Hillsborough » Pogrzeby po Hillsborough

Wydarzenia z 15 kwietnia 1989 roku na Hillsborough spowodowały, że zdałem sobie sprawę z tego, co tak naprawdę jest ważne w życiu.

Po każdym pogrzebie, w którym uczestniczyłem, gdy kolejni rodzice chowali swoje dziecko, gdy następna pogrążona w żałobie rodzina żegnała kogoś bliskiego, wracałem do domu i od razu kładłem się na łóżku razem z moim najstarszym synem Jamiem, żeby po prostu przy nim być, żeby słyszeć jego oddech. Tak spaliśmy razem przytuleni, mój młodszy syn Jordan był jeszcze bardzo mały, więc wolałem go nie brać na ręce. Przez kolejne miesiące po Hillsborough każda chwila bez moich dzieci była dla mnie cierpieniem. Jeśli jedno z nich się przewróciło od razu podbiegałem do niego, przytuliłem, okazałem moją miłość. Przerażał mnie obraz rodziców, którzy już nie mogli przytulić swoich pociech, którzy nie mogli już patrzeć, jak dorastają i się uśmiechają. Ta myśl niszczyła mnie. Dlatego tak mocno przytulałem moje dzieci.

Przed Hillsborough zawsze do wszystkiego podchodziłem z dystansem, ale wydarzenie z Leppings Lane tak wiele zmieniły w moim życiu. Gdy miałem problemy z wywalczeniem miejsca w pierwszym składzie zarówno w Liverpoolu, jak i w Newcastle zadałem sobie pytanie: „Czy to tak naprawdę jest ważne? Żyję, moja rodzina jest zdrowa. To się liczy.” Hillsborough potwierdziło priorytety w moim życiu.

Futbol utracił swoją ogromną wagę, już nie był dla mnie całym życiem. Jak mógł być, jeśli zginęło 96 kibiców, rodzice stracili swoje dzieci, a dzieci rodziców? Stwierdzenie Billa Shankly’ego ‘piłka nożna to nie jest sprawa życia i śmierci, to znacznie więcej’ brzmiało jeszcze mniej prawdziwie po Hillsborough. Futbol to gra, wspaniała gra, ale jak można mówić, że jest ważniejsza od życia?

Sobota 15 kwietnia 1989 roku to powinien być dzień pełen radości, gdy Liverpool grał w Półfinale FA Cup przeciwko Nottingham Forest na stadionie w Sheffield Wednesday. Staram się nie myśleć o tym dniu, ale nigdy go nie zapomnę. Te wydarzenia były, jak najstraszniejszy koszmar. Nie wiedziałem, co się dzieje na trybunach dopóki dwie osoby nie wbiegły na boisko z krzykiem, ‘Ludzie tam umierają’. Pomyślałem, że przesadzają, tak samo, jak piłkarze mówiąc ‘Ten atak na piłkę prawie mnie zabił’. Pomyślałem tylko, że jest lekki tłok na trybunach. Jednak Bruce Grobbelaar, który był najbliżej Leppings Lane, bardzo szybko zorientował się, że coś jest nie tak, gdy poszedł po piłkę i usłyszał fanów krzyczących „Giniemy, Bruce giniemy.” Bruce od razu krzyknął do policji, by coś zaczęli robić.

Po sześciu minutach meczu policjant wbiegł na boisko i powiedział sędziemu Rayowi Lewisowi, żeby przerwał mecz. Lewis od razu wydał polecenie, by piłkarze udali się do szatni. Jednak wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, jakie są rozmiary tej tragedii. Myśleliśmy, że kilku fanów doznało lekkich urazów, że niedługo wrócimy na boisko, jak tylko policja uporządkuje kibiców.

Lewis przychodził, co jakiś czas i mówił ‘Jeszcze pięć minut’. Za każdym razem wstawaliśmy, by się rozgrzewać, dopóki w końcu przyszedł i zakomunikował „Dobra chłopaki to koniec na dzisiaj.”

Szybko się umyliśmy i udaliśmy się do pomieszczenia dla piłkarzy. Suzy tam była cała zapłakana. „Ludzie zginęli,” powiedziała. „Nie wierz w to,” odparłem, „to tylko plotki”. Jednak Suzy wraz z resztą żon wiedziała, co się wydarzyło. Mecz nie był rozgrywany na Anfield, więc żony nie czekały w tym pokoju tylko od razu poszły zająć miejsca na stadionie. Siedziały tam i widziały tragiczne sceny z Leppings Lane, kibiców wchodzących na boisko, błagających o pomoc, znoszących ciała na boisko i wyjących z rozpaczy, z powodu śmierci swoich bliskich. Piłkarze tego nie wiedzieli. Byliśmy odseparowani od całego tego horroru. Mówiłem Suzy, że sytuacja na pewno nie wygląda tak źle, ale gdy zobaczyłem włączony telewizor zdałem sobie sprawę, że jest znacznie gorzej. Wszystkie to plotki o zmiażdżonych kibicach, o śmierci stały się wyjątkowe prawdziwe, gdy usłyszałem, jak Des Lynam mówi: „Na Hillsborough doszło do tragedii. Jest wielu zabitych”. Zdrętwiałem. Nie mogłem w to uwierzyć. Kompletna cisza zapanowała w tym pomieszczeniu. Każdy skupiony był na telewizorze. Nikt nie usiadł. Piłkarze Forest też tam byli z nami. Co mogli powiedzieć? ‘Jest nam przykro, że zginęli wasi kibice?” Fakt, że oni reprezentowali barwy Forest, a my Liverpool nie miał w tej chwili najmniejszego znaczenia. Tam zginęli ludzie.

Oglądaliśmy telewizję przez godzinę w zupełnym milczeniu. Wiele osób płakało. Wszyscy piłkarze zastanawiali się, czy mogą znać kogoś, kto tam był. Ja byłem w Liverpoolu zaledwie od dwóch lat i nie znałem prawie żadnych kibiców. Sprawa wyglądała znacznie gorzej dla lokalnych piłkarzy, jak John Aldridge, czy Steve McMahon. Aldo był bardzo dotknięty. Ciągle próbował gdzieś dzwonić. W końcu weszliśmy do autokaru, piłkarze zasiedli obok swoich żon, trzymając się za ręce, ciągle wszyscy byli zszokowani i nie mogli nic powiedzieć. Wszyscy bardzo dużo wypiliśmy w drodze powrotnej do Liverpoolu. Kompletnie się upiłem Brandy. Ludzie przez całą drogę płakali. Żony płakały, ja płakałem. Kenny płakał. Bruce mówił, że zastanawia się nad zakończeniem kariery. Mimo, że nigdy nie pomyślałem o tym, mimo że czułem się winnym, to rozumiem, dlaczego Bruce tak mówił.

Ci fani Liverpoolu pojechali do Hillsborough, by nas zobaczyć i tu jesteśmy my, w luksusowym autokarze, wracamy do domu, a oni zostali w tymczasowych kostnicach. Gdy my wracaliśmy do Liverpoolu ich rodzice wyruszali w podróż odwrotną, by zidentyfikować ciała swoich dzieci. Czułem się winny. Gdybym zamiast w szatni był na boisku pomógłbym. Wiem że bym tak uczynił. Zrobiłbym wszystko, przenosił rannych, rozmawiał z umierającymi, dawał im siły do życia, poganiałbym policję. Każdy z nas by pomógł gdyby mógł. Ciągle nie obejrzałem tego filmu dokumentalnego o Hillsborough. Jest nagrany na kasecie wideo i stoi na półce, ale nie potrafię tego obejrzeć. Tak samo Suzy.

Gdy wróciliśmy na Anfield, wraz z Suzy wszedłem do samochodu. Suzy prowadziła samochód, wróciliśmy do domu, oglądaliśmy telewizje ze łzami w oczach. Pamiętam, że poszedłem, by zobaczyć, jak się czuje Jordan. Gdy ponownie włączyłem telewizor, widziałem tylko załamanych rodziców. Myślałem, że to mogło być moje dziecko, tętniące życiem, podekscytowane zbliżającym się Półfinałem FA Cup. Ilu rodziców kupiło swoim dzieciom bilety, żeby mogli pójść na mecz z kolegami? I nigdy już nie wróciły. Płakałem i płakałem myśląc o tej tragedii. Niemal całą noc spędziłem z Jamiem i Jordanem, myśląc o mojej rodzinie, co bym zrobił, gdyby coś takiego przytrafiło się moim dzieciom, w dzień, który miał być tak radosny. Udało mi się zasnąć tej nocy, ponieważ ciągle byłem pijany. Brandy w autokarze zrobiła swoje. Następnego ranka nie mogłem czytać gazet. Zdjęcia były tak przerażające, że musiałem je odłożyć. Zostałem w domu z Suzy i moimi dziećmi, myśląc jakie to szczęście, że ich mam. Nie tknąłem ani kropli więcej alkoholu. Nie potrzebowałem tego. Ciągle odczuwałem piekielny ból głowy, po wczorajszy brandy.

Na początku zobaczyłem Hillsborough z osobistej perspektywy. Myślałem, jak bardzo by mnie to zabolało, gdyby to moje dzieci były ofiarami. W ciągu kilku następnych dni moje emocje przemieniły się w żal i współczucie dla rodzin ofiar tragedii. Ciągle myślę o wydarzeniach, które spowodowały tą katastrofę.

Łatwo jest zrzucić całą winę na policję z Południowego Yorkshire, ale oni rano nie obudzili się z myślą, że pozwolą umrzeć 96 kibicom. Nie mogli przewidzieć Hillsborough. Nikt nie mógł. Hillsborough to tragiczny wypadek.

Jestem pewien, że policja została przeszkolona w odpowiedni sposób, ale niezależnie od tego, jak dobre byłyby te kursy, nie są one w stanie przewidzieć wszystkiego. Żaden policjant nie mógł wiedzieć, co się wydarzy, a tym bardziej, jak na to wszystko zareaguje. Nie czuję złości do zwykłych policjantów, którzy byli w Hillsborough.

Moja złość była bardziej skierowana do dowódców policji, którzy powinni wykazać znacznie więcej współczucia i zrozumienie wobec rodzin ofiar tragedii. Wśród wielu oskarżeń policja z Południowego Yorkshire nie wzięła na swoje barki żadnej odpowiedzialności. Ich zachowanie było odrażające. Powinni współczuć i być bardziej szczerzy, a nie mówić „To wszystko wina kibiców”. Słuchając wszystkich wypowiedzi policji do mediów, wychodziło na to, że Hillsborough jest winą wszystkich, tylko nie policji. Historia o fanach Liverpoolu, którzy mieliby podobno okradać zwłoki, załatwiać fizjologiczne potrzeby na stadionie została wydrukowana przez The Sun pod tym okropnym tytułem „Prawda”.

Bardzo źle świadczy o policji, że wymyślili taką opowieść, gdy zginęli ludzie, a ich rodziny były pogrążone w żałobie. Wszyscy w Merseyside byli oburzeni faktem, że ten szmatławiec nazwał ich ‘ścierwem’. Rodziny były wściekłe. Liverpool Football Club był oburzony. Całe miasto były pełne złości. Nikt nie udzielał wywiadów tej gazecie po tej publikacji. Sprzedaż The Sun w Merseyside dramatycznie spadła.

W poniedziałek rano piłkarze przeglądali gazety i widzieli tragiczne zdjęcia. Cała tragedia, która miała miejsce została przedstawiona w brutalny sposób. Na jednej stronie było zdjęcie dwóch dziewczyn, przygniecionych do ogrodzenia. Cudem przeżyły. Znaliśmy te dziewczyny. Zazwyczaj kręciły się wokół Melwood w poszukiwaniu autografów. Jedną z nich – Jackie widziałem w 1999 roku na meczu Liverpool – Blackburn. Wszyscy znali Jackie. Piłkarze przeglądali gazety, żeby zobaczyć, czy na zdjęciach nie ma kogoś, kogo znali. Jestem pewien, że John Aldridge i Steve McMahon znali więcej osób, ale próbowali się z tym uporać na swój własny sposób.

Później tego samego dnia pojechaliśmy do szpitala w Sheffield. Gdy tam dotarliśmy i zobaczyliśmy rzędy osób leżących w śpiączce poczuliśmy się okropnie. Piłkarze podzielili się na grupy. W Święta Bożego Narodzenia, gdy wszyscy piłkarze idą odwiedzić chore dzieci, zawsze trzymamy się razem. Piłkarze zazwyczaj źle się czują, gdy oni są zdrowi i w pełni sił, a otaczają ich chore, słabe dzieci. Zawsze boję się, żeby nie powiedzieć, czegoś niestosownego, więc zazwyczaj podchodzę do chłopca na wózku i pytam się ‘Jak straciłeś obie nogi?’ Dzieci szybko godzą się z tym, co się im przydarzyło i mogą o tym rozmawiać. Kocham dzieci. W Sheffield nikt nie chciał zrobić tego pierwszego kroku. Patrzyliśmy się na siebie nawzajem przez jakieś 10 minut, nie wiedząc, jak podejść do dzieci pogrążonych w śpiączce. To rodziny ofiar wykonały pierwszy krok. Ojciec jednego z dzieci podszedł do mnie i powiedział: „Jesteś jego ulubionym piłkarzem. Porozmawiaj z nim.” Rodzice podchodzili do poszczególnych piłkarzy i prosili, żeby zawodnicy podeszli do ich dzieci. Nie byliśmy do końca przekonani, ale się oczywiście zgadzaliśmy.

Nigdy wcześniej nie widziałem kogoś pogrążonego w śpiączce. Nie wiedziałem, co powiedzieć, ani czy on w ogóle mnie słyszy. Jeśli to dziecko byłoby moim synem jestem pewien, że nie miałbym problemów z mówieniem. W końcu powiedział coś takiego: „Mówi John Barnes. Jest mi przykro, że to się wydarzyło. Walcz. Wierzę, że uda Ci się z tego wyjść.” To było coś w stylu tego, co mówią zawsze w takich sytuacjach aktorzy. Rodzice czasem przychodzili na nasze treningi prosili, żebym nagrał się na taśmie, żeby podnieść na duchy ich chore dziecko. ‘Mówi Johna Barnes. Życzę Ci jak najlepiej, nie poddawaj się, chce Ciebie widzieć kibicującego Liverpoolowi w przyszłym sezonie.’ W szpitalu było inaczej.

To niewiarygodne, jaką moc posiadają słowa. Niektórzy piłkarze powodowali u dzieci jakieś reakcję, życiowe odruchy. ‘On się ruszył, on się ruszył’ krzyczeli rozpłakani rodzice. Rodzice i pielęgniarki namawiali nas byśmy dalej mówili. To nam pomagało. Dla nas niezwykle ważne było to, że czuliśmy się potrzebni. Więc bez przerwy coś mówiliśmy. Rodzice mówili do swoich dzieci: „John Barnes jest tutaj” i dodawali mi motywacji ‘Dawaj John mów do niego’. Trzymałem dziecko za rękę i mówiłem i mówiłem o wszystkim, co przychodziło mi do głowy, o piłce, o klubie, który wszyscy kochamy. Czasem po chwili można było zauważyć, jakiś ruch. ‘Daj mu teraz odpocząć’ powiedziała pielęgniarka, z nadzieją, że w końcu chłopak obudzi się ze śpiączki. Nie mogłem w to uwierzyć.

Dwóch kibiców wyszło z letargu, gdy byliśmy w szpitalu. Dzięki temu poczuliśmy się znacznie lepiej. Nie jestem bardzo religijnym w sensie chodzenia do kościoła, ale wierzę w przeznaczenie, siły wyższe i większe dobro. To było bardzo pouczające doświadczenie. Jeden zapytał, ‘Jaki jest wynik?’, potem zobaczył Aldo i powiedział ‘John Aldridge!? Co się dzieje?!’ Potem zaczął się uśmiechać. Pomyślał, że piłkarze Liverpoolu przyszli go odwiedzić w domu. Kolejny się obudził i zaczął skakać. Każdy to usłyszał i jak najszybciej wszyscy podbiegli do łóżka. Otworzył oczy i zobaczył Petera Bardsleya i mnie, jak się na niego patrzymy. Nie mógł w to uwierzyć. Żaden z nich nie miał żadnych wspomnień z tego, co się wydarzyło na Leppings Lane. Zapadli w śpiączki z powodu ciężaru, który ich przygniótł. Ich ostatnim wspomnieniem było to, jak wybierali się na mecz piłki nożnej.

Jeśli kiedykolwiek potrzebowałem, by ktoś mi przypomniał, jak ważna jest rodzina to Hillsborough i wydarzenia ze szpitala to uczyniły. Byłem tam tak naprawdę tylko chwilę, ale i tak było to niezwykle poruszające. Większość rodziców byłą tam już od soboty wyczekując przez kolejne bolesne godziny, aż ich dziecko się obudzi. Tam po prostu siedzieli, rozmawiając z pociechami i modląc się do Boga, że ich dziecko jeszcze otworzy oczy. Wiem, że jeśli znalazłoby się tam jedno z czworga moich dzieci to nigdy nie straciłbym nadziei, że w końcu się obudzi. Znając moją ukochaną córkę Jasmin, gdyby kiedykolwiek była w śpiączce, jestem pewien, że wyzdrowiałaby gdybym do niej ciągle mówił.

Ogromny szacunek należy się rodzicom ofiar Hillsborough, a ja niemal ich podziwiam. Byli tacy silni, gdy zawalał się im cały świat. Dla rodziców piłkarze byli kimś, dla kogo ich dzieci mogą wrócić do życia. Nigdy nas nie obwiniali za to, że ich dziecko leży nie przytomne i żyje dzięki jakieś maszynie. Zrobiliśmy, co było w naszej mocy, ale nie można było oczekiwać od nas cudów. To było niesamowite, gdy tych dwóch chłopców obudziło się w naszej obecności. Ciężko było chodzić obok tych rodziców, których dzieci ciągle leżały w śpiączce. Gdy Ci dwaj się obudzili ludzie oczekiwali, że nagle wszystkie dzieci zaczną się budzić, jak w filmie otworzą oczy i powiedzą ‘Cześć, co słychać?’ Jednak życie nie jest filmem z Hollywood. Po trzech godzinach wróciliśmy do autobusu. W drodze powrotnej wszyscy byliśmy bardzo podekscytowani. Ta wizyta tak bardzo nam pomogła. Rozmawialiśmy o wszystkim, co się wydarzyło w szpitalu, o chłopcu, który się obudził i spytał o wynik meczu, o jego niezwykle przeszczęśliwych rodzicach.

Wtedy rodziny, tych którzy odeszli w Hillsborough zaczęli przychodzić na Anfield. Spotkanie z nimi to naprawdę wyjątkowe doświadczenie. Ich krewni zginęli kibicując Liverpoolowi i oni tu przyszli, nie mogli uwierzyć w to, że idą do pomieszczeń dostępnych tylko dla piłkarzy. Większość płakała. Wielu mówiło: ‘On marzył, żeby tutaj się znaleźć, rozmawiać z Johnem Barnesem w samym środku Anfield.’ Mówiłby ‘Powinienem tu być, ponieważ kocham Liverpool’. Tak wielu pogrążonych w żałobie rodziców zaobserwowało, że ich dzieci byłyby w takiej sytuacji zazdrosne. Ja nie tyle, co byłem poruszony ich tak emocjonalną reakcję na przebywanie na Anfield, ale było mi nawet głupio. Nie wiedziałem, jak się zachowają wobec mnie. Rodziny nigdy mnie nie obwiniały. Mogli przecież mówić: ‘Mój bezcenny syn poszedł, żeby obejrzeć, jak grasz w piłkę i już nie żyje, a ty ciągle masz pieniądze, samochód, dom.’ Ale nikt tak mi nie powiedział. Tak bardzo doceniali to, co zrobiliśmy, jak wiele znaczyliśmy dla tych, co odeszli. Spotykając się z rodzinami ofiar na Anfield, myślałem o tym, że ich krewni zginęli przez nas. Jednak rodziny były bardzo wdzięczne i wyglądało na to, że to wszystko ich przytłacza. Przychodzili na Anfield, siadali i mówili: ‘To jest jedyne miejsce, w którym jesteśmy szczęśliwi.’

Pamiątki ludzie zostawili nie tylko na Anfield. Przechadzałem się po Parku Stanleya i widziałem wiele szalików Evertonu ze sobą powiązanych. Sięgały od Goodison Park po Anfield, były symbolem zjednoczenia obu klubów. Wszyscy kibice futbolu byli zjednoczeni w żałobie. Nawet, ci z Manchesteru United wyrazili współczucie. Każdy kibic miał powód, by się smucić. Każdy wiedział, że równie dobrze to mógł być on na trybunach w środku tragedii. Kilku polityków przybyło na Anfield, by złożyć hołd poległym. Byłem zadowolony, że przyszło ich wielu. Hillsborough i cała żałoba nie miały nic wspólnego z polityką. Jeśli by się tym zainteresowali to byłby to tylko chwyt, by zdobyć sobie wyborców. Politycy nie mają prawa reprezentować się na Anfield.

Nigdy wcześniej nie byłem na pogrzebie. Pierwszym na jaki poszedłem był pochówek Gary’ego Churcha (syna Dave’a i Maureen Churchów) w Merseyside. Kenny, Gary Ablett, John Aldridge, Gary Houghton i ja byliśmy na tym pogrzebie. Liverpool chciał, żeby na każdej ceremonii było przynajmniej dwóch piłkarzy. Poszczególni piłkarze byli zapraszani przez rodziny zmarłych, więc niektórzy poszli na więcej pogrzebów, niż inni. Większość z nas wolało iść razem. Czuliśmy się wtedy mnie wyobcowani. Byłem na pięciu pogrzebach sam, i na trzech z innymi piłkarzami. Poszedłem na każdy pogrzeb, na który mnie zaproszono. Jeździłem do Londynu, do Bromsgrove, po całym kraju na te osiem pogrzebów. Ostatni był równie trudny, jak pierwszy.

Na Anfield relacje pomiędzy piłkarzami, a rodzinami zmarłych były dobre, pozytywne, ale na pogrzebach już nie. Wszyscy płakali ja siedziałem słuchając otaczających mnie szlochów, głosu rodziców, którzy nie potrafili sobie z tym poradzić, uczucie żałoby otaczające wszystkich zgromadzonych w kościele. Przypomniały mi się emocje towarzyszące Hillsborough i kolejnym dniom, uczucie winy. Naprawdę czułem, że powinienem być w tym kościele, w środku czyjejś tragedii. To były najsmutniejsze dni, jakie można sobie wyobrazić. I ja tam byłem wśród, załamanej śmiercią dziecka rodziny, nikogo nie znałem. Prawdziwi przyjaciele siedzieli z tyłu, a oni byli tymi, którzy go kochali. Musiała denerwować ich moja obecność, widok Johna Barnesa, który pełnił rolę, jakiegoś bohatera.

Dla mnie niezwykle ważne było to, że mogłem choćby w najmniejszy możliwy sposób pomóc tym rodzinom. Dlatego właśnie zdecydowałem się nie zagrać w meczu Anglii przeciw Albanii 26 kwietnia. To kolidowało z pogrzebem. Ludzie pisali, że nie doszedłem jeszcze do siebie pod względem emocjonalnym. To była nieprawda. Fizycznie i psychicznie byłem gotowy do gry. Jeśli tego dnia nie byłoby pogrzebu, to bym zagrał. Jednak pogrzeby był znacznie ważniejszy od meczu Anglii. Nigdy nie mówiłem, że ludzie grali w piłkę zbyt wcześnie po tej tragedii. To była kwestia czasu.

Piłkarze rozmawiali o pogrzebach po treningach, ale nikt nie poruszał tematu emocji z tym związanych. Każdy piłkarza na swój sposób próbował sobie poradzić z widokiem rodzin pogrążonych w żałobie. Żaden piłkarz nie otworzył się. Nikt się mnie nie pytał ‘Digger, jak sobie radzisz?’ i ja także nigdy takiego pytania nie zadałem. Wszyscy radziliśmy sobie z Hillsborough na swój własny sposób.

Słyszałem, że po tej tragedii społeczeństwo zaczęło inaczej odbierać moją osobę. Nie wiem, jakim widzieli mnie ludzie wcześniej, ale denerwuje mnie to, jeśli ludzie myśleli, że nie potrafię współczuć. Ludzie nie komplementują mnie, gdy mówią, „Byłeś dobry podczas Hillsborough”. Jednak od razu, jak założyłem koszulkę Reprezentacji Anglii zaczęli mnie znowu wygwizdywać. Zawsze zachowywałem dystans do spraw związanych z futbolem. Hillsborough po prostu potwierdziło prawdę o mnie i utwierdziło mnie w miłości do mojej rodziny.

John Barnes

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON