Kogoś tu chyba brakuje

W futbolu nic nie trwa wiecznie. Czasy, kiedy na trybunach Anfield śpiewano o najlepszej pomocy na świecie dawno minęły, a co gorsza przez długie miesiące nic nie wskazywało na to, że stan ten ulegnie poprawie. Sytuacja zaczęła zmieniać się tego lata. Przynajmniej takie można było odnieść wrażenie.

Z kwartetu, o którym jeszcze kilka sezonów temu śpiewali kibice, do dziś w drużynie pozostał tylko Steven Gerrard. Drogi Momo Sissoko poprowadziły do Turynu, Xabi Alonso wylądował w Madrycie, a Javier Mascherano dedykuje Liverpoolowi tytuły zdobywane z Barceloną. W efekcie nasza „wielka pomoc” wielką być przestała, a próby przywrócenia jej świetności po dziś dzień nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

Na całe szczęście, mamy w szeregach osobę, która postarała się by Steven Gerrard nie został solistą. Pewien zdeterminowany Brazylijczyk poradził sobie z presją oraz nieprzychylnymi opiniami wielu kibiców i ekspertów, dzięki czemu jest dziś jednym z czołowych defensywnych pomocników w Anglii, a być może również i na świecie. Jednak duet Gerrard-Lucas to w dalszym ciągu za mało, jak na potrzeby takiego zespołu jak The Reds.

Światełko w tunelu zapaliło się z końcem czerwca, kiedy jasnym stało się, że drużyna może liczyć na spore wzmocnienia. Do klubu sprowadzono m.in. utalentowanego Hendersona, długo wyczekiwanego Charliego Adama, a z kontrowersyjnego wypożyczenia powrócił Alberto Aquilani. Dzięki temu, w głowach kibiców powoli znów było słychać melodię „The best midfield in the world…”, a co najważniejsze, słowa te wcale nie były przesadzone. Gerrard, Lucas, Meireles, Aquilani, Adam, Henderson – to mieszanka, której chyba nie trzeba komentować i która na każdym powinna zrobić wrażenie.

Radość z posiadania tak dobrego składu, pierwszy raz od niepamiętnych czasów, nie trwała jednak długo. Po serii znakomitych występów w okresie przygotowawczym Alberto Aquilani, najbardziej błyskotliwy zawodnik w zespole, najpierw trzykrotnie nie znalazł się w kadrze meczowej na oficjalne spotkania, a następnie został wypożyczony do Milanu. Wydawało się, że nic złego nas już nie spotka, ale nic bardziej mylnego. Na zakończenie okienka, Meireles również pożegnał się z zespołem i dołączył do Chelsea. Czy ci dwaj piłkarze zostali potraktowani sprawiedliwie w Liverpoolu? To kwestia, odnośnie której można mieć poważne wątpliwości. Faktem jest jednak to, że dość pochopnie straciliśmy dwóch bardzo inteligentnych i błyskotliwych graczy, co coraz wyraźniej zaczyna nam się odbijać czkawką.

Kenny Dalglish powtarzał przed sezonem, że miejsce w jego zespole piłkarze muszą wywalczyć ciężką pracą na treningach i postawą na boisku. Ciężko mi więc zrozumieć, dlaczego nawet na ławce rezerwowych nie znalazło się miejsce dla piłkarza, który w 15 minut sparingowego spotkania z Valerengą zrobił więcej niż Charlie Adam i Jordan Henderson razem wzięci przez cały okres przygotowawczy? I mimo, że ich postawa na boisku pozostawia bardzo wiele do życzenia, to właśnie Szkot i młody Anglik znaleźli drogę do podstawowej XI Dalglisha.

Poziom frustracji spotęgowało u mnie niedzielne popołudnie. Charlie Adam w niespełna 30 minut wyjazdowego spotkania z Tottenhamem postarał się by o jego grze nie mówiono, że był to kolejny „bezbarwny” występ, natomiast komentarz do występu Jordana Hendersona można ograniczyć do jednego słowa – grał. Jak na ironię, tego samego dnia okazuje się, że Meireles jest wystarczająco dobrym zawodnikiem, by znaleźć się w wyjściowym składzie Chelsea na mecz z Manchesterem United, natomiast Alberto Aquilani po raz kolejny potwierdził swoją dobrą formę i zdobył przepiękną bramkę w spotkaniu z Napoli. Jedyne, co przychodzi mi na myśl w takiej sytuacji to fakt, że ani Meireles, ani Alberto nie pasowali do koncepcji Dalglisha, zakładającej stworzenie drużyny opartej na większej liczbie brytyjskich zawodników. Czysto piłkarskich przyczyn ich odejścia niestety nie widzę.

Wierzę w umiejętności Charliego Adama i wierzę, ze również Jordan Henderson ma swoją przyszłość na Anfield. Wierzyć w Charliego i Jordana musi także Kenny Dalglish, bo odbierając sobie pole manewru, musi liczyć się z tym, że jeśli jego nabytki nie zaczną szybko prezentować poziomu, jakiego wszyscy od nich oczekują, będzie musiał zmierzyć się z lawiną krytyki. Jak do tej pory ani Szkot, ani młody Anglik nie są bowiem zawodnikami, którzy w pojedynkę wpłyną na obliczę zespołu. Takimi postaciami byli Alberto i Raul, ale ich w czerwonej koszulce już nie zobaczymy.

Autor: Czarodziej Dodano: 19.09.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON