresem Brendana. Mimo iż jest on członkiem komitetu, przyjęta procedura wymaga chronienia klubu przed autorytatywnymi wyborami menadżera. Złośliwi powiedzą, że patrząc na dotychczasowe nabytki szkoleniowca z Irlandii Północnej, całe szczęście, że tak jest. Jednak widać, że mocno wpływa to wszystko na jego instynkt samozachowawczy, czego najbardziej krystalicznym przykładem jest coraz bardziej specyficzny sposób podchodzenia do selekcji składu, przez co powstało wrażenie, że nie ufa własnym piłkarzom. Nie może być tak, że dochodzi do sytuacji, w której dzielimy ściągniętych zawodników na tych menadżera i na tych komitetu. Zauważcie, że wcześniej Brendan nie wybierał na siłę gracza, który nie spełnia jego oczekiwań. Obecnie, widać nierówne traktowanie niektórych zawodników.

Nie zgadzam się przy tym ze słowami Barretta, w których twierdzi, że całą winę za transfery należy rozłożyć na właścicieli, komitet i Rodgersa. Możemy się czarować tym jakże solidarnym podejściem, jednak na koniec i tak będziemy mieli czynienia z casusem „Dalglisha i Commoliego”. Jeśli wydanie monstrualnej kwoty na transfery się nie zwróci, to i tak na końcu odpowie menadżer. Samo źródło i zakres odpowiedzialności nie będą miały najmniejszego znaczenia.

Wypowiedzi Brendana to temat na osobny artykuł, który raz już zresztą napisałem. Z ostatniej przedmeczowej konferencji, uderzyła mnie jednak przede wszystkim sama postawa Rodgersa. Pomijając już banał, że nikt jeszcze wojny z mediami nie wygrał, obrażanie się na cały świat za brak poklepywania po plecach przy dłuższej serii słabych wyników, jest nieprofesjonalne. To właśnie w takich momentach trzeba się wykazać silnym charakterem i cierpliwością. Warto też wspomnieć, a może raczej wypomnieć dosyć lekceważące podejście do krytycznie nastawionych byłych gwiazd Liverpoolu. Odpowiedzenie na krytykę Grobbelaara (niezależnie od tego jaki jest) na zasadzie, że zależy mu na opiniach osób, które mają na celu dobro klubu jest dosyć niefortunne. Rozumiem przez to, że dobro Rodgersa jest tożsame z dobrem klubu.

Wybór piłkarzy jest chyba najbardziej kontrowersyjną kwestią. Obecność Jonesa w bramce w miejsce Mignoleta trudno w jakiś racjonalny sposób wytłumaczyć. Jeśli miało to być pogrożenie palcem Belgowi, to nie wiem czy można było znaleźć na to gorszy moment od dwóch najistotniejszych meczów ligowych. Do tego dochodzi dość niejasna sytuacja Cana oraz Moreno i jesteśmy już w pełnej kropce. Po raz kolejny ujawniają się pozasportowe i bliżej nieokreślone czynniki, które mają prawdopodobnie swoje źródło w wyżej opisanym podziale transferów (nie licząc sytuacji z Simonem).

Wszystkie powyższe rzeczy wskazałem bez emocji. Nie mam bowiem zwyczaju „pisania pod wpływem”. Mało tego, uważam że zwalnianie teraz Rodgersa byłoby czystą głupotą. Nie chodzi tu o to, że nagle przekonała mnie poprawa stylu the Reds, a o odpowiedź na proste pytanie: kto miałby zastąpić w obecnej sytuacji Brendana? Niektórzy ludzie często przy tych swoich drobnych złośliwościach zapominają, że menadżera nie zwalnia się za karę. Zwalnia się, bo klubowi potrzebna jest zmiana. A ta, na tym etapie sezonu z automatu wprowadziłaby nas w kolejny okres przejściowy. Do tego dochodzi jeszcze moja ulubiona opinia o Suarezie i jego genialnej dyspozycji, która miałaby niejako stanowić dowód na brak wkładu Brendana w wyniki z zeszłej kampanii. Czyli dyskredytuje menadżera efektywne wykorzystanie potencjału duetu SAS? W takim razie każdego szkoleniowca, który dysponuje gwiazdą w zespole (a w lepszych ekipach każdy ma taką personę) należałoby sprowadzić do szczęściarza, bez umiejętności.

Jak pisałem wcześniej, Rodgers ma sytuację analogiczną do skoku na spadochronie. Jeśli uda mu się odpowiednio zareagować na obecny kryzys, to otworzy mu się spadochron awaryjny i mimo trudności przeżyje. Jeśli natomiast nie przełoży poprawy gry na wyniki zespołu, to i sami piłkarze zaczną w końcu kwestionować obecny stan rzeczy i znacznie trudniej będzie im wcisnąć, że zagrali świetny mecz mimo przegranej bądź remisu. Wtedy będzie za późno na reakcję i dojdzie do najgorszego. Ciekawe czy na koniec sezonu uznamy to wszystko za spadanie czy lądowanie z problemami.

Autor: Raf Dodano: 22.12.2014

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u