Dalglish wie jak wygrywać

W środowy wieczór Liverpool potwierdził, że jest w stanie zrealizować swoje przedsezonowe aspiracje i awansował do finału Carling Cup. Puchar Ligi może być pierwszym trofeum, które zdobędzie klub w nowej erze pod rządami FSG i z Kennym Dalglishem na ławce trenerskiej.

Szkot po ostatnim gwizdku sędziego Phila Dowda był najszczęśliwszym człowiekiem na Anfield Road. To on najbardziej ekspresyjnie okazywał swoją radość po zwycięskim remisie z Manchesterem City. W jednej chwili zeszło z niego całe napięcie, które nasiliło się w ostatnich dniach po kiepskich wynikach osiąganych w tym miesiącu w lidze i mógł rozkoszować się awansem do finału, dając kibicom dodatkowe powody do wiary w swój zespół.

Posada szkoleniowca Liverpoolu jest jedną z najtrudniejszych w świecie futbolu. W tym miejscu – jak mawiał niegdyś sam Dalglish – druga jakość nigdy nie będzie zaakceptowana. Fani mają duże ambicje i wymagania, a przy tym wszystkim jeszcze mocno nadszarpniętą cierpliwość. Presja oczekiwań ze strony kibiców jest duża, że trzeba być naprawdę mocnym psychicznie, by sobie z tym poradzić. Roy Hodgson nie dał rady, co pokazywał nie tylko wynikami, ale także kompromitującymi wypowiedziami udzielanymi prasie.

Na początku stycznia ubiegłego roku nowi amerykańscy właściciele zdecydowali się powierzyć funkcję dotychczas pełnioną przez Hodgsona Kenny’emu Dalglishowi. Praca i wyniki osiągane przez Dalglisha przypadły do gustu włodarzom klubu i ci postanowili, że projekt budowy wielkiej drużyny w życie będzie wdrażać zasłużona legenda, mimo iż pierwotnie bardziej skłaniali się do powierzenia zespołu któremuś ze zdolnych managerów młodej generacji . Szkot był jednak najlepszym kandydatem na to stanowisko z kilku względów. To on jako szkoleniowiec świętował ostatnie mistrzostwo Anglii zdobyte przez the Reds i to on jako piłkarz odnosił wiele sukcesów z tym klubem. Żadna osoba nie ma tak świetnych relacji z Scouserami, co okazuje też jego przydomek nadany przez nich – Król. Właśnie dzięki olbrzymim zasługom Dalglish ma wielki kredyt zaufania od fanów zasiadających na The Kop, na który nie mógłby liczyć żaden inny manager. Śmiem sądzić, że nawet Pep Guardiola w Barcelonie nie zaznaje takiego uwielbienia od swoich kibiców, co właśnie Szkot na Anfield. Dalglish ma więcej spokoju i czasu niż miałby inny manager, a sympatycy Liverpoolu są bardziej wyrozumiali na jego ewentualne błędy. Można się cieszyć, że w końcu w czerwonej części Merseyside panują przyjazne warunki, w których można stworzyć coś wielkiego.

Choć głównym celem postawionym przed sezonem był awans do Ligi Mistrzów, to Dalglish wie, że w futbolu najbardziej liczą się zdobywane trofea, czyli te wszystkie puchary lśniące w klubowych gablotach. Dlatego też sztab szkoleniowy przed sezonem wielokrotnie podkreślał, że brak gry w europejskich pucharach sprawi, że drużyna bardzo poważnie podejdzie do angielskich pucharów, czyli FA Cup i Carling Cup, o których zdobycie jest łatwiej niż o upragnione mistrzostwo. Zdaje się, że Liverpool powoli odzyskuje mentalność zwycięzców, która cechowała ten klub głównie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Finał Carling Cup jest pierwszym kroczkiem w drodze na należne nam miejsce. Zdobywając ten puchar, Dalglish może udowodnić, że mimo upływu lat wciąż wie na czym polega wygrywanie.

Pokonując w sobotę Manchester United, Liverpool może stać się głównym faworytem do zdobycia bardziej prestiżowego od Carling Cup – FA Cup. Z najstarszymi rozgrywkami piłkarskimi pożegnał się już inny faworyt Manchester City, więc odpadnięcie kolejnej drużyny z tego miasta, byłoby dobrą wiadomością dla tych wszystkich, którzy marzą o tym, by w maju na Wembley podnieść Puchar Anglii. Największy głód zdobywania trofeów mają fani na Anfield i miejmy nadzieję, że piłkarze Liverpoolu zaspokoją te apetyty, zaczynając już od meczu z United.

Autor: Licznerek Dodano: 27.01.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON