We believe. Again

Liverpool pokonał Manchester City. Udało się pokonać kolejnego trudnego przeciwnika i trzeba powiedzieć, że humory znowu są świetne. Znowu, bo to kolejny raz w krótkim odstępie czasu, kiedy na Anfield rządzą skrajne emocje. Czy to potrzebne?

Jak to często w futbolu bywa po tym gorszym spotkaniu, przyszedł czas na to lepsze. Znacznie lepsze. Po burzy znowu zaświeciło słońce a po nocy przyszedł dzień. Dzień, który po raz kolejny przywrócił wspomnienia. Mniej więcej te same, które kilka lat temu towarzyszyły przy pokonywaniu tej samej drużyny, tylko, że na Anfield. Uwielbiamy to uczucie. Uczucie, kiedy historia, tradycja, romantyczny etos góruje nad pieniędzmi, kupowanymi trofeami czy plastikowymi kibicami. Kochamy ten stan, chociaż sami mamy swoje za uszami i nie powinniśmy trwać w przeświadczeniu, że jesteśmy najlepsi. Bo nie jesteśmy i pokazaliśmy to niedawno. Pokazaliśmy, że popularne YNWA to frazes, nic więcej. Klopp jednak pokazał, że trzeba coś zmienić. Postawił na mocną zmianę. I jakby na to nie spojrzeć znowu osiągnął swój cel. Jedność wyszła na wierzch. Obudził się team spirit i chyba niczego póki co nie brakuje. Chyba.

Chyba, bo można powiedzieć, że jeszcze są elementy do poprawienia, drużyna dobrze broni zespołowo i zaczyna grać takim pressingiem, jakiego oczekuje tego menadżer. Gorzej jednak jest z indywidualnościami. Tuż po pojawieniu się Kloppa w Liverpoolu eksperci przekrzykiwali się na temat jego relacji z piłkarzami oraz kibicami. I stało się faktem, że Niemiec potrafi jednoczyć. Potrafi, ale efekty ciężkiej pracy nie przychodzą od razu i też nie obyło się bez krytyki. Skoro Jürgen oczekuje świetnej relacji z fanami, to przecież musi oczekiwać tego samego w zamian. Nie może być tak, że w tym związku stara się tylko jedna strona.

Można jednak usprawiedliwić kibiców, którzy opuścili stadion przed końcowym gwizdkiem. Ostatnio popadli w depresje oglądając wyniki swoich ulubieńców. Nadeszły takie czasy, że piłka jest obiektem biznesowym a fani przychodzą obejrzeć mecz i się cieszyć a nie denerwować. I stąd reakcja taka a nie inna. Zmieniają się czasy, więc i podejście fanów się zmienia. Bilety są droższe, coraz większa liczba turystów przychodzi na stadiony. Można zaryzykować stwierdzenie, że prawdziwi kibice zostają w domach. Ewentualnie chodzą na wyjazdy. Nie tylko przecież w Liverpoolu fani zaczęli opuszczać trybuny. Po wczorajszym pogromie stadion Obywateli przechrzczono na „Emptihad” i nie ma się co dziwić. Taki stan rzeczy będzie widywany jeszcze wielokrotnie i szczerze mówiąc wątpię, że to się zmieni. I radze się Wam do tego przyzwyczaić. Zaczniemy wygrywać, to znowu najgłośniej będzie słychać We are Liverpool.

Jedność. Tego brakowało Liverpoolowi w ostatnich tygodniach i rozegranie takiego meczu od razu pobudziło rządzę o sukcesach. Przed nami sześć spotkań, w których teoretycznie powinno pójść łatwo. Nie zdobędziemy jednak punktów świadomością, że pokonaliśmy Manchester City. Będą to spotkania trudne, wymagające i być może czasami męczące. Jednak inaczej się czeka na takie pojedynki ze świadomością, że coś zmierza ku lepszemu. Klopp rozpoczął swoją przygodę w klubie w dobrym stylu, przegrał póki co tylko jedno spotkanie i zdołał pokonać dwa kluby z czołówki w krótkim odstępie czasu. Wkrótce możemy również znaleźć się w fazie pucharowej Ligi Europy a przecież wszyscy pamiętamy jak wyglądała nasza ostatnia przygoda w tych rozgrywkach. Teraz znowu zmieniła się mentalność. Fani znowu oczekują zwycięstw i znowu twierdzą, że to trofeum należy zdobyć a przynajmniej o nie powalczyć. To jest właśnie jeden z sukcesów nowego menagera. Przyszedł z myślą zdobycia wszystkiego. I powoli realizuje ten plan. Piłkarze po bramce cieszą się razem a nie pojedynczo i mecze ogląda się z przyjemnością.

Nie można jednak mówić, że walczymy o mistrzostwo. Rozmawiając z kilkoma ekspertami wszyscy twierdzą, że Liverpool będzie musiał walczyć do samego końca o miejsce w czwórce. I to jest prawda. Nawet jeśli strata do pierwszego miejsca będzie minimalna, trzeba liczyć się z tym, że w tej kampanii zdarzą się jeszcze wpadki, porażki, dziwne wyniki i rozczarowujące spotkania. Jedyne co się zmieniło, to fakt, że piłkarze wypluwają płuca i starają się zawsze odpowiedzieć. Nie ma momentu zwątpienia. Jest potrzebna energia. Energia, która gdzieś była uśpiona. Charakter, który przepadł nagle wyszedł z powrotem i eksplodował. Nie rozumiem jak to jest możliwe, aby w krótkim okresie czasu jedna drużyna przeszła aż takie zmiany. Z dobrej dyspozycji po katastrofalną i odwrotnie. Idą zmiany na lepsze. Drużyna jest w fazie przebudowy (znowu) i prezentuje się dobrze. To jest najważniejsze. Szczerze mówiąc w tych najbliższych spotkaniach nie oczekuje pięknego stylu. Liczyłbym bardziej na zdobywanie punktów, bo sezon rozkręci się na dobre. Terminarz teoretycznie łatwy, ale to jest złudne.

Musimy zachować czujność. Zwycięstwa są niesamowicie potrzebne. O tym trzeba pamiętać. Za wiele w ciągu ostatnich sezonów było takich stanów, przez które popadaliśmy w paranoje. Teraz patrzymy optymistycznie na resztę kampanii, ale czas zweryfikuje wszystko. Piękne jest to, że rozgromiliśmy Citizens grając teoretycznie bez napastnika. Wkrótce wrócą na dobre kontuzjowani piłkarze. Kadra będzie szersza no i dojdzie do tego okienko transferowe, w którym po raz pierwszy od lat nie będziemy musieli obawiać się o nowe nabytki. Niektórych zapewne to bardzo cieszy. Klub znowu funkcjonuje poprawnie. Magia Liverpoolu znów unosi się w powietrzu. I znowu czuć miłość.

No dobra, jeszcze nie miłość. To dopiero zauroczenie.

Autor: Gall Dodano: 22.11.2015

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u