Postacie » Kevin Keegan

Część X

Koniec sezonu 1978/1979, mojego drugiego w Hamburgu, oznaczał wypełnienie kontraktu i możliwość przenosin do Juventusu. Również Real Madryt okazywał wielkie zainteresowanie moją osobą. Był to początek ery agentów piłkarskich i choć nie było ich tak wielu jak obecnie, kilku kontaktowało się ze mną w imieniu różnych klubów z kontynentu.

Byłem najlepszym zawodnikiem roku w Europie i łakomym kąskiem dla wielu, więc decyzja należała tylko do mnie. Jednak Hamburg zdobył drugie z rzędu mistrzostwo i liczyłem na kolejny sukces w Pucharze Europy. Mieliśmy skład z dużym potencjałem, wzmacnialiśmy odpowiednie pozycje, co mogło sprawić, że stalibyśmy się wybitnym zespołem. Jednakże Hamburg był klubem dużym, lecz nie wielkim i naturalne były pewne ograniczenia finansowe.

Pośród wielu ofert, które otrzymałem, była jedna z USA, konkretnie z drużyny Washington Diplomats. Ameryka nie jest może piłkarską potęgą, jednak inwestowano tam w futbol wielkie pieniądze, więc perspektywy wydawały się zachęcające. Na bieżąco informowałem o wszystkim Gunthera Netzera i był on tak chętny by mi pomóc oraz zatrzymać na kolejny rok, że zaoferował mi kontrakt, umożliwiający grę zarówno w Niemczech, jak i za oceanem. Był przygotowany, by zwolnić mnie z kontraktu na pewien czas i dać szansę na zarobienie pieniędzy, a potem wrócić do Hamburga w momencie rozpoczęcia kolejnego sezonu. Negocjacje z Gordonem Bradleyem zależały już ode mnie. Byłem świadomy, że czekał mnie ciężki rok. Nie miałbym przerwy od futbolu, a gdyby coś poszło nie tak, potraktowano by mnie podobnie do osoby stojącej pod pręgierzem za bycie zbyt zachłannym. To była gorsza strona. Lepsza to fakt, iż byli gotowi mi zapłacić ogromną sumę 250 tys. funtów za zaledwie cztery miesiące pracy. Takie pieniądze miał dostać pewien chłopak z Donny (Doncaster - przyp.tł.).

Kiedy byłem już gotów na lot Concordem do Waszyngtonu, aby przed kamerami podpisać swój kontrakt, wracając do Niemiec na sobotni mecz napotkałem na zmieszanego i zakłopotanego Netzera, który powiedział mi, ze odkrył główny problem. Doszło do zmiany w przepisach, która umknęła jego uwadze. Jeśli zagrałbym w Stanach, wykluczyłoby mnie to z udziału w Pucgarze Europy aż do półfinałów. To nie była dobra wiadomość. Całe zamieszanie z pozostaniem w Hamburgu na trzeci rok miało na celu ponowne zdobycie tego trofeum, a teraz możliwe było, że drużyna odpadnie z niego zanim dostanę szansę na grę. Powiedziałem, że decyzja podjęta musi zostać szybko, ponieważ powinienem poinformować ludzi w USA o swoich zamiarach, zwłaszcza jeśli obiecałem im już swoje usługi. Netzer przyznał, że martwił się swoim niedopatrzeniem tak bardzo, iż nie myślał o niczym innym przez kilka dni. Ostatecznie zadecydował: zapłaci mi całą kwotę, o jaką większa byłaby moja pensja w Ameryce od tej w Niemczech. Innymi słowy, był gotów na wydatek w wysokości 250 tys. funtów. W jednej chwili podwoiłoby to moją pensję. W zamian za to, miałem oddać się klubowi i umożliwić Netzerowi oraz Hamburgowi używanie mojego nazwiska.

Prawdopodobnie był to pierwszy w historii futbolu kontrakt zawarty ustnie. Pracowałem dla naszego głównego sponsora, BP, pojawiając się w telewizji i reklamach jako "Super kev" w czasie, gdy cała Europa uczyła się życia w trybie energooszczędnym. Otwierałem sklepy i spotykałem się z publicznością, by pomóc Guntherowi w odzyskaniu tak wielu pieniędzy, jak to było możliwe. To ciężka praca, jednak nie tak, jak gra w piłkę przez dwanaście miesięcy. Uczyniła mnie również najlepiej opłacanym piłkarzem w Europie, choć i tak prawdopodobnie zostałbym nim nawet bez nagłego zastrzyku gotówki. Nie chodziło tylko o wysoką pensję, również premie za zwycięstwa były korzystne. Dalekie od tego, co otrzymywałem w Liverpoolu i niczym z innego świata w porównaniu do zarobków w Scunthorpe.

Korzyść wynikała z faktu, iż w Hamburgu i Niemczech wierzono, że nagradzanie sukcesu wiąże się z dużymi zyskami finansowymi. Tak więc, co niezwykłe, zarobki i premie, bez dużego wysiłku, były znakomite. Zawodnicy wykorzystują okres przygotowawczy na spotkania i rozmowy w sprawie swych żądań. Na pierwszym, w którym brałem udział, nie mogłem zrozumieć, o co chodzi, więc tylko siedziałem, udawałem, że jestem zainteresowany i wiem na czym to polega. Gdy wspomniano o nagrodzie w wysokości 3 tys. marek niemieckich, nadstawiłem uszu. Przeliczając na brytyjską walutę, byłoby to około 750 funtów, więcej niż pensja i premie w Liverpoolu. Miałem szczęście: nigdy nie goniłem za pieniędzmi, odkąd otrzymałem w Liverpoolu pięciofuntową podwyżkę. Nie prosiłem o więcej, niż moim zdaniem mi się należało. O ile mi wiadomo, Hamburg gotowy był zaoferować 500 tys. marek, jeśli odrzuciłbym pierwszą propozycję. Z drugiej strony wiedziałem, że jeśli ofertę uznaje się za niedorzeczną, rzadko dostaje się drugą szansę.

Najtrudniejszy był powrót do Gordona Bradleya i Ameryki oraz oznajmienie, że ostatecznie nie dołączę do ich zespołu. Musiałem sam to zrobić i nie wywoływało to mojego entuzjazmu. Co oczywiste, byli zmartwieni, jednak zastępstwo znaleźli w osobie Johana Cruyffa. Zawsze zastanawiałem się, czy Cruyff wiedział, że był dla nich opcją rezerwową! Kto wie? Może the Dips byli bardziej zachwyceni pozyskaniem znakomitego duńskiego gracza zamiast mnie. Patrząc z perspektywy czasu widzę, że wszystko zadziałało tak, jak powinno. Ciężki trening w Hamburgu, podróż i spełnienie oczekiwań w Ameryce, nie wspominając o grze na sztucznej nawierzchni, byłyby z pewnością wielką ceną. Mówiąc szczerze, jednym z czynników, które popchnęły mnie do działania, musiała być zachłanność.

Gunther Netzer był jednym z najuczciwszych i najbardziej wartych zaufania ludzi, z jakimi miałem okazję współpracować podczas swojej kariery. Miałem szczęście spotkać wielu honorowych ludzi, jednak jemu nie dorównywał nikt. Wypełnił każdą złożoną mi obietnicę. W rzeczywistości, właśnie Hamburg stał się jedynym klubem w jakim grałem, który w czyny zamienił wszystkie słowa (pomijając początkowe problemy z Dr Krohnem). Zawsze, gdy odchodzisz, pojawiają się drobne problemy, ale nie są warte zamieszania i psucia wzajemnych stosunków. W Niemczech nie było tego problemu. Hamburg, podobnie jak wcześniej Liverpool, wiedział, że zostaję tylko na jeden rok i miał aż za nadto czasu , by znaleźć zastępstwo. W rzeczywistości, Niemcy zaakceptowali tą decyzję w znacznie lepszy sposób niż Anglicy. Szanowali moją decyzję o powrocie do kraju i traktowali w sposób, w jaki chciałbym, aby traktowano niemieckiego piłkarza grającego w Anglii. Oczywiście, są idioci i ludzi denerwujący na różne sposoby, jednak Niemcy jako naród starają się, aby wykonywać wszystko jak najlepiej, niezależnie czy mówi się o sporcie, czy życiu ogółem. Ta dyscyplina przekłada się na ich piłkarzy, a rezultaty to sukcesy w mistrzostwach Europy i świata.

Pomijając problemy z kolegami na początku mojej gry w Hamburgu, tamte trzy lata wiążą się tylko z dobrymi wspomnieniami. Byłem we właściwym miejscu w odpowiednim czasie. Pod każdym względem, Niemcy były właściwym wyborem. Oczywiście, tęskniliśmy za niektórymi rzeczami: spacerami wzdłuż walijskiego wybrzeża w niedzielne poranki, angielskimi pubami z ogniem palącym się zimą w kominku, przepełnionymi śmiejącymi się ludźmi, którzy grali w lotki lub karty. Mieliśmy to wszystko w pamięci, poza tym i tak nie byłem najczęstszym bywalcem w pubach, a w Niemczech pokonywaliśmy na spacerach z psami dystanse dłuższe niż kiedykolwiek w Anglii czy Walii. To po prostu obrazy, które malują się w myślę, gdy jest się daleko od "domu". Nasz dom w Schlezwig-Holstein przypominał raczej życie na wsi, podobnie jak godziny mojej pracy: w Niemczech rzadko trenuje się z rana, częściej o 3 po południu. Nie rozgrywaliśmy tak wielu spotkań jak w Anglii, a przerwa zimowa pozwalała na spędzenie długiego czasu z rodziną.

Jedyny moment, kiedy zatęskniliśmy za Wielką Brytanią miał miejsce w 1978 roku, kiedy urodziła się nasza córka, Laura. Wszelkie udogodnienia i cala otoczka były w Niemczech jak najlepszej jakości, jednak dla Jean było to trudne. Niezależnie, jak dobrze znasz lokalny język, terminologia medyczna jest czymś zupełnie innym i zawsze istnieje obawa, że coś zostanie nieprawidłowo przetłumaczone. Najgorsze chwile nadeszły, kiedy niemal straciliśmy dziecko. Krótko po jej narodzinach, powróciła do szpitala, gdyż zdiagnozowano u niej wirusa. Wszyscy obawialiśmy się o jej życie przez cztery czy pięć dni. Laura znajdowała się w pierwszej sali na najwyższym piętrze, a gdy przychodziliśmy, by ją zobaczyć, dawało się usłyszeć urządzenie pomagające jej w oddychaniu. Pewnego dnia nie było żadnego dźwięku. Możecie sobie wyobrazić, co przyszło nam do głów. Pospieszyliśmy na górę i odkryliśmy, ze przeniesiono ją w inne miejsce oddziału, ponieważ jej stan uległ nieznacznej poprawie. To były najgorsze momenty w moim życiu.

Zakończeniu mojego ostatniego sezonu w Hamburgu nie towarzyszył najlepszy klimat. Przez cały sezon walczyliśmy z Bayernem Monachium o mistrzostwa kraju, które ostatecznie przegraliśmy i chociaż dotarliśmy do finału, potknęliśmy się na ostatniej przeszkodzie, jaką było Nottingham Forest. Było to gorzkie rozczarowanie. Dużo gorsze od pozbawienia tytułu przez Bayern, od którego przed rokiem okazaliśmy się lepsi. Tamten sezon, 1978/1979 był zupełnie inny. Zabraliśmy nagrodę za mistrzostwo na przejazd ulicami miasta. Ten dzień był niezwykle wzniosły. Te zwycięskie marsze były trochę jak marzenie i przez całą tą otoczkę, człowiek czuł się po części zepsuty. W Liverpoolu miało się wrażenie, jakby wracało się do starożytnego Rzymu. Przypominaliśmy odrobinę wojowników powracających ze zwycięskiego podboju ze złotem i zdobyczą, która padła naszym łupem, w tym przypadku, pucharem. Kończyliśmy w ratuszu miejskim, rzadko używanym przez kogokolwiek. Przypominał on trochę miejsce z filmu "Spartakus", które gościło jedynie wyjątkowe wydarzenia, a stojąc na balkonach mielibyśmy pozdrawiać tłum. W Liverpoolu trasę z lotniska pokonywaliśmy w otwartym autobusie, w Hamburgu rolę tą pełniły pozbawione dachu jeepy. Były to wspaniałe wydarzenia dla mnie i, jak sądzę, dla całego miasta. Nie zdobyli tytułu od 19 lat.

W kolejnym sezonie drogę do finału uświetniło kilka niezwykłych spotkań, zwłaszcza pokonanie Dynamo Tibilisi, gruzińskich mistrzów ZSRR, których określano mianem następnego wielkiego klubu. Stwierdzenie to nie było wyolbrzymione, biorąc pod uwagę fakt, iż w 1. rundzie zdeklasowali Liverpool, kiedy po porażce na Anfield 2:1, wygrali u siebie 3:0. Wylosowano ich jako naszych rywali w następnym etapie rozgrywek, jednak udało nam się odwrócić sytuację na swoją korzyść. W Hamburgu zwyciężyliśmy 3:1, a 3:2 na wyjeździe, a mi udało się w obu tych meczach wpisać na listę strzelców. W ćwierćfinale mierzyliśmy się z kolejnym trudnym rywalem, mistrzem Jugosławii, Hajdukiem Split. Zwycięstwo dały nam gole na wyjeździe. Kolejny przeciwnik, znakomita drużyna Realu Madryt, sprawiła nam na Santiago Bernabeu lanie w postaci wyniku 2:0, a autorem obu bramek był Santillana. Eksperci sądzili, iż Królewscy zrobili wystarczająco dużo, by zapewnić sobie miejsce w finale, który miał zostać rozegrany na ich stadionie. Przestraszyliśmy ich jednak, gdy przybyli do Hamburga i zmietliśmy z powierzchni ziemi, zwyciężając 5:1. Honorową bramkę zdobył dla nich mój kolega z reprezentacji Anglii, Laurie Cunningham. Dwa trafienia Manny'ego Kaltza i kolejne dwa Horst Hrubescha zraniły ich tak bardzo, że zdjęli nawet swojego bramkarza.

Chociaż nie udało mi się znaleźć drogi do siatki, te mecze były wspaniałym występem całego zespołu, który stał się faworytem potyczki z obrońcami tytułu, Nottingham Forest Briana Clougha. Przed rokiem trofeum to zapewnili sobie pokonując Malmo, a w 1. rundzie znokautowali Liverpool. Tym razem wygrywali z Oester Vaxjo 3:1 w dwumeczu, Arges Pitesti 4:1, Dynamo Berlin 4:1 i Ajax 2:1. Była to nieporównywalnie łatwiejsza w porównaniu do naszej droga, jednak nie można było ich ignorować, zwłaszcza po tym jak przegrywając 1:0 we wschodnich Niemczech, udało im się niepodziewanie odnieść zwycięstwo.

Byliśmy faworyzowani, a to odpowiadało Clough'owi i jego piłkarzom. Uwielbiali, gdy postrzegano ich jako słabszy zespół i mogli podbudowywać nas, mówiąc jak ciężka będzie potyczka z nami, choć dadzą z siebie wszystko. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że finał pomiędzy dwoma chętnie atakującymi drużynami mógł być niezwykle pasjonujący. W rzeczywistości wydarzenie to okazało się nudnym pokazem anty-futbolu. Przed meczem często zastanawiałem się, dlaczego rywale nie atakowali się wzajemnie, jak miało to miejsce w przypadku Liverpoolu i Borussii Moenchengladbach. Potem odkryłem, jak do tego doszło. Byliśmy tak samo winni jak ci, którzy nie pozwolili nam na stworzenie poczucia strachu i stłumili wagę spotkania.

Środkowi obrońcy Forest, Kenny Burns i Larry Lloyd grali tamtej nocy wybitnie. Unieszkodliwili mnie i wielkiego Hrubescha. Nawet mimo tego, iż stworzyliśmy najwięcej sytuacji, przeciwnicy wykorzystali jedyny i w dodatku kiepskiej jakości strzał oddany ww 21. minucie przez szkockiego skrzydłowego, Johna Robertsona. Nasz bramkarz, Rudi kargus był zazwyczaj niepokonany z dystansu, dlatego bardzo odczuliśmy stratę gola po takim uderzeniu.

Mówią, że nie można wygrać wszystkiego. Opuszczając Anglię byłem na fali i być może oczekiwałem od losu zbyt wiele. Liczyłem, że jako pierwszy piłkarz zdobędę Puchar Europy w Anglii i Niemczech, ale tak się nie stało. Po finale w Madrycie nie udało mi się pójść śladami Bertiego Vogtsa, który wziął udział w bankiecie Forest. Jak już wspominałem, jestem kiepskim przegranym i porażka zbyt mnie przybiła. Nie byłem też miłośnikiem Nottingham Forest. Jedynym pocieszeniem był fakt, że choć nie zdobyłem pucharu z Hamburgiem, trafił on do angielskiego klubu. Następnego dnia natknąłem się na zawodników Forest na lotnisku, uścisnąłem im dłonie i życzyłem wszystkiego najlepszego. Szczęśliwy ciąg dalszy tej historii mówi, że trzy lata później SV Hamburg zdobył wreszcie Puchar Europy, pokonując w finale w Atenach 1:0 Juventus. Byłem zachwycony ich sukcesem i czułem, ze pozostawiłem w klubie swoją spuściznę.

Był to dla mnie wspaniały czas. Znakomicie wiodło mi się na boisku i poza nim, zyskałem w Niemczech szacunek nie tylko za to, w jaki sposób przywykłem do tamtejszego stylu gry, ale również za to jak zadomowiłem się w codziennym życiu. Odniosłem również małe zwycięstwo nad swoimi rodakami. Gdy wyjeżdżałem do Niemiec, ludzie spodziewali się porażki i powrotu po sześciu miesiącach z podkulonym ogonem. Generalnie mówiono, że nie przetrwam tak długo jak Jimmy Greaves i Denis Law. Jednak ci, którzy mnie krytykowali nie znali mnie. Możliwe, że im więcej gorzkich słów słyszałem na swój temat, tym większa była moja determinacja. Nie przejmowałem się ich uwagami, to wręcz powodowało u mnie wzrost adrenaliny. Myślę, że mój sukces w Niemczech otworzył drzwi innym piłkarzom, gdyż do tej pory Anglicy nie cieszyli się reputacją jako "podróżnicy".

Myślę, że dla wielu dwie nagrody dla najlepszego piłkarza Europy byłyby wystarczające, by przywdziać koronę zwycięzcy. Wspaniale było je otrzymać i jestem dumny ze swojego osiągnięcia, niemniej jednak nie znaczą one dla mnie tyle, co dla większości osób. Inne zdobycze - mecze w reprezentacji Anglii, tytuły mistrzowskie i Puchary Europy są cenniejsze. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż wybranie kogoś najlepszym piłkarzem kontynentu zależy od wielu czynników, na które zwyczajnie nie ma się wpływu. Wszystko musi dziać się na twoją korzyść. Oczywiście, trzeba grać odpowiedni dobrze, włączając w to spotkania w barwach swojego kraju, ale przeważnie chodzi także o to, by grać w zwycięskim zespole. Na szczycie tej drabinki są dziennikarze, którzy muszą być ci przychylni. Wszystkie te elementy zadziałały w latach 1978 i 1979. Muszę powiedzieć, że gdy patrzę na listę zdobywców tego wyróżnienia: Michel Platini i Johan Cruyff, których laureatami wybierano trzykrotnie, Bobby Charlton, George Best, Franz Bexkenbauer, Stanley Matthews, Eusebio, Gianni Rivera, Raymond Kopa, Alfredo di Stefano - moje prezentuje się najgorzej, jeśli brać by pod uwagę piłkarskie umiejętności. W pewien sposób sprawia to, iż czuję się jeszcze bardziej dumny z tego, co osiągnąłem. Wyglądałem przy nich jak kundelek na wystawie rasowych psów, a mimo wszystko udało mi się zdobyć tą nagrodę w ciągu dwóch kolejnych lat.

Wspaniałe w futbolu i życiu po zakończeniu kariery jest to, że ludzie nie pamiętają słabych meczów. Mogą wspomnieć co prawda o niewykorzystanym strzele głową podczas meczu mistrzostw świata przeciwko Hiszpanii, kiedy wszedłem na boisko jako rezerwowy, ale przeważnie przywołują najlepsze momenty. Inaczej sprawa ma się, gdy wciąż grasz. Alan Shearer był krytykowany przez wszystkich za każdą pomyłkę w bramkowej sytuacji tylko ze względu na kwotę, jaką za niego zapłaciłem, jednak gdy jego buty zawisły na kołku, ludzie wspominali tylko jego hat-tricki i występ na Euro 96. Tak powinno to wyglądać. Każdy momentalnie wyrabia sobie opinię, jednak jest coś, czego nie widzi się z zewnątrz. Mowa o szczęściu i pechu, które odgrywają wielką rolę w życiu piłkarza. Ja miałem go wiele, dostając okazję na przenosiny do Hamburga. Dr Krohn pragnął pozyskać piłkarza grającego w angielskim stylu i zdecydował się na mnie, choć wkrótce stracił swoją posadę. Gdyby żył wtedy mój tata, bardzo możliwe, ze nawet nie rozważyłbym tej propozycji, ponieważ byłby pewnie tak wielkim jej przeciwnikiem. Był z innej epoki, w której słowo Niemiec oznaczało tyle samo, co wróg. Ja jednak nie żałowałem: mój pobyt na kontynencie pozwolił na wytyczenie nowych ścieżek i obalenie kilku mitów. Mimo tego, miałem trochę pecha: Newcastle United przegrało walkę o tytuł w sezonie 19995/1996, ponieważ opuściło nas szczęście. Przegrywaliśmy mecze, które powinniśmy byli wygrać, błędy popełniałem ja, popełniali je też inni, a pod koniec po prostu zaczął prześladować nas pech. Jestem przekonany, że właśnie to, bardziej niż cokolwiek innego, zadecydowało o zdobywcy tytułu. Szczęścia potrzeba we wszystkim.

Nawet teraz, po prawie 20 latach, wciąż otrzymuję wiele propozycji powrotu do niemieckiego radia czy telewizji, podobnie jak miało to miejsce w Anglii. Miałem możliwość, by pracować dla niemieckiego ITV podczas Euro 96, a Hamburg to jedyny klub, jakiego mógłbym być menedżerem. Ofertę złożono mi kilka tygodni po tym, jak opuściłem Newcastle. Sam Uwe Seeler, obecny prezydent klubu, powiedział mi, że chcieli mnie zatrudnić. Muszę wyznać, że bardzo kusiła mnie perspektywa pracy z Uwe, jednak pojawiło się zbyt wiele czynników, które sprawiły, że stało się to nie możliwe i musiałem powiedzieć nie. Życzyłem jemu i klubowi powodzenia w przyszłości. Były ty słowa prosto z serca.

Autor: Olka

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON