W drodze po drugie trofeum

Zdecydowanie mamy za sobą udany i zarazem wyjątkowy weekend ze względu na wydarzenia, które miały miejsce na przestrzeni ostatnich 48 godzin.

Liverpool po meczu walki i przede wszystkim dużych błędów (wręcz wielbładów, jak to mawiał Janek Tomaszewski) awansował do drugiego finału krajowego pucharu na przestrzeni ostatnich miesięcy, pomagając niejako zatrzeć obraz mizernej prezentacji zespołu na boiskach Premier League.

Półfinałową konfrontację wygrał lepszy zespół z czerwonej części Merseyside, chociaż długo nie zanosiło się na to, byśmy mieli wrócić do gry, po błędzie Carraghera skrzętnie wykorzystanym przez Jelavicia w początkowej fazie meczu.

Nasi napastnicy mają swoisty patent na Everton w tym sezonie. Na początku października to przecież nie kto inny, jak Carroll z Suarezem zapewnili The Reds 3-punktową zdobycz na Goodison Park.

Ah ten nasz Andy. Zawodnik, o którym dyskutuje się żywo od samego początku jego przygody z Liverpoolem w drugim meczu z rzędu zapewnił nam swoją głową ważne zwycięstwo. Nie mam wątpliwości, że gra coraz lepiej, nie daje łatwo się przestawiać rywalom, wykorzystuje swoje warunki fizyczne, ponadto jego nastawienie i podejście do gry także wpływają korzystniej na wyobraźnię fana.

To, że ciągle ma nad czym pracować jest pewne, jednakże ostatnie wydarzenia muszą dać mu pozytywnego kopniaka na przyszłość. Metka z ceną będzie ciążyła na Carrollu prawdopodobnie przez całą swoją piłkarską karierę na Anfield, jednak fani nie mogą zapominać, że ten facet reprezentuje Liverpool Football Club i choćby z tego powodu należy mu się nieustanne wsparcie i szacunek.

Finałowym przeciwnikiem będzie Chelsea rządzona przez Roberto Di Matteo. Grają lepiej niż pod wodzą pewnego Portugalczyka, który rzucił się chyba na zbyt głęboką wodę zeszłego lata. We wczorajszym meczu z Kogutami zagrali na maksymalnym poziomie skuteczności, korzystając w pewnym momencie wydatnie z pomocy Martina Atkinsona, co skutecznie wyryło się w psychice Spurs w dalszej fazie rywalizacji.

Fani Liverpoolu chcieli konfrontacji z Chelsea i dostali, czego chcieli. Nasze spotkania z The Blues mają w sobie coś wyjątkowego i ponadczasowego od momentu słynnych konfrontacji w Lidze Mistrzów z 2005 roku, kiedy przy liniach bocznych stawali jeszcze Benitez i Mourinho. Ileż to pojedynków rozegraliśmy razem od tego czasu, trudno zliczyć.

Dodatkowym smaczkiem będzie tutaj obecność w składzie Chelsea Fernando Torresa, który odszedł do Londynu w poszukiwaniu pucharów a także Raula Meirelesea. Wywieszenie w szatni The Reds, kilka wydrukowanych dużą czcionką cytatów z prasy z samego końca stycznia 2011 roku z ust Hiszpana może jeszcze bardziej zmobilizować chłopców Dalglisha 5 maja.

Pamiętajmy, że Kenny z Chelsea jako trener jeszcze nie przegrał a nasze dwukrotne wycieczki na Stamford Bridge w tym sezonie kończyły się podwójną glorią i chwałą. Oby Król nie zapomniał tylko o naszym argentyńskim talizmanie, który wie, jak skutecznie umieszczać piłkę w siatce Petra Cecha.

Naszym atutem z pewnością będzie jeszcze fakt, iż Chelsea ciągle walczy o 4 miejsce w lidze i ma przed sobą ciężką półfinałową batalię z Barceloną, którą rozpoczną już pojutrze. Pozostaje im życzyć dobrego rezultatu na Stamford Bridge, co może być w późniejszym rozrachunku korzystne dla naszego klubu.

Prostackie zachowanie niektórych 'kibiców' Chelsea i Tottenhamu jest czymś, co nie powinno mieć miejsca wczoraj na Wembley. Niebiescy szybko wystosowali oficjalne pismo, jednak niesmak tak czy siak pozostał.

Merseyside trzymało się w sobotę razem i mimo wielu zgrzytów z uwagi na odwieczną przecież rywalizację, godziwie uczczono pamięć 96 kibiców, o których Liverpool nie zapomni nigdy.

Autor: AirCanada Dodano: 16.04.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON