Na początku był chaos

Pierwszy mecz sezonu 2011/12 mamy za sobą. Niestety, mecz nieudany. The Reds nie zaprezentowali gry, na jaką liczyli kibice i w efekcie zremisowali z solidnie prezentującą się ekipą Sunderlandu. Menedżer Liverpoolu, Kenny Dalglish, prawdopodobnie nie będzie miał dziś udanego wieczoru, zadając sobie pytanie - co poszło nie tak?

Do pierwszego ligowego spotkania przystępowaliśmy po dobrze, choć niebezproblemowo przepracowanym okresie przygotowawczym, wzmocnieni wielomilionowymi nabytkami, z apetytem na bardzo dobre rezultaty od samego początku. Jednak jak to bywało w ostatnich latach, także i teraz inauguracja nie obyła się bez kłopotów.

Liverpool znajduje się w nowej sytuacji. W obliczu kontuzji Skrtela, Johnsona, a przede wszystkim Stevena Gerrarda, od niepamiętnych czasów nie możemy bowiem narzekać na brak jakościowych zmienników. Co więcej, drużyna z Anfield Road ma w chwili obecnej tak liczny skład, że wytypowanie wyjściowej jedenastki na mecz było niezwykle trudnym zadaniem. Zadaniem, którego z racji zajmowanego stanowiska podjąć musiał się Kenny Dalglish. I szczerze powiedziawszy mam wątpliwości czy King zaliczył dziś ten test na pozytywną ocenę.

Najwięcej wątpliwości budzi prawa strona boiska. John Flanagan z minuty na minutę rozgrywał coraz słabsze zawody (Dlaczego nie został zmieniony?), czego kulminacją było zgubienie krycia przy bramce Larssona, natomiast z przodu, niezdecydowaniem "błyszczał" Jordan Henderson. Do obu tych nominacji można mieć duże zastrzeżenia. Wszyscy wiemy, że Flanagan świetnie prezentował się w końcówce zeszłego sezonu, ale to wciąż młody zawodnik i w tym wieku utrzymanie równej formy jest niezwykle trudne. Jeśli Martin Kelly był w pełni sił, to właśnie on powinien być dziś naturalnym wyborem na prawą stronę defensywy. Co się zaś tyczy Hendersona, to powody do jego gry mogły być dwa. Albo przez wzgląd sentymentalny - z racji spotkania z jego byłym klubem - albo przez chęć pokazania, że 20 mln funtów nie sadza się na ławce. Jordan nie błyszczał ani w czasie gry w reprezentacji, ani później, w okresie przygotowawczym. Chyba, że to tylko wrażenie osoby, oglądającej jego grę sprzed telewizora, a nie z wysokości boiska... Niemniej, Martin Kelly do spółki z Dirkiem Kuytem daliby nam więcej na prawej stronie, aniżeli dwójka graczy, którym ta rola została dziś przez Dalglisha powierzona.

Kilka (ale tylko kilka) gorzkich słów skierowałbym również pod kątem Suareza. Otóż odniosłem wrażenie, że na fali sukcesu w Copa America Luis czuje się wręcz za pewnie, czego efektem był bardzo nonszalancko wykonany rzut karny. Na szczęście podziałało to na Luisa jak kubeł zimnej wody i szybko wrócił do normy, strzelając premierową bramkę nie tylko dla Liverpoolu, ale w całej lidze. Nie rozumiem jednak dlaczego do "jedenastki" podszedł właśnie zawodnik z "siódemką" na plecach. Etatowi wykonawcy, czyli Gerrard i Kuyt byli co prawda poza boiskiem, ale na murawie znajdował się przecież trzeci specjalista od stałych fragmentów, Charlie Adam.

Po końcowym gwizdku, wielu kibiców za słabą grę w tym spotkaniu zaczęło obwiniać Lucasa i Carrolla. Osobiście nie mogę zgodzić się z takimi zarzutami. To nie ich wina, że drużyna nie miała żadnej koncepcji na pokonanie defensywy Sunderlandu. Ani Lucas, ani tym bardziej Andy nie są zawodnikami, których rolą jest kreowanie gry zespołu. Leiva nie jest jeszcze w najwyższej dyspozycji, jednak swoją robotę zrobił. Zdarzyło mu się kilka strat i niedokładnych zagrań, ale pamiętajmy, że podobnie jak Suarez, miał mało czasu na odpoczynek ze względu na grę w Copa America. Defensywnego pomocnika mieć jednak musieliśmy, a chyba każdy wolał oglądać nawet trochę zmęczonego Lucasa, niż pełnego sił Poulsena. Jeśli rozmawiamy z kolei o Carrollu, to jak na tak silnego zawodnika trochę za często przegrywał pojedynki z obrońcami gości. Nie zapominajmy jednak, że regularnie zmuszany był do walki o górne piłki, a takie wyskoki naprawdę potrafią zawodnika zmęczyć.

Co nie powinno mieć miejsca, zostaliśmy zdominowani w środku pola, a naszej gry nie można było określić przymiotnikiem "poukładana". Z mojego punktu widzenia, lepszym rozwiązaniem byłaby dziś gra z jednym napastnikiem, ale z trzema środkowymi pomocnikami. Co prawda w drugiej połowie na boisku pojawił się Meireles, jednak ciężko wskazać pozycję na jaką został desygnowany. Ani nie grał w środku, ani na skrzydle. Przy atakach Sunderlandu był obok akcji. Nie jestem przeciwnikiem Portugalczyka, ale jego obecność w kadrze na dzisiejsze spotkanie jest dla mnie również trochę niezrozumiała. Raul leczył ostatnio kontuzję, a przed dzisiejszym spotkaniem, spędził na murawie 25 minut w środowym meczu reprezentacji. Naprawdę nie wiem dlaczego Meireles okazał się lepszym rozwiązaniem, aniżeli zdrowy i w pełni sił, a co najważniejsze, znajdujący się w dobrej formie Aquilani, którego zabrakło nawet na ławce rezerwowych. Dziwna decyzja Dalglisha i z pewnością trochę przykra dla samego Włocha, który dzięki swojej błyskotliwości, mógł być kluczem do znalezienia partnerom więcej przestrzeni do gry.

Choć ciężko się ten mecz oglądało, nie wszystko było dziś złe, ale Kenny'ego i spółkę czeka jeszcze wiele pracy, by te pozytywne momenty stały się dominującymi w naszej grze. Nie chcemy przecież powtórzyć sytuacji z zeszłego roku i po dwóch ligowych kolejkach tracić już 5 punktów do czołówki. Arsenal to nie jest drużyna, na której 60-metrowe podania zrobią wrażenie. Straciliśmy dziś 2 punkty, ale "zyskaliśmy" kolejny tydzień, by sprawić, aby gra zespołu była bardziej przemyślana i poukładana. Głowy do góry i do dzieła!

Autor: Czarodziej Dodano: 13.08.2011

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON