Bitwa wygrana, czas na wojnę

Wszyscy kibice Liverpoolu marzą o tym, by zdobycie Carling Cup było symbolem rozpoczęcia nowej ery sukcesów Czerwonych. Entuzjaści powtarzają za Dalglishem, że to jeszcze nie koniec, ale są też sceptycy, którzy nie podzielają optymizmu większości.

W niedzielny wieczór tuż po tym jak Anthony Gerrard nie trafił w bramkę z rzutu karnego, wśród fanów LFC – na Wembley, w pubach, domach – wybuchła euforia. Obietnice, które składali nowi amerykańscy właściciele – w odróżnieniu od tych poprzednich – zaczęły się spełniać. Projekt budowy wielkiej drużyny jeszcze się nie skończył i do tego droga daleka, ale pierwsze punkty na planie można odhaczyć z dopiskiem zrealizowano.

W piłce nożnej pamięta się o zwycięzcach, dlatego tak bardzo dużo uwagi Kenny Dalglish poświęcił angielskim pucharom. Szkot i inne osoby związane z Liverpoolem opuszczając Wembley, myślał pewnie, że dobrze byłoby tu wrócić za niecałe trzy miesiące i triumfować w FA Cup. The Reds są jednym z faworytów do zdobycia tego trofeum, bowiem z gry odpadło już wiele uznanych firm, a te najgroźniejsze, które zostały na placu gry, będą musiały przed meczami ćwierćfinałowymi wygrać spotkania powtórkowe. Tottenham jest pewniakiem w starciu z niżej notowanym Stevenage, za to bardziej możliwa jest niespodzianka na St. Andrew’s Stadium, gdzie Birmingham zmierzy się z Chelsea.

Jednak głównym celem na ten sezon jest powrót do Ligi Mistrzów, czyli zajęcie miejsca w pierwszej czwórce Premier League. Terminarz nie jest najgorszy. Choć w tę sobotę zagramy u siebie z Arsenalem, a później czeka nas wyjazd do Sunderlandu i derby na Anfield, to pozostała część kalendarza ligowego wygląda całkiem przyjemnie. Tylko co z tego skoro Liverpool lubi tracić punkty z ligowymi przeciętniakami? W naszej sytuacji terminarz wydaje się być nieistotny. Przynajmniej dotychczas tak było.

Czy klub mający problemy z wygrywaniem domowych spotkań, grający tak nieskutecznie jak choćby z Cardiff, niepotrafiący zwyciężyć w żadnych z ostatnich trzech starć z dzisiejszą strefą spadkową, czyli z Blackburn, Boltonem i Wigan ma szanse na zajęcie czwartego miejsca? Mimo wszystko tak choć lepsza dyspozycja pod bramką rywala byłaby wskazana. Może takim impulsem do skuteczniejszej gry będzie zdobycie Carling Cup?

Nawet jeśli Liverpool do końca sezonu nie znajdzie lekarstwa na wyleczenie się z nieskuteczności i ostatecznie wyląduje poza Ligą Mistrzów (odpukać!), to i tak błędem będzie uznanie sezonu za stracony. Przede wszystkim w ostatnich miesiącach klub zrobił duży postęp, zdążył sięgnąć po pierwsze trofeum, bardzo solidnie prezentuje się w tyłach, a na atmosferze, która panuje w Melwood i wśród Scouserów, można zbudować wielką drużynę. Warunki są ku temu sprzyjające.

Sezon życia rozgrywa Martin Skrtel, który nie tylko jest świetny w defensywie, ale potrafi być też skuteczny pod bramką rywala. Słowak w tym sezonie strzelił cztery gole dla Liverpoolu, czyli dokładnie tyle samo co Fernando Torres dla Chelsea w tym samym okresie. Skrtela na Anfield sprowadził na początku 2008 roku Rafa Benitez, ale dopiero teraz czuje się w Anglii najlepiej, o czym świadczą jego słowa wypowiedziane kilka dni przed finałem Carling Cup.

- Kiedy pojawili się Kenny i Steve Clarke wiele rzeczy się zmieniło, nie tylko dla mnie, ale dla całego klubu. Możesz to zobaczyć na boisku. Jako drużyna jesteśmy mocniejsi, a ja nigdy nie czułem się w klubie tak dobrze.

O dobrej atmosferze świadczy również pozytywne nastawienie Dirka Kuyta – kolejnego bohatera ostatnich tygodni. Holender zaczął sezon na ławce rezerwowych i nie cieszył się szczególnymi względami Dalglisha, który wolał w jego miejsce wystawiać choćby sprowadzonego za niespełna dwadzieścia milionów funtów Jordana Hendersona. Mimo że w styczniu w klubie pojawiały się oferty za Kuyta, to ten był w pełni lojalny i nie szukał okazji do ugrania z tej sytuacji czegoś dla siebie. Niektórzy piłkarze przez ten czas narzekaliby, inni wywieraliby presję mówiąc, że jeśli nie dostaną więcej szans na grę, to odejdą. Kuyt jednak taki nie był, zresztą nikt go o to nie posądzał, zachował cierpliwość i zyskał na tym zarówno on sam jak i klub. Jego gola wbitego Cardiff każdy pamięta, a jeszcze prędzej Holender strzelił zwycięską bramkę w pucharowym starciu z Manchesterem United i miał spory wkład w zwycięstwo z Wolverhampton, gdzie też wpisał się na listę strzelców.

To też pokazuje, że nawet w przypadku końcowego niepowodzenia nie ma sensu burzyć wszystkiego i rozpoczynać nowej budowy pod nadzorem kogoś innego. Przecież ten ktoś też nie będzie nieomylny. Ale to jeszcze nie pora na takie rozważania.

Autor: Licznerek Dodano: 29.02.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON