Europejska mentalność

Pomijając aktualne miejsce w tabeli, wiele słabych rezultatów, brak stabilnej formy oraz odpadnięcie z obydwu krajowych pucharów, ten sezon może zostać jeszcze uznany za udany. Liverpool walczy w ostatnim trofeum, które może zmienić bardzo wiele w kontekście przyszłości i paradoksalnie wszyscy znowu chcą grać w Lidze Europy.

Paradoks polega na tym, że jeszcze do niedawna, za kadencji Brendana Rodgersa masa kibiców twierdziła głośno, że nie należy skupiać się tych rozgrywkach a całą energię postawić na walkę o lokatę dającą grę w Lidze Mistrzów. Po co komu gra w drugorzędnych rozgrywkach? Takie pytanie padało zbyt często, jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki Liverpoolu na przestrzeni ostatnich sezonów. Pomijam oczywiście wicemistrzowski sezon, bo wtedy ewidentnie cała drużyna postawiła wszystko na jedną kartę i za wszelką cenę chciała wygrać w lidze. Brak gry w Europejskich rozgrywkach pozwolił na skupienie się na walce w lidze, co poniekąd pokazuje siłę kadry, jaką do niedawna dysponował klub.

Kadra, która oczywiście diametralnie się zmieniła ze względu na nowe transfery, zmiany ustawienia czy chociażby częstą rotację składem, jednak nikt nie wspomniał o ważnym czynniku, dzięki któremu na przykład Alex Ferguson potrafił pokonać większość przeciwników wystawiając w pierwszym składzie piłkarzy, z których śmiała się wcześniej cała drużyna. Później do śmiechu było już tylko zwycięzcom. Tak, mówię tutaj o mentalności. Drużyna Manchesteru potrafiła pokonać onegdaj Kanonierów mając w drugiej linii Rafaela, Gibsona, O’Shea oraz Fabio. Można? Można. Do czego zmierzam. A no do tego, że kilka lat później w spotkaniu Ligi Mistrzów Brendan Rodgers wystawił prawie rezerwowy skład przeciwko Realowi Madryt, za co został zrugany przez prawie wszystkie środowiska zajmujące się piłką nożną (druga sprawa jest taka, że tamta ekipa zagrała lepiej, niż ta „pierwsza”, ale to już temat na inną rozmowę). Brendanowi brakowało europejskiego doświadczenia, znajomości rozgrywek oraz mentalności, która pomogłaby przynajmniej postawić się w spotkaniach z teoretycznie słabszym przeciwnikiem. Porażka w rzutach karnych z Besiktasem tylko potwierdziła, że tamta drużyna nie nadaje się do niczego innego poza grą w lidze.

Wydawać by się mogło, że po przyjściu nowego managera nastąpi efekt nowej miotły. Klopp jednak nie zmiótł przeciwników z powierzchni planety, ale również nie postanowił zamiatać problemów pod dywan. Stwierdził, że zna kadrę na tyle, żeby wiedzieć kogo może wystawić i wyniki uległy poprawie a nadzieje na zakończenie sezonu wyżej niż w środku tabeli zaczęły rosnąć. Oczywiście gra nie powalała, niektóre mecze były tak samo okropne jak za poprzednika, jednak nie można było zarzucić piłkarzom braku walki czy chociażby braku chęci do gry. I po kilku miesiącach prowadzenia Liverpoolu, niemiecki menadżer głośno powiedział, że nie ma szans na wysoką lokatę w tabeli i znacznie „łatwiej” będzie dostać się do Ligi Mistrzów poprzez wygranie Ligi Europy. Pucharu, który przecież przez wielu jest uznawany za zbędny, pomijając to, że tegoroczna edycja w wielu momentach górowała nad Ligą Mistrzów. Fani zadowoleni, uśmiechnięci, czekający na kolejne spotkania zmienili punkt widzenia na te rozgrywki a wyeliminowanie odwiecznego rywala pozwoliło zapomnieć o wcześniejszych ligowych faux pas.

Nie chodzi tutaj tylko o to, aby powiedzieć, że chce się wygrać. Tym jesteśmy karmieni od kilku dobrych lat przez wszystkich będących w klubie, po czym po końcowym gwizdku widnieje wynik 0:2 a piłkarze wyglądają na największych frajerów w galaktyce. Cóż, bycie dobrym PR-owcem musi czasem iść w parze z umiejętnościami, bo kto jak kto, ale fani doskonale znają te gierki związane z robieniem dobrej miny do złej gry. Odkąd drużyna jest prowadzona przez Kloppa zupełnie inaczej podchodzi do niektórych rzeczy. Łatwo można było to zaobserwować w ostatnim meczu z Manchesterem United, kiedy po stracie bramki, Liverpool zabrał się za atakowanie, zapomniał o stracie gola i wreszcie przypieczętował awans. A wściekły Jürgen tylko motywował swoich zawodników. Nie zrobił nic, poza kilkoma okrzykami, wsparciem, zaszczepieniem wiary, no i może przypomnieniem, że w razie porażki urwie zawodnikom jaja. To samo od wielu lat robi Diego Simeone i nie trzeba przypominać ile dobrych chwil przeżyło już za jego kadencji Atlético. Nie zapominam o umiejętnościach trenerskich, jakie posiadają obydwaj fachowcy, jednak należy pamiętać, że aby lepić z gliny prawdziwe dzieła, trzeba tej gliny trochę mieć. Kiedy masz same g*wno, nie ulepisz nic. Klopp potrafił na szczęście przypomnieć zawodników, że nie są tylko łajnem, ale przede wszystkim zawodnikami Liverpoolu i nikogo nie powinna dziwić dobra forma Dejana Lovrena, czy chociażby Lallany. Clyne potrafi natomiast biegać całe spotkanie (kolejne) i chociaż popełnia czasem błędy, daje bardzo dużo akcjom ofensywnym. Emre Can wyrasta na lidera drugiej linii a Liverpool nawet jak nie ma na boisku nominalnego napastnika, potrafi zainkasować rywalom kilka bramek. Da się? Da się.

Tak naprawdę w tym wszystkim chodzi o to, aby przypomnieć jakim klubem zajmuje się Niemiecki trener. Klub, który żyje historią i próbuje napisać jednocześnie nową potrzebuje szybkiego triumfu, bo kolejne lata posuchy nie przyciągną nowych fanów, piłkarzy, o których ów fani marzą oraz sponsorów. Dla tego klubu wygrywanie powinno być codziennością i powinno być wpajane już od najmłodszych lat. Zresztą chyba nawet jest, jeśli popatrzymy na biegającego od linii do linii Flanagana. Nieważne, że nie gramy obecnie w Champions League, chociaż jeszcze do niedawna gościliśmy Real Madryt na Anfield. Ważne jest to, że teraźniejszość pozwala myśleć o przyszłości i o powrocie do najbardziej elitarnych rozgrywek na świecie. Nie chodzi tutaj tylko o to aby wystawiać rezerwy, czy młodzież. Tottenham przekonał się na własnej skórze jak może być to bolesne w skutkach. Fala krytyki, która spadła na Pochettino też nie jest przypadkowa. Odpuszczanie rozgrywek w fazie pucharowej jest po prostu karygodne. I dlatego Liverpool jest w ćwierćfinale, a innych drużyn już nie ma.

Nadmieniam tylko, że w przypadku zdobycia tego nielubianego trofeum, pojawia się szansa na zdobycie kolejnego, jakim jest Superpuchar Europy. Zagranie kolejnego wielkiego meczu daje kolejną szansę na przyciągniecie wzroku na klub. Miliony widzów obserwują wtedy jak Liverpool znowu próbuje zaistnieć na europejskiej arenie, nawet jeśli przez ostatnie lata ta czerwona żarówka przestała świecić. Właściwie ona tylko czasem migała a w tym sezonie można nawet zobaczyć drogę dzięki jej jasności. I mówię tutaj o drodze na szczyt. Nie zdobędziemy mistrzostwa i możliwe, że nie zakończymy sezonu w pierwszej czwórce. Nie można jednak odpuszczać zdobycia jakiegokolwiek trofea, tylko z tego względu, że nie gra się spotkań w środowy wieczór. Przestańmy zatem krytykować Ligę Europy a zacznijmy wierzyć w jej wygranie. Bo wiecie jak to jest. Wszystkie trofea uznawane za zbędne są uznawane za takowe przez tych, którzy ich nie zdobyli.

Autor: Gall Dodano: 19.03.2016

Copyright © by LFC.pl 2004-17, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: OFF

stat4u