Odczarować zaczarowane

Drużyna Liverpoolu od początku sezonu zrobiła bardzo duże postępy. Piłkarze z każdym kolejnym spotkaniem osiągają coraz wyższy stopień zrozumienia, coraz lepiej realizują założenia taktyczne, a efektowna gra jest przyjemna dla oka. Obraz progresu The Reds jest jednak nieco zakłócony, ze względu na niezmiennie obecny problem nieskuteczności.

Po 15 kolejkach Premier League zespół Dalglisha ma na swoim koncie 18 zdobytych goli. To zaledwie 4 bramki więcej od najmniej skutecznych w lidze drużyn WBA oraz Wigan Athletic i aż o 30 mniej niż lider tabeli, Manchester City, który do momentu pisania przeze mnie tego tekstu, ma rozegranych 14 spotkań.

Różnice te nie są jednak właściwym odzwierciedleniem rzeczywistości, która moim zdaniem prezentuje się zupełnie inaczej. Frustrujące jest to, że grając jedną z najlepszych piłek w Anglii, tracimy 12 (a po wieczornym spotkaniu Man City vs Chelsea być może nawet 15) punktów do lidera Premier League. Ktoś może w tym momencie uśmiechnąć się pod nosem i stwierdzić, że nie mam pojęcia, o czym mówię. Przed wydaniem takiej opinii, zastanówmy się jednak czy słowa o jednej z najlepszych piłek w kontekście Liverpoolu aby na pewno są na wyrost.

The Reds, jak do tej pory, mają najlepszą defensywę w lidze i, tak jak The Citizens, stracili 13 bramek, czyli najmniej ze wszystkich zespołów. Para Agger-Skrtel prezentuje formę, która pozwala Dalglishowi na w pełni uzasadnione sadzanie Carraghera na ławce rezerwowych, natomiast boczni obrońcy, w postaci Glena Johnsona i Jose Enrique, oprócz skutecznej grze w odbiorze, prezentują również spory potencjał ofensywny. Z wyjątkiem całkowicie nieudanego spotkania z Tottenhamem, ciężko wskazać mecz, w którym The Reds nie byliby stroną przeważającą. Bez punktów powinny były wyjechać z Anfield oba zespoły z Manchesteru, a spotkania z Norwich City czy Swansea jakimś niewytłumaczalnym cudem nie zakończyły się pogromem.

Liverpool rzadko kiedy pozwala rywalom przedostać się pod bramkę Reiny, długimi minutami zamykając rywali na ich własnej połowie. Stwarzamy naprawdę wiele sytuacji bramkowych i oddajemy wiele strzałów na bramkę przeciwników. W meczu z Norwich oddaliśmy ich 29, z czego 9 było celnych. W takich okolicznościach wynik 1-1, jakim zakończył się tamten mecz, był niezwykle gorzką pigułką do przełknięcia.

Występy na Anfield bez wątpienia działają motywująco na golkiperów rywali. Jednak nie tylko ich postawa jest tak frustrująca. Downing, Skrtel, Suarez, Carroll, Adam, Kelly, Henderson. Nie, nie zacząłem wymieniać składu LFC. To zawodnicy, którzy w obecnym sezonie trafili w sumie 5-krotnie w poprzeczkę i 6-krotnie w słupek. Stewart jest pod tym względem największym pechowcem, trafiając w obramowanie bramki rywala aż 3 razy – w meczach z Sunderlandem, WBA i Fulham. Podium uzupełniają Luis (2 słupki w spotkaniu z Norwich) i Andy (słupek w meczu z Wolves i poprzeczka ze Swansea). W poprzeczkę w spotkaniu z Norwich trafił również Martin Skrtel, a bramki na boiskach Arsenalu, Evertonu i Fulham okazały się złośliwe kolejno dla Martina Kelly’ego, Charliego Adama i Jordana Hendersona. Chyba każdy przyzna, że tyle słupków i poprzeczek, ile w tak krótkim czasie poobijali gracze Liverpoolu, to coś wręcz nieprawdopodobnego.

Do momentu, kiedy trzeba umieścić piłkę w siatce nasi piłkarze grają naprawdę bardzo dobry futbol. Bezradność pod bramką rywala jest bez wątpienia frustrująca dla kibiców, ale tym bardziej dla zawodników, którzy wypruwają sobie żyły, najpierw na treningach, a potem w kolejnych spotkaniach, a mimo to nie są w stanie postawić kropki nad "i". Najgorsze w tej sytuacji jest to, że oprócz czekania nie można zbyt wiele zrobić, by to zmienić, gdyż ciężko nawet zdefiniować przyczynę tego problemu. Być może jest to po prostu najzwyklejszy w świecie pech. Pewne jest jednak to, że brakuje bardzo niewiele, by ta skrupulatnie budowana przez Kenny’ego maszyna wreszcie zaskoczyła.

Niewykluczone ze sztab zdecyduje się w styczniu na sprowadzenie nowego napastnika. Najważniejsze jednak, by nie działać impulsywnie i nie pozwolić, aby frustracja przemieniła się w zwątpienie. Kenny Dalglish powiedział: „Kiedy stanowimy jedność jako rodzina, możemy osiągnąć wielkie rzeczy.” Trzymajmy się tych słów. Wkrótce do gry wróci Steven Gerrard. Niech jego determinacja i zawziętość podziała mobilizująco na resztę zespołu i sprawi, że frustracja przerodzi się w sportową złość, a wówczas nawet pech nie będzie straszny naszym zawodnikom.


Autor: Czarodziej Dodano: 12.12.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON