Garść spostrzeżeń po Chelsea

Niedzielne spotkanie na Stamford Bridge zakończyło się podziałem punktów, jednak pomimo tego, że to kolejny remis Liverpoolu w tym sezonie możemy być naprawdę zadowoleni. Co więcej, spotkanie z Chelsea dostarczyło mi kilka ciekawych spostrzeżeń, którymi chciałbym się teraz z Wami podzielić.

Mój bohater - Jamie Carragher

Ludzie może i nie mogą żyć wiecznie, ale legendy są nieśmiertelne. Jamie Carragher sprawił, że nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Być może nasz weteran nie jest już kluczowym zawodnikiem Liverpoolu, ale kiedy pojawia się na boisku, zostawia na nim całe swoje serce. Za 2,5 miesiąca Carra będzie obchodził swoje 35. urodziny. Kiedy w czwartek występował w Moskwie w meczu z Anży w ramach Ligi Europy, nie spodziewałem się, że zobaczę go na murawie Stamford Bridge. Tymczasem, nie dość, że Jamie pojawił się na boisku, to rozegrał drugie pełne 90 minut w ciągu 4 dni. Co więcej, znakomicie wytrzymał to kondycyjnie i był tym najlepszym Carragherem, jakiego znamy, pointując swój znakomity występ przepiękną asystą przy bramce wyrównującej. You’re my hero, Jamie!

Torres kontra Suarez

Przed meczem bardzo często poruszano temat Fernando Torresa i Luisa Suareza. Porównywał ich Brendan, porównywał ich Steven Gerrard, porównywały ich praktycznie wszystkie media. Gdy przyszło spotkać się na boisku, przez większość czasu zdecydowanie lepiej prezentował się Torres, który był widoczny praktycznie w każdej akcji ofensywnej The Blues. Luisowi, szczególnie w pierwszej połowie, brakowało wsparcia, ale i tak nie usprawiedliwia to jego nie najlepszego występu. Jednak gdy przychodziło co do czego, Torres marnował nadarzające mu się okazje. Luis z kolei zaprezentował się tak, jak Torres jeszcze kilka lat temu w czerwonej koszulce. Po przeciętnym występie, kiedy stanął wreszcie przed szansą na zdobycie bramki, wykorzystał ją. W efekcie Fernando schodził z boiska niepocieszony, Luis mógł z kolei z zadowoleniem spojrzeć w oczy swojego rywala.

Co się tyczy Fernando, warto dodać jeszcze, że mimo iż widać u niego to samo przyspieszenie, świetny balans ciałem, umiejętność ustawiania się we właściwym miejscu, brakuje mu tego najważniejszego – radości z gry. Radości, którą dzielił się z kibicami, grając w barwach Liverpoolu. Cóż, Fernando tak zdecydował, że to już nie nasze zmartwienie. U nas nigdy nie szedł sam. Dziś miał tę nieliczną okazje usłyszeć te słowa na Stamford Bridge. Niestety nie były skierowane do niego.

Brendan Rodgers

Brendan Rodgers nie osiąga jeszcze takich wyników, jakich by sobie życzył, ale dziś może czuć się zwycięzcą. Graliśmy z zespołem, który do niedawna był liderem tabeli. Graliśmy z zespołem, w szeregach którego roi się od fantastycznych zawodników. Patrząc na obecną szerokość i siłę naszego składu, dość wąskie pole manewru i fakt, że graliśmy na trudnym terenie, jakim zawsze jest Stamford Bridge, obiektywnie ciężko było wymagać lepszego występu. Co cieszy jednak najbardziej, to świadomość, że w przeciwieństwie do swoich poprzedników, Brendan Rodgers rozumie grę i potrafi reagować w jej trakcie. W drugiej połowie oglądaliśmy zupełnie inną drużynę. Myślę, że oglądaliśmy znakomity Liverpool.

Lucas może spać spokojnie

Oczywiście w spotkaniu nie zabrakło kilku rozczarowań. Niestety zadomowiły się one w naszej linii środkowej. Nie był to najlepszy mecz naszego kapitana, ale w porównaniu do partnerów z formacji pomocy, Steven zaprezentował się co najmniej solidnie. Anonimowy występ Sahina i przepełniona licznymi stratami gra Joe Allena – nie do tego się przyzwyczailiśmy i było to naprawdę frustrujące. Jeśli po serii bardzo dobrych występów obu panów, powracający do zdrowia Lucas mógł spodziewać się problemów z ponownym wywalczeniem sobie miejsca w wyjściowym składzie, może spać spokojnie. Ławka rezerwowych mu nie grozi, tym bardziej, że każdy ma świadomość jak zdrowy Lucas grać potrafi.

Reina spać spokojnie nie może

Gdyby rok temu ktoś powiedział, że kariera Brada Jonesa w Liverpoolu dopiero rozkwitnie, chyba nikt by w to nie uwierzył. A na pewno nie uwierzyłby sam Brad. Stracił pozycję bramkarza numer 2 na rzecz Doniego, przeżył osobistą tragedię w postaci śmierci syna i myślami szykował się do odejścia z Liverpoolu. Sytuacja nie zmieniała się aż do kwietniowego meczu z Newcastle, kiedy to Pepe Reina otrzymał czerwony kartonik za niesportowe zachowanie. W meczu z Aston Villą Brad siedział już na ławce rezerwowych. Kiedy w kolejnym spotkaniu, Liverpool mierzył się na wyjeździe z Blackburn, przewrotności losu nie było końca. Doni także obejrzał czerwoną kartkę. W ciągu kilku dni Jones awansował z rezerw do bramki pierwszego zespołu i rozpoczął z wysokiego C, broniąc rzut karny przy pierwszym kontakcie z piłką. Szczęście uśmiechnęło się do Brada na tyle, że kolejne spotkanie to półfinał pucharu Anglii z Evertonem na Wembley.

Mimo tej przychylności losu, Brada w dalszym ciągu traktowano jako co najwyżej numer 2 w Liverpoolu. Obecny sezon, to jednak ciąg dalszy historii pod tytułem „Los Bradowi sprzyja”. Przeciągająca się kontuzja Pepe Reiny sprawiła, że Jones nie pojawia się w bramce okazjonalnie, tylko zagościł w niej na dłużej. I nie mam wątpliwości, że Brad Jones swoją szansę wykorzystuje. Australijczyk imponuje spokojem i opanowaniem i jest naprawdę mocnym punktem drużyny, czego w poprzednim, jak i obecnym sezonie nie można było powiedzieć o Reinie. Pierwszy raz w swojej karierze na Anfield, zdrowy Pepe Reina może mieć problem z wskoczeniem między słupki. Obrona strzału Torresa w pierwszej połowie, a w szczególności intuicyjna interwencja przy główce Fernando w drugiej części spotkania zasługuje na wielkie uznanie. Brad po raz kolejny w tym roku został cichym bohaterem Liverpoolu i na miejscu Rodgersa miałbym ciężki orzech do zgryzienia na kogo postawić, gdy Reina wróci do pełni sił. Mimo, że Jones nie jest bramkarzem na przyszłość, to w obliczu nie najwyższej formy Hiszpana i bardzo dobrej gry Australijczyka tu i teraz, postawiłbym właśnie na niego.

Top 4 nadal sprawą otwartą

Liverpool ma za sobą mecze z praktycznie całą ligową czołówką. Z tych teoretycznie najgroźniejszych rywali w pierwszej rundzie pozostał tylko Tottenham. To sprawia, że przy stracie 8 punktów do 4. miejsca, na tym etapie rozgrywek wszystko jest jeszcze sprawą otwartą i nie widzę jeszcze powodów do niepokoju.

Chelsea – Liverpool gwarancją świetnego widowiska

Na koniec kilka słów o tym, że potwierdziło się to, co pisałem w relacji live przed rozpoczęciem meczu. Spotkania z Chelsea zawsze przyciągały uwagę. Od sezonu 2004/05 i wygranego przez The Reds dwumeczu w półfinale Ligi Mistrzów zyskały miano wręcz wyjątkowych. Nawet jeśli nie pada w nich wiele bramek, nawet jeśli kończą się bezbramkowym remisem, pasja, determinacja i zawziętość obu zespołów tworzą iście najlepsze widowiska piłkarskie, a rywalizacja pomiędzy Stevenem Gerrardem i Frankiem Lampardem przez lata stanowiła przysłowiową wisienkę na torcie. Dziś z innymi menedżerami, z Torresem po niebieskiej i Suarezem po czerwonej stronie, ale z tradycyjnie wielkimi emocjami, obejrzeliśmy kolejny odcinek wspaniałej rywalizacji obu zespołów. Z pewnością, z punktu widzenia istotności ważniejsze dla nas zawsze będą derby z Evertonem czy Manchesterem United, ale jeśli chodzi o tempo, dramaturgię i poziom emocji, to właśnie spotkania pomiędzy Liverpoolem i Chelsea od wielu lat stanowią ścisłą czołówkę nie tylko w Anglii, ale być może i w całej Europie. Podziękowania dla piłkarzy tak Liverpoolu, jak i Chelsea za stworzenie po raz kolejny kapitalnego spektaklu.

Autor: Czarodziej Dodano: 11.11.2012

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON