Kenny musi zostać

Mimo, że The Reds mają do rozegrania jeszcze 8 spotkań w Premier League i co najmniej 1 mecz w ramach FA Cup, wśród kibiców można zauważyć spore rozczarowanie obecnym sezonem. W obliczu ostatniej złej passy Liverpoolu, a co za tym idzie, również krytycznej lawiny, jaka spadła na Kenny’ego Dalglisha, stwierdziłem, że nie mogę dłużej zwlekać i postanowiłem stanąć w obronie naszego menedżera.

Co widać gołym okiem?

7. miejsce w ligowej tabeli, strata 31 punktów do lidera i „jedynie” 13 do znajdującego się na 4. pozycji Tottenhamu. Jesteście przybici? Z pewnością. Od Liverpoolu mamy prawo wymagać bowiem zupełnie innego układu liczb. Co więcej, przybijająco wygląda również zestawienie ostatnich 7 spotkań ligowych, w których aż dwukrotnie udało nam się nie przegrać. Remis z Tottenhamem i zwycięstwo z Evertonem, to z pewnością powód do zadowolenia. Porażka z Man United? Niełatwa, ale jednak możliwa do zaakceptowania. Jak jednak przyjąć zerowy dorobek punktowy po spotkaniach z takimi potęgami, jak Sunderland, QPR, czy Wigan Athletic? Ogromna frustracja, to dość łagodne określenie samopoczucia zawodników, ale również, a być może przede wszystkim, kibiców.

I właśnie frustracja tych ostatnich, połączona z przedłużającym się oczekiwaniem na sukcesy, za którymi wszyscy tęsknimy, poruszyła ostatnio lawinę krytyki wymierzoną w Kenny’ego Dalglisha. Osoba naszego menedżera stanęła w obliczu licznych pretensji. Niektórzy posunęli się dalej i wymagają od Kinga podania się do dymisji. I tu pada moje pytanie. Czy uważacie, że nasz menedżer naprawdę zasłużył sobie na takie traktowanie? Moim zdaniem, zdecydowanie nie.

Czego gołym okiem nie widać?

Kenny Dalglish stanął za sterami Liverpoolu w styczniu 2011, podejmując się naprawy sytuacji po nieudanej przygodzie klubu z Royem Hodgsonem. Już w pierwszym miesiącu musiał zmierzyć się z niespodziewanym problemem, po tym, jak przykrą niespodziankę sprawił wszystkim Fernando Torres, w którym King widział lidera swojego zespołu. Mimo odejścia Torresa do Chelsea, Dalglish zdołał wyciągnąć drużynę na prostą, przywracając na Anfield radość. Radość tym większą, gdyż zespół był w stanie prezentować naprawdę dobrą i skuteczną grę pomimo faktu, że wielu kluczowych zawodników było niedostępnych z powodu kontuzji.

Sezon, który skutecznie uratował nam Dalglish, rozpoczynaliśmy, gdy klub był jeszcze w rękach (przepraszam, ale muszę w tym miejscu wymienić te nazwiska) George’a Gillette’a i Toma Hicksa. Chaos, jaki panował na Anfield był nie do opisania, a równie dołującym jest fakt, że dzięki tym panom, klubowi groziło nawet bankructwo. Co oczywiste, w takich okolicznościach nie mogło być mowy o dobrej atmosferze, która była napięta między innymi przez liczne wewnętrzne podziały. Nie tylko w szatni, ale także na wyższych szczeblach w klubie. Potrzeba była kogoś, kto byłby w stanie zmienić tę sytuację. Nie było lepszej możliwości od klubowej legendy, Kenny’ego Dalglisha, który wzorowo wywiązał się z roli lidera i szybko zdołał zjednoczyć klub na nowo. Nie możemy o tym zapominać.

Jest dobrze, chociaż dobrze nie jest

Jeden z głównych zarzutów, które ostatnio kierowane są do Kenny’ego, dotyczy tego, że po każdym, nawet beznadziejnym meczu, jest w stanie zauważyć pozytywy i chwali swoich piłkarzy. Faktycznie, jest to podejście, które może denerwować. Przyznam się, że czasami również mam dość słuchania takich wypowiedzi. Ale jest coś, co w pewnym stopniu pozwala mi zrozumieć takie a nie inne stanowisko Dalglisha. Otóż Kenny bardzo mocno wierzy w ten zespół i projekt, jakiego się podjął. Przed sezonem, nikt nie obiecywał nam walki o mistrzostwo. Celem było 4. miejsce i krajowe puchary. W wyniku ostatniej fatalnej ligowej passy 4. miejsce odjechało nam już raczej bezpowrotnie, ale zespół niejednokrotnie udowodnił drzemiący w nim potencjał. Dowodem tego jest zdobycie Pucharu Ligi, a od finału Pucharu Anglii dzieli nas półfinałowe spotkanie z Evertonem. To naprawdę wspaniałe osiągnięcia i nie możemy umniejszać ich wartości, co ostatnio, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, zaczęło mieć jednak miejsce. To powód do dumy, koniec kropka.

Zespół przystępował do sezonu z 4 debiutantami w pierwszej XI, a dla Luisa Suareza i Andy’ego Carrolla również był to pierwszy pełny sezon, rozpoczynany w barwach The Reds. W pewnym sensie w I składzie mieliśmy więc 6 debiutantów. To świadczy o skali rewolucji, jaką przeszła drużyna. Mimo wydania ponad 100 milionów funtów na nowe twarze, nie mogliśmy wymagać natychmiastowego sukcesu od zespołu. Tym bardziej, że przez lata śmialiśmy się z Manchesteru City, który wydawał fortunę na nowych piłkarzy, a mimo to miał spore problemy z awansem do Ligi Mistrzów. Zgodnie wówczas komentowaliśmy, że sukcesu kupić się nie da, bo na sukces potrzeba czasu. Dlaczego więc w naszym przypadku miałoby być inaczej?

Cierpliwość przynosi efekty

Część kibiców już teraz zaczęła rozglądać się za menedżerem, który „skutecznie” zastąpiłby Dalglisha. Najczęściej przytaczanym nazwiskiem jest Jurgen Klopp, pod wodzą którego Borussia Dortmund jest bliska drugiego mistrzostwa Niemiec z rzędu. Fakt, Klopp to znakomity trener, ale mam wrażenie, że cześć osób albo ma dość poważne zaniki pamięci, albo po prostu nie poświęciło czasu na sprawdzenie tego, w jaki sposób Klopp w Dortmundzie zaczynał. Ja sprawdziłem i zdradzę Wam, że Jurgen przejął Borussię w 2008 roku. W pierwszym sezonie zajął 6. miejsce, a mistrzostwo zdobył w kampanii 2010/11, czyli w swoim 3. roku u sterów. Czy coś Wam to przypomina?

Krytyka często wymierzona jest też w naszych piłkarzy. Czytając liczne komentarze, można dojść do wniosku, że Carroll, Henderson czy Downing, to nie zawodnicy LFC, a pracownicy jakiegoś tartaku. Ale cała wymieniona trójka udowodniła już w swojej karierze, że grać potrafi. Do tego Carroll i Henderson, to piłkarze bardzo młodzi. Jeśli chodzi zaś o Stewarta Downinga, to w swoim poprzednim klubie (Aston Villa) stał się najlepszym graczem drużyny w drugim sezonie. Pierwszy był analogiczny do jego obecnego sezonu na Anfield. Nie możemy zatem skreślać nikogo z naszych graczy. Tym bardziej, że mieli oni naprawdę długą drogę do przebycia, przechodząc na Anfield. Andy i Jordan opuścili swoje rodzinne miasta, co z pewnością samo w sobie stanowiło dla nich wyzwanie. A drużyna, która składa się w większości z nowych piłkarzy, którzy wcześniej ani razu razem nie grali, naprawdę potrzebuje czasu.

Uwierzmy w ten zespół!

Kenny Dalglish nie podjął się projektu 1-rocznego. Po takich zmianach, jakie zaszły w klubie, taka deklaracja byłaby wręcz sportowym samobójstwem. I choć wyniki tego póki co nie odzwierciedlają, to sytuacja w Liverpoolu jest dużo lepsza niż jeszcze 1-1,5 roku temu. W ciągu blisko 15 ostatnich miesięcy, Dalglish zbudował naprawdę mocne fundamenty. Budynek, jaki na nich stawia jest na razie w stanie surowym, ale jak dobrze wiemy, różnica między gołymi murami a efektem końcowym jest często wręcz kolosalna. Pozwólmy mu zatem dokończyć dzieło budowy nowego Liverpoolu. Zaufajmy Kenny’emu i bądźmy cierpliwi, a jestem przekonany, że zostanie nam to wynagrodzone, czego sobie i Wam życzę.

Autor: Czarodziej Dodano: 31.03.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON