Małe porównania

Nie wiem, czy Roy Hodgson interesuje się tym, co dzieje się w Liverpoolu, nie tylko z powodu potencjalnych reprezentantów Anglii, ale także z powodu tego, co dzieje się na ławce trenerskiej. Jeśli jednak to robi, to musi przyznać, że warunków pracy może Brendanowi Rodgersowi mocno pozazdrościć.

Teraz mamy dwa punkty po czterech meczach i bezbarwną grę, w której tak naprawdę wyróżniani się na plus tylko Allen i Sterling. Wtedy, jesienią 2010 roku punktów było pięć, także bezbarwna gra. Także były spotkania z Manchesterem City i Arsenalem. Różnice? Hodgson już był mieszany z błotem, w Rodgersa się wierzy.

Dlaczego tak właśnie się dzieje? Otóż Liverpool stał się w ciągu dwóch (może trzech, wliczając koniec kadencji Rafy Beniteza) sezonów niczym więcej niż tylko niezłym klubem ligowym. Stąd też i oczekiwania kibiców są niższe – o ile dawniej liczyliśmy na powrót do mistrzowskiej formy, o tyle dziś nawet perspektywa bycia w czołowej czwórce jest dla wielu fanów jedynie w sferze marzeń i snów – teoretycznie szanse są, ale szczerze wątpię, by Liverpoolowi się to udało.

Wróćmy jednak z tej podróży w niedawną przeszłość do teraźniejszości. Wytworzyła się bowiem ciekawa sytuacja, w której Liverpool po raz kolejny znajduje się między młotem a kowadłem. Załóżmy bowiem, że idzie drużynie tak, jak do tej pory, czyli fatalnie, pałętamy się gdzieś tuż nad strefą spadkową. Nie zmieniać trenera byłoby źle, zmieniać – jeszcze gorzej, bo wówczas posypałoby się w drużynie niemal wszystko. Mam wielką nadzieję, że nie będziemy świadkami tak katastroficznego scenariusza – wzięty on został żywcem właśnie z czasów Hodgsona. Tyle, że w odwodzie był Dalglish, z bezgranicznym poparciem fanów. Kto znalazłby się teraz? Benitez?

Może przesadziłem z katastrofizmem, ale nasz klub już to przerabiał. Boję się, że to może znów nastąpić. Zależy to jedynie od Rodgersa i jego podopiecznych. Jedyny dobry mecz, z Manchesterem City to za mało, by szukać pozytywów innych niż gra kilku piłkarzy z rewelacyjnym Sterlingiem na czele – z chłopaka może wyrosnąć naprawdę świetny zawodnik, byle tylko omijały go urazy i nadal rozwijał się tak, jak dotychczas. Niestety, niejako na drugim biegunie znajduje się Reina, którego gra niczym nie przypomina jego najlepszych lat. Być może wina leży w braku konkurencji na jego pozycji, być może Hiszpan przeżywa gorszy okres w karierze i wyjdzie z tego. Jednakże fakty pozostają faktami – broni znacznie poniżej oczekiwań.

Mamy najgorszy start sezonu od 1911 roku. Szkoda, że rozdział historii Liverpoolu zatytułowany „Brendan Rodgers” ma zapisany ten niechlubny wyczyn jako pierwszy. Czy to będą złe miłego początki? Czy może spadniemy jeszcze niżej?

Przed nami mecz w Bernie, a później wielkie starcie z Manchesterem United na Anfield Road. Jeśli to spotkanie z Czerwonymi Diabłami nie wyzwoli w piłkarzach Liverpoolu tych pokładów energii i woli walki, którą powinni pokazywać zawsze, to będzie to bardzo zły objaw. Liczę na dobrą grę, choć coraz trudniej mi wierzyć w cud i wielki przełom, skoro zawodzi tak drużyna (jako całość), jak i indywidualności.

A może czas przełomów, cudów, straceńczych szarż się skończył? Może era Brendana Rodgersa w Liverpoolu będzie naznaczona ciężką pracą, by za kilka, może kilkanaście lat znów wrócić na należne nam miejsce? Może właśnie jest to czas, w którym mentalność klubu musi ewoluować, by iść ku nowym sukcesom, znając swoje obecne miejsce w szeregu?

Nie odbieram szans Rodgersowi, mimo fatalnego początku – niech pokaże, że zasłużył na prowadzenie The Reds nie tylko dzięki niezłemu sezonowi ze Swansea. Ma zaufanie fanów, niech on i jego piłkarze pokażą, że są tego warci.

Autor: Zuru Dodano: 18.09.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON