Suarez na wagę złota

Managerowie i dyrektorzy sportowi klubów są ze sobą zgodni, styczeń to nie jest dobry okres do przeprowadzania transferów. Drużyny zazwyczaj są w ogniu meczowej rywalizacji i nie chcą oddawać swoich czołowych zawodników. Ciężko wyrwać klubowego gwiazdora, ale jak pokazał Liverpool, ściągając Luisa Suareza, jest to realne.

Urugwajczyk był pierwszym transferem nowych właścicieli the Reds. Szybkość, dobra technika, skuteczny drybling i młody wiek były głównymi cechami, jakich potrzebował zespół. Razem z Fernando Torresem mieli stworzyć duet napastników, jakiego od czasów wspólnej gry Dalglisha i Rusha na Anfield jeszcze nie było. Jednak Hiszpan zdecydował przenieść się do stołecznej Chelsea, a sprowadzony w jego miejsce Andy Carroll leczył kontuzję, więc ciężar oczekiwań kibiców Liverpoolu, którzy byli spragnieni lepszej gry w ofensywie spadł w dużej mierze na barki przybysza z Amsterdamu. Ten nic sobie z tego nie robił, presja i wielka ambicja, która cechuje Suareza nie związała mu nóg. Wręcz przeciwnie. W swoim debiucie strzelił gola drużynie Stoke, a w najważniejszym meczu sezonu rozbił defensywę Manchesteru United, mając swój udział przy wszystkich trzech golach strzelonych przez Liverpool.

Tym spotkaniem Urugwajczyk bardzo wysoko zawiesił sobie poprzeczkę. Każdy już wie na co stać numer siedem, a wszyscy trenerzy naszych rywali przed meczem z nami głowią się, jak go zneutralizować. Dlatego też w tym sezonie Suarez ma o wiele trudniejsze warunki do grania, ale i tak nie zawodzi. Przed startem rozgrywek można było mieć uzasadnione obawy co do formy piłkarza, który przez uczestnictwo w zwycięskim przez jego reprezentację Copa America, mógł odczuwać zmęczenie i brak świeżości. Kampanię Liverpoolu rozpoczął jednak z wysokiego C, strzelając gola i wypracowując karnego w spotkaniu z Sunderlandem. Tydzień później wszedł z ławki na Emirates Stadium i miał duży udział przy pierwszym golu oraz był autorem gola numer dwa. Z Exeter zagrał godzinę, jego dorobek to gol i dwie asysty. W meczu z Boltonem nie miał asysty lub gola, ale mimo to był jednym z świetnie działających elementów mechanizmu, a cała drużyna zagrała na wysokim poziomie, pewnie pokonując Kłusaków. W następnych dwóch meczach ze Stoke i Tottenhamem nie dodał sobie punktów do klasyfikacji kanadyjskiej, a podopieczni Kenny’ego Dalglisha przegrali w obu spotkaniach, nie strzelając ani jednej bramki. Z Brighton Suarez asystował przy golu, z Wolverhampton gola strzelił, a w meczu z Evertonem strzelił gola, wywalczył karnego oraz to po faulu na nim Rodwell wyleciał z boiska.

Te statystyki pokazują jak niebezpiecznym zawodnikiem jest Suarez. Urugwajczyk ma bardzo duży udział w niemal wszystkich golach strzelanych przez Liverpool. Nawet w słabszej formie ciągle stanowi spore zagrożenie np. w meczu z Evertonem nie wszystko mu wychodziło, niektórzy mówili nawet, że grał słabo. Jednak fakty przemawiają za Urugwajczykiem, który mimo słabszego dnia wydatnie pomógł the Reds wygrać derby. Mieć takiego zawodnika to olbrzymi skarb dla drużyny. Wie o tym Dalglish, który desygnował go do gry w każdym ze spotkań tego sezonu. Pozostaje liczyć na to, że koledzy przybliżą się do jego poziomu gry. Inaczej grozi nam uzależnienie, które zawsze ma zgubne skutki.

Autor: Licznerek Dodano: 10.10.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON