Hillsborough » Wypłakałem się po Hillsborough

Podczas początkowych minut Półfinału FA Cup pomiędzy Liverpoolem a Nottingham Forest, który odbywał się 15 kwietnia 1989 roku na Hillsborough byłem tak szczęśliwy, że nie można sobie tego wyobrazić.

Na dwa miesiące przed moimi 34 urodzinami, przez poprzednie dziewięć miesięcy spędziłem poza boiskiem – co było spowodowane kontuzją kolana, jaką odniosłem w towarzyskim meczu z Atletico Madryt w Hiszpanii, a pierwszy mecz rezerw rozegrałem zaledwie cztery dni przed Półfinałem. Gdy wszedłem na boisko fani Liverpoolu zgotowali mi wspaniałe przyjęcie i wspaniale rozpocząłem ten mecz. W ciągu tych kilku minut udało mi się wykonać trzy dobre podania – dwie długie piłki za obronę Nottingham do Steve’a McMahona i jedno zagranie to Petera Beardsleya, który następnie trafił w poprzeczkę bramki Forest.

Moje obawy dotyczące zdrowia nagle uleciały. Czułem się tak, jakbym nie miał tak długiej przerwy w grze. Potem nagle zaczął się najciemniejszy okres w moim życiu.

Chwilę później Hillsborough stało się miejscem śmierci 95 kibiców Liverpoolu, którzy znajdowali się na centralnej trybunie Leppings Lane ustawionej za naszą bramką. Fani zostali zmiażdżeni z powodu natłoku i faktem stała się największa tragedia na trybunach w historii Anglii. Jedna osoba przez dwa lata była sztucznie podtrzymywana przy życiu, jednak w końcu stała się 96 ofiarą tragedii. Liczba złamanych serc była niepoliczalna.

Czasem jestem zły na siebie, ponieważ gdy ktoś zaczyna ten temat, albo przechodzę obok tablicy upamiętniającej tragedię, ja zazwyczaj myślę jedynie o tych, którzy zginęli na stadionie. Byłem obecny na wielu rocznicach tej katastrofy, a na 3 w 1992 roku wraz z Brucem Grobbelaarem dostąpiliśmy zaszczytu przeczytania kazania, jednak ja zawsze próbowałem wyrzucić Hillsborough z mojej pamięci: im więcej o tym myślę, tym częściej zastanawiam się, jakby potoczyło się moje życie, gdybym stracił wtedy kogoś bliskiego.

Serce boli mnie jeszcze bardziej, ponieważ tak wielu młodych ludzi straciło wtedy życie. Ludzie potrafią odnaleźć ogromną siłę w bólu, jednak jeśli moje dziecko zginęłoby na Hillsborough to nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak Janet i ja podnieślibyśmy się po tej tragedii. Wtedy Adam miał zaledwie osiem lat, jednak gdyby miał 15 bądź 16 to pewnie zgodziłbym się, żeby ktoś razem z nim oglądał mecz z trybuny stojącej, a nie siedzącej. Mogę sobie wyobrazić, jak do niego mówię: „Nie chcesz iść na miejsca siedzące, masz rację na trybunie stojącej lepiej poczujesz atmosferę tego spotkania.” Jednak zbyt bolesne są myśli, co by się stało, gdyby znalazł się na trybunie Leppings Lane.

Hillsborough było straszne. Wydarzenia po meczu, gdy wraz z Kennym Dalglishem i innymi piłkarzami chodziliśmy na pogrzeby i próbowaliśmy wesprzeć bliskich ofiar pogrążonych w żałobie, dotknęły mnie jeszcze bardziej niż sama tragedia.

Myślałem, że już byłem świadkiem jednej wielkiej tragedii i to wystarczy na całe życie – mam oczywiście na myśli wydarzenia sprzed czterech lat w Brukseli na Heysel. Jednak zdarzyła się kolejna, która dotknęła moje otoczenie i ucierpieli ludzie odgrywający tak ważną rolę w moim życiu – to mnie jeszcze bardziej zabolało.

Zawsze, gdy myślę o Heysel pierwszym obrazem, który widzę przed oczami, jest wyraz twarzy Joe Fagana, gdy tragiczne, pełne przemocy wydarzenia na trybunach osiągnęły taki etap, że mecz, który był całym jego życiem, nie miał najmniejszego znaczenia. Na dzień przed Finałem Pucharu Europy z Juventusem, Joe ogłosił, że to będzie jego ostatni mecz w roli menadżera The Reds, więc zasłużył na to, żeby dobrze wspominać to spotkanie, niezależnie od wyniku. Jednak po meczu wyglądał na załamanego człowieka.

Ze wszystkich osób związanych z Liverpoolem podczas wydarzeń na Heysel, Joe, który wtedy już miał ponad 60 lat i zadecydował przejść na emeryturę, był tym, któremu najbardziej współczułem. Jednak w pewnym sensie miał szczęście: przynajmniej nie musiał przeżywać tego koszmaru na Hillsborough. Fakt, że Kenny Dalglish, który najbardziej starał się wesprzeć rodziny pogrążone w żałobie, dwa lata później odszedł z Liverpoolu i całkowicie skończył z futbolem, wiele mówi o konsekwencjach tej tragedii dla Liverpool FC.

To dotknęło wszystkich.

Nieodpowiednim działaniem, jest porównywanie tych dwóch tragedii, ponieważ ta na Heysel została spowodowana chuligaństwem. Na Hillsborough zginęli niewinni ludzie. Jednak, jeśli już mamy doszukiwać się podobieństw to było jedno – złe postępowanie przy wpuszczaniu ludzi na trybuny.

Wiele osób po Heysel czuło wstyd i smutek. Bez wątpienia reakcja po Hillsborough, gdzie wszyscy fani zachowywali się wzorowo, była jeszcze bardziej emocjonalna. Napisano już miliony słów na temat dokładnych przyczyn tej tragedii i ludzi za to odpowiedzialnych, jednak najgorsze jest to, że wszystko zaczęło się od błędów policji i ochrony. Oni chyba tylko czekali na taką katastrofę.

Wszyscy wiedzą, że największym błędem było przeznaczenie dla kibiców Liverpoolu trybuny Leppings Lane, a nie znacznie większej Kop. To była śmieszna decyzja biorąc pod uwagę różnicę w liczbie kibiców obu klubów. Średnia widownia podczas spotkań na Anfield w tamtym sezonie wynosiła około 40 000 widzów, co daje wynik ponad dwa razy większy od Nottingham Forest, a mimo to fani The Reds zostali przydzieleni do dwa razy mniejszej trybuny. Ta decyzja została podjęta na podstawie faktu, że kibice jadący z Liverpoolu drogą M62 mieli łatwiejszy dostęp do Leppings Lane. Władze nie zwróciły uwagi na taki szczegół, że Liverpool ma kibiców całej Anglii i będą oni przybywać z każdej strony.

Przed rozpoczęciem meczu, przed stadionem doszło do wypadku z udziałem kibiców Liverpoolu, ponieważ wielu przyjechało z opóźnieniem i tylko jedno wejście było otwarte. Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby przesunięcie rozpoczęcia meczu o kilkanaście minut, jak to się zazwyczaj dzieje w takich sytuacjach. Jednak, niestety stało się inaczej.

Następnie popełniono kolejny błąd. Gdy otwarto inne wejścia, brak komunikacji z oficerem policji dowodzącym monitoringiem, spowodował, że kibice zaczęli kierować się w już przepełniony obszar trybun. W poniedziałek Liverpool Echo opublikowało zdjęcia z widokiem na Leppings Lane o godzinie 16:06, czyli pięć minut po rozpoczęciu meczu i tam widać było całą historię. Środkowa część była wypełniona po brzegi, a dwa ‘skrzydła’ były praktycznie puste. W tamtych czasach na większości stadionów w Anglii były ogrodzenia oddzielające trybuny od boiska. W Hillsborough fani walczący o życie – zwłaszcza, ci którzy przybyli wcześniej, żeby zająć miejsca najbliższe płycie boiska – nie mieli żadnej możliwości ucieczki.

Oczywiście w poprzednim sezonie tak samo rozlokowano trybuny na Półfinał FA Cup także z udziałem Liverpoolu i Nottingham Forest i nie było żadnych problemów – albo przynajmniej tak wyraźnych kłopotów. Jednak słyszałem sporo złych opinii od fanów na temat traktowania kibiców podczas tego spotkania, zwłaszcza tych, którzy przybyli wcześniej.

Z setek meczów, które rozegrałem w Liverpoolu, właśnie ten półfinał z 1989 roku, był spotkaniem, w którym najbardziej nie chciałem wystąpić. Przez bardzo długi okres nie grałem z powodu kontuzji i uważam, że decyzja o wystawieniu mnie w tak ważnym meczu była śmieszna.

Na początku planowałem spędzić to popołudnie na grze w golfa, a gdy powiedziano mi, że jadę razem z zespołem do Sheffield to pomyślałem, iż to tylko w celu poczucia meczowej atmosfery. Nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, że mogę zagrać w tym spotkaniu, nawet, gdy dowiedziałem się o problemach ze zdrowiem innych piłkarzy. W piątek zameldowaliśmy się w hotelu i dzieliłem pokój z Ianem Rushem, ponieważ Barry Venison, który zazwyczaj mieszkał razem z Walijczykiem był chory. Ian także był świeżo po kontuzji, więc razem dyskutowaliśmy nad tym, na kogo postawi Kenny Dalglish. Gdy Ian powiedział, że może postawić na mnie, ja stwierdziłem: „Chyba żartujesz – nie ma takiej możliwości”.

Jednak w mojej głowie została myśl o możliwym występie i zacząłem panikować. Ian też nie potrafił zachować spokoju, ponieważ nie był zadowolony ze swojego przygotowania fizycznego.

W sobotę o 13:30 obaj modliliśmy się, żeby nas nie wystawił do składu. Powiedziałem do Iana: „Spójrz, jeśli Kenny nie powie nam przed 14 (15 minut przed tym, jak skład jedzie na stadion), że gramy to znaczy, że na nas nie postawił”. O 14 ciągle nie było żadnych informacji, jednak pięć minut później do drzwi zapukał asystent Kenny’ego – Roy Evans i powiedział, że Kenny chce nas widzieć.

Ja miałem problem, ponieważ wystawił mnie do pierwszej jedenastki. Ian rozpoczął mecz na ławce.

„Nie mogę i nie chcę grać,” powiedziałem menadżerowi.

„Co masz na myśli mówiąc, że nie chcesz grać?” zapytał się.

Próbowałem mu wytłumaczyć, że brakuje mi meczowego ogrania, jednak Kenny wraz z całym sztabem szkoleniowym nie zwracał na to uwagi. „Dobrze zagrałeś we wtorek w rezerwach i od tamtej pory dobrze prezentowałeś się na treningach,” zaznaczył.

Na koniec musiałem stwierdzić: „Dobrze, ale nie jestem z takiej sytuacji zadowolony.”

Wtedy najlepszym słowem opisującym mój stan było zakłopotanie. W momencie, gdy dotarliśmy do stadionu, moja niepewność była tak bardzo widoczna, że inni piłkarze, zaczęli ze mnie żartować. Jednak przed pierwszym gwizdkiem sędziego nic nie wskazywało na to, że to nie będzie normalny mecz. Niektórzy mogą się dziwić, że podczas rozgrzewki nie zauważyliśmy nic na trybunach, ale wtedy piłkarze nie zwracają uwagi na kibiców, a ja rozgrzewałem się na krańcu naszego pola karnego. Nawet, gdy mecz się zaczął i na trybunach rozpoczynała się tragedia, byliśmy zbyt skupieni na grze, żeby to zauważyć.

Po raz pierwszy pomyślałem, że mogą być jakieś kłopoty, gdy dwie osoby wbiegły na boisko. Gdy przebiegali obok mnie krzyknąłem: „Złaźcie – będziemy mieć przez was problemy”.

Jeden z nich mi odkrzyknął: „Al, ludzie tam umierają”. Widziałem, jak ludzie próbują się wydostać przechodząc przez ogrodzenie, jednak jego uwaga do mnie dotarła, ponieważ byłem za bardzo skoncentrowany na grze. Wstyd mi, ale muszę przyznać, że moja pierwsza reakcja była cyniczna: „Tak, jasne”.

Chwilę później sędzia przerwał mecz, a obie drużyny udały się do szatni.

W szatni atmosfera była inna niż ta podczas Heysel, ponieważ nikt tak naprawdę nie wiedział dokładnie, co się dzieje na zewnątrz. Wokół całej tej sytuacji było za dużo zamieszania, żeby któryś z piłkarzy mógł wyjść i dowiedzieć się, co się dzieje. Profesjonalni piłkarze są uczeni całkowitej koncentracji na meczu, ignorowania innych wydarzeń i potrzebujemy trochę czasu, żeby wyjść z tego stanu. W Hillsborough zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że na trybunach dzieją się straszne rzeczy, jednak adrenalina była tak duża, że ciągle myśleliśmy o tym, że mamy pewne zadanie do wykonania. W momencie, gdy dowiedziałem się, że mecz jest odwołany ciężko mi było przestać myśleć o grze, o tym, że jeszcze musimy wrócić na boisko. Pamiętam to, jak przez mgłę. Byliśmy tak bardzo zaaferowani, że jedynie pamiętam panikę naszych żon i dziewczyn podczas spotkania.

Wydaje mi się, że ta tragedia tak naprawdę do mnie dotarła dopiero w momencie, jak kolejnego dnia poszliśmy na Anfield i przechodziliśmy na boisku obok tysięcy kwiatów, które leżały na The Kop. Ten kwiecisty hołd pozostaje moim najtrwalszym wspomnieniem z Hillsborough. Dopiero po tej tragedii zrozumiałem, że piłka może mieć ogromny wpływ na życie wielu osób.

Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wiele znaczy futbol dla kibiców, ponieważ nigdy nie kibicował żadnemu zespołowi, a grę w futbol traktowałem jako pracę. Dlatego byłem pod ogromny wrażeniem tego, że rodziny, kibice pogrążeni w żałobie potrafili się podnieść i dalej wspierać The Reds. Jestem pewien, że gdybym był na ich miejscu, to futbol nie miałby dla mnie już żadnego znaczenia. Nie byłbym zainteresowany niczym związanym z Liverpoolem.

Jednak teraz nie jestem pewien, czy Liverpool słusznie postąpił kontynuując ten sezon, choć większość społeczeństwa oczekiwało, że The Reds dalej będą walczyć. Wiele osób argumentowało, że nasze zwycięstwo nad Evertonem w Finale FA Cup – osiem tygodni po wydarzeniach z Hillsborough – było najlepszym sposobem na wsparcie rodzin pogrążonych w żałobie i całej publiczności. Wiele dowodów wskazuje na to, że taka teza jest słuszna, jednak ja nigdy nie byłem do tego przekonany. Gdy biegałem wokół Wembley z FA Cup, a potem w szatni świętował ten triumf, czułem się winny. Ciągle tak się czuje. Ciągle się zastanawiam, czy miałem prawo się cieszyć?

Po raz pierwszy zobaczyłem prawdziwy koszmar Hillsborough – i więź emocjonalną łączącą Liverpool z kibicami – w następny poniedziałek, gdy piłkarze odwiedzili rannych w szpitalu w Sheffield. Pierwszą osobą, którą poszliśmy zobaczyć był 14-letni chłopiec, podtrzymywany przy życiu za pomocą maszyny. Mimo, że był nieprzytomny, siedzieliśmy z nim przez kilka minut. Chwilę później ktoś powiedział, że chłopak nie żyje i zaczęli zabierać jego łóżko.

W tym momencie kompletnie nie dałem rady, zacząłem płakać. Próbowałem coś powiedzieć, żeby wesprzeć matkę, ale doszło prawie do tego, że to ona pocieszała mnie. Ciągle dziękowała mi, że przyszedłem go zobaczyć, mówiła, jak bardzo kochał Liverpool – pokazała niewyobrażalną siłę. Potem poszedłem do innej sali i w momencie, jak tam wszedłem jeden mężczyzna właśnie odzyskał przytomność. Od razu mnie rozpoznał i jego pierwsze słowa brzmiały tak: „Jeśli awansujecie do Finał, to załatwicie mi bilet?”

Przez kolejne tygodnie bardzo płakałem. Byłem na 12 pogrzebach, jednak one zamiast mnie wzmocnić, spowodowały, że jeszcze trudniej mi było sobie z tym wszystkim poradzić. Jednym z problemów było to, co ja miałem powiedzieć bliskim ofiar. Sądzę, że byłem tam, żeby ich w jakiś sposób wesprzeć, jednak ja tam samo, jak oni pogrążałem się w smutku.

Liverpool stworzył taki system, który umożliwiał pogrążonym w żałobie odwiedzenie piłkarzy na Anfield, ale z tym też miałem problemy. Pamiętam już starszego dżentelmena o siwych włosach, który stracił swojego wnuka. Podszedł do mnie i powiedział: „On miał dopiero 17 lat... jak można odebrać życie komuś, kto ma zaledwie 17 lat, tak wiele było przed nim?” Nie potrafiłem mu udzielić odpowiedzi, nie sądzę, żebym mógł w jakikolwiek sposób pomóc, ponieważ rozpłakałem się, gdy zobaczyłem, jak po jego policzkach spływają łzy.

Trevor Hicks, biznesmen z Londynu, zabrał swoje dwie córki na mecz, 19-letnią Sarę i 15-letnią Victorię. Na meczu była także jego żona – Jenny, która miała miejsce na trybunie siedzącej. Dziewczyny chciały obejrzeć ten mecz bez jego ‘czujnego wzroku’, więc one zajęły miejsca na centralnej trybunie, a Trevor znalazł się dokładnie pod miejscem przeznaczonym dla policji. Podczas śledztwa prowadzonego w sprawie tej tragedii, Trevor powiedział, że o 15:45 widział już problemy na centralnej trybunie. Gdy oficer policji wyszedł z budki i zaczął oglądać trybuny, Trevor do niego krzyknął: „Na litość boską, nie widzicie, co się dzieje? Macie przecież kamery.” Policjant nie odpowiedział. Potem Trevor coraz bardziej martwił się o swoje córki i pojawił się kolejny policjant. Trevor ponownie próbował zwrócić jego uwagę na te wydarzenia, ale jak twierdzi, otrzymał taką odpowiedź: ”Zamknij swój ********* dziób!”

Udało mu się dostać na boisko w momencie, jak jedna z jego córek – Victoria była niesiona przez tłum. Położono ją na murawie obok siostry, która otrzymała ostatni pocałunek w życiu. Obie nie żyły.

Trevor był prezesem Grupy Wsparcia Rodzin Hillsborough (HFSG), która ciągle walczy o sprawiedliwość i karę dla policji z Południowego Sheffield, a także o większe rekompensaty ze strony rządu. Śledztwo w sprawie Hillsborough nic nie wykazało i zostało umorzone z powodu braku dowodów.

W 1997 roku HFSG otrzymało wsparcie ze strony Granada TV, która nakręciła dokument na temat tragedii, na którym przedstawiono wersję przeciwną do tej ukazywanej przez policję. Jednak Główny Sekretarz Jack Straw miał odmienne zdanie na ten temat, i walka HFSG o sprawiedliwość trwała dalej.

Słyszałem takie opinie, że ‘powinni dać sobie już z tym spokój i dalej normalnie żyć’, jednak chyba ci ludzie zapominają, że po Hillsborough nastąpiły ogromne zmiany w angielskim futbolu. Gdyby nie tragedia i Raport Taylora w styczniu 1990 roku, który wymusił zmianę wszystkich obiektów w Anglii na taką, że znajdowały się jedynie miejsca siedzące, bardzo prawdopodobne jest, że nic by się nie zmieniło. Nowe obiekty brytyjskich klubów spowodowały, że Anglia zaczęła być wzorem pod względem bezpieczeństwa dla innych krajów, a także poprawiły jakość futbolu. Wiele czasu minęło od Hillsborough, jednak mój stosunek do tych, którzy twierdzą, że trzeba skończyć walkę o sprawiedliwość jest taki sam: „Łatwo wam mówić – nikogo nie straciliście.”

Gdybym ja kogoś stracił, nigdy bym nie odpuścił.

Alan Hansen

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON