Postacie » Kevin Keegan

Część II

Byłem częścią szesnastoosobowego zespołu, który wybierał się do Skandynawii na dwutygodniowy tour na zakończenie sezonu. Dla wielu były to prawdopodobnie trzy niepotrzebne mecze, ale jeśli o mnie chodzi, był to mój start w Liverpoolu i zarazem moja wielka szansa. Kilku zawodników, w tym Tommy Smith i Emlyn Hughes, było na zgrupowaniach kadr narodowych, więc miałem okazję do gry.

Podszedłem do tego poważnie, podczas gdy dla wielu była to po prostu posezonowa zabawa. Przegraliśmy pierwsze spotkanie 3-2 w Aarhus, następnie pojechaliśmy do Lulea, gdzie wygraliśmy 5-0, a ja strzeliłem swoją pierwszą bramkę w koszulce Liverpoolu. Powtórzyłem to w kolejnym zwycięstwie 4-0 w Sundsvall, po którym zostałem również wybrany piłkarzem meczu. Liverpool był i wciąż jest ogromnie popularny w całej Skandynawii, a lokalni kibice podchodzili do mnie po meczach i grzecznie pytali kim jestem i jak długo jestem w klubie. Wszyscy, na to wyglądało, chcieli rozmawiać, nawet podczas pomeczowych bankietów nie miałem spokoju. Wtedy to zacząłem uczyć się trochę o innych kulturach.

Wspominam zachwyt jedzeniem, szczególnie tamtym pięknym mięsem, o które pewnego razu niewinnie spytałem. Odpowiedź - konina - zwaliła mnie z nóg do końca dnia. Kocham konie i przewracało mi się w żołądku, kiedy pomyślałem, że jadłem jednego.

Po zakończeniu trzy-meczowego touru poczułem, że zaczynam się przebijać. Pozostali zawodnicy zaakceptowali mnie i fakt, że mogę grać. Byłem bardzo podekscytowany nadchodzącymi wakacjami, nie mogłem się doczekać przedsezonowych treningów. W czasie lata dbałem o kondycję i nie mogłem być w lepszej dyspozycji, kiedy wróciłem. Pierwsza drużyna, razem z Billem Shanklym, pojechała na przygotowania do Niemiec, podczas gdy ja zostałem na miejscu z rezerwami pod czujnym okiem i niemiłym Ronnie Moranem. Czułem się prawie tak, jak w Scunthorpe, ponieważ pierwszy mecz graliśmy z Tranmere. Maraton w pucharze z zeszłego sezonu pozostawił coś po sobie, szczególnie iskrzyło pomiędzy mną a Johnnym Kingiem, nie tylko dlatego, że Scunthorpe ostatecznie pokonało ich w trzecim meczu na Goodison Park. Tym razem Rezerwy Liverpoolu wygrały 2-1, a zwycięski gol padł po rzucie karnym, podyktowanym po faulu na mnie. Ronnie Moran nie był jednak zachwycony moim występem i szybko skrytykował mój brak dyscypliny w linii pomocy.

W kolejnym meczu, przeciwko New Brighton, zdobyłem bramkę i zostałem przesunięty z pomocy do ataku na spotkanie z Southport. Strzeliłem obie bramki i zwyciężyliśmy 2-1, a co najważniejsze oglądał nas Bill Shankly, który wrócił już wtedy z przedsezonowego wyjazdu za granicę zmartwiony tym, że jego drużyna ma kłopoty z trafianiem do siatki. W rezultacie znalazłem się w pierwszym zespole w tradycyjnej grze Liverpoolu z rezerwami w Melwood, którą zazwyczaj wygrywają ci drudzy, bo mają o wiele więcej do udowodnienia. Sądzę, że zostałem powołany do "pierwszych" by dać innym, jak Alun Evans za 100 tysięcy funtów, kopniaka w tyłek, więc nie czułem żadnej presji i odnieśliśmy zwycięstwo 7-0. Zdobyłem hattricka, John Toshack strzelił dwie. Przez większość spotkania grałem przeciwko Royowi Evansowi, który jest obecnie menedżerem Liverpoolu. Musiałem wyglądać dobrze, bo kilku chłopaków powiedziało, że spodziewają się mnie na spotkanie otwierające sezon przeciwko Nottingham Forest w sobotę. Jednakże nikt ze sztabu trenerskiego nie pisnął słówka.

W czwartek Shanks osobiście przyszedł do mnie i zapytał jak się czuję na Anfield. Powiedziałem mu, że fantastycznie. - Czujesz to? - zapytał. - Lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. - Gdzie chcesz grać w sobotę, dla pierwszej drużyny czy dla rezerw?. - Nie przyszedłem do Liverpoolu, aby grać w pańskich rezerwach - odparłem.

Po tych słowach wysłał mnie na filiżankę kawy i kiedy w piątek drużyna pojawiła się w Melwood, był tam "Kevin Keegan" pod numerem 7. To była bajka. To się po prostu nie zdarzało: nikt nie przychodzi do Liverpoolu i od razu nie wskakuje do zespołu - przynajmniej nie wtedy. Nie zagrałem z rezerwami ani jednego meczu w Central League i nigdy nie zrobiłem tego później, podczas całego mojego czasu spędzonego na Anfield. Nawet po kontuzji albo zawieszeniu wracałem prosto do pierwszej drużyny.

To był wielki dzień dla wszystkich. Zadzwoniłem do mojego taty i do Jean, a cała rodzina zrobiła wycieczkę w sobotę, razem z moim bratem Mike'em i moją siostrą Mary. Wszyscy byli. A mało brakowało, a wcale bym nie zagrał.

Moje mieszkanie znajdowało się zaledwie dziesięć minut od stadionu - w normalny dzień. Zapomniałem wziąć pod uwagę, że kilka tysięcy innych osób będzie podróżować tą samą drogą. Z czasem stawałem się coraz bardziej nerwowy, przepychając się przez tłum, a sprawy przybrały jeszcze gorszy bieg, kiedy dotarłem do barierki i wyjaśniłem policjantowi, że jestem piłkarzem Liverpoolu. Słyszał to już wiele razy wcześniej. "Oczywiście, że jesteś, synu", zaśmiał się. "A ja za minutę muszę iść po moją koszulkę Forest. Idź na około z całą resztą".

Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do tego ścisku, anonimowy dzieciak w Fordzie Cortina. Nie dostałem nawet przepustki na na parking, więc musiałem się sporo nagadać, by przejechać koło stewardów i dostać się pod stadion, gdzie czekał na mnie Shanks. Byłem dwadzieścia pięć minut spóźniony na zbiórkę przed swoim pierwszym meczem i nie był on z tego powodu specjalnie zadowolony. Kazał mi iść się przebrać, więc popędziłem prosto do szatni, przedrzeźniany przez resztę chłopaków. Ale kiedy wychodziłem, Shanks powiedział do mnie: "Idź i baw się dobrze, synu."

Ten człowiek zawsze wydawał się mówić właściwe rzeczy we właściwym czasie. Łączyła nas bardzo, bardzo wyjątkowa relacja. Czułem, że byłem z nim tak blisko, jak żaden inny zawodnik. Byliśmy obaj synami górników i sądzę, że widział we mnie młodszego siebie. Zwierzaliśmy się sobie. I w futbolowym sensie adoptował mnie. Bardzo niewiele mówił mi na temat sposobu, w jaki powinienem grać, woląc pozwolić mi robić to po swojemu, chociaż pewnego dnia, kiedy przygotowywałem się do wyjścia, powiedział: "Eh, synu, po prostu wyjdź i rzucaj granatami." Wiedziałem dokładnie, co miał na myśli: biegać tam, gdzie tylko mogę i stwarzać największe zagrożenie.

Nikt w futbolu nigdy mi tego nie powiedział. Być może było to jedno z tych powiedzeń, które mówiło się w SAS przed akcjami zbrojnymi, ale nie w piłce nożnej. To była prosta teoria i to jest to, co starałem się robić - powodować problemy przeciwnikowi wszędzie tam, gdzie tylko mogłem. Zastanawiałem się, gdzie najmniej chcieliby mnie widzieć. Jeśli ktoś mnie krył, to gdzie powinienem był go ściągnąć? Czy jest obrońcą? Racja, zabrać go do linii pomocy, gdzie nie będzie się czuł komfortowo. Jeśli był wysoki, starałem się wyciągnąć go szeroko na skrzydło, gdzie mogłem wykorzystać swoją szybkość, a jeśli był mały, ściągałem go głęboko w pole karne. Świetnie poradziłem sobie z tym w reprezentacji Anglii przeciwko Danii, kiedy kazali kryć mnie niskiemu pomocnikowi. Zabrałem go pod bramkę i strzeliłem kilka goli głową. To brzmi prosto, ale działało. Musisz zawsze pamiętać, że futbol to prosta gra.

Wielu krytyków myślało i mówiło to głośno, że byłem zmajstrowanym albo wyprodukowanym piłkarzem. Zgadzałem się z nimi, poza tym, że każdy, kto osiągnął to, co ja, musiał startować z pewną naturalną zdolnością. Ja nie miałem luzu Cruyffa, elegancji Pelego, czy ruchów Maradony. Dysponowałem kombinacją umiejętności i w pełni z nich korzystałem. Nie byłem duży, a strzelałem gole głową. Prędko nauczyłem się płynąć z prądem i jeśli ludzie uważali mnie za wyprodukowanego zawodnika, nie było sensu z tym walczyć. To mogła być prawda, ale dwukrotnie wygrywałem pożądaną nagrodę Piłkarza Roku w Europie, w sezonach 1978-79 i 1979-80. Żaden inny Anglik tego nie dokonał, co więcej na obie statuetki zapracowałem grając za granicą, co zawsze czyniło to zadanie trudniejszym. Co dziwne, zdobycie tego tytułu podczas gry w Niemczech prawdopodobnie pomogło mi zyskać reputację w moim własnym kraju. Wszystkie odpowiedzi na pytania krytyków można znaleźć w mojej karierze. Trafiłem do Scunthorpe za kilka kompletów strojów, a sprzedano mnie za 33 tysiące funtów. W Liverpoolu skolekcjonowaliśmy ogromną ilość trofeów. Poszedłem do Hamburga za pół miliona i pomogłem im wygrać Bundesligę i awansować do finału Pucharu Europy w kolejnym sezonie. Wygrali później Puchar Europy, więc musiałem zostawić całkiem dobrą drużynę. Kiedy byłem w Southampton skończyli wyżej niż kiedykolwiek wcześniej i awansowali do europejskich pucharów, zanim sprzedali mnie do Newcastle za 100 tysięcy funtów, gdzie klub awansował i mieliśmy 36-tysięczną publiczność co tydzień.

Jeśli miałbym wyjść przed jakąkolwiek widownię - złożoną z ludzi futbolu, prawników, nieważne - walczyłbym w tej sprawie kładąc na stół te fakty, obok dowodów w postaci medali i występów w reprezentacji Anglii. Musiałem ciężko pracować nad swoją sprawnością, biegając w górę i w dół po trybunach na Old Show Ground, grając w tenisa i ćwicząc kiedy tylko mogłem. Nie ma skrótów na futbolowy szczyt, czy gdziekolwiek indziej. Często spotykam ludzi z gadką w stylu: "Mogłem być piłkarzem, ale...". W momencie, w którym to mówią, tracę zainteresowanie. Jeśli to prawda, to mają skazę; nie mieli wystarczającego charakteru albo chęci, by to pociągnąć. Co tak naprawdę mówią, to: "Oszukuję sam siebie, że mogłem być piłkarzem." Ja to zrobiłem i jestem dumny z faktu, że w każdym klubie, w którym byłem, przyczyniłem się do czegoś znaczącego jako część zespołowego wysiłku. To jest moim sukcesem i wciąż chcę to dalej robić, nieważne czy jestem menedżerem, biznesmenem czy kimkolwiek innym, kim wybiorę być.

Jeśli było coś takiego jak klucz do mojego sukcesu, to była to moja konsekwencja, nie żaden indywidualny talent. Oczywiście zdarzały się spotkania, po których schodziłem z boiska mając przysłowiowy koszmar, mecze w których wydarzenia nie szły po mojej myśli i bitwy, z których schodziłem pokonany. To jest nieuniknione i, jako napastnik mający bramkę za swoimi plecami przez większość czasu, masz dni, kiedy obrońcy są od ciebie lepsi. To dziwna pozycja, ponieważ rzadko widzisz cel, do którego ostatecznie chcesz dotrzeć, więc by trafić tam musisz biec na ślepo albo oszukać kryjącego obrońcę. To prawdopodobnie najtrudniejsza pozycja na boisku, ale również przynosząca najwięcej satysfakcji. To właśnie ty wszystko się rozstrzyga. Dałem Liverpoolowi wiele, ale on dał mi dużo, dużo więcej w zamian. Dał mi moją scenę, cudowną, obeznaną, żywiołową publiczność, przed którą grałem i miasto pełne życia i zasłużone w historii.

To wszystko wydarzyło się również bardzo szybko. Nagle ludzie z nazwiskami, które znałem z oglądania "Match of the Day" kilka miesięcy wcześniej, grali obok mnie. Ray Clemence, Chris Lawler, Alec Lindsay, Tommy Smith, Larry Lloyd, Emlyn Hughes, Peter Thompson, Steve Heighway, John Toshack i w moim pierwszym meczu przeciwko Nottingham Forest, John McLaughlin za Briana Halla. I nagle to ja znalazłem się w "Match of the Day". Nie znajdziesz mojego nazwiska w składzie drużyny w programie - tak naprawdę nigdzie o mnie nie wspomniano. Złomowany metal miał wtedy lepszy komentarz, niż ja tego dnia w programie. Nie miałem nawet zamiaru zatrzymywać sobie jednego z nich, ale któryś z fanów pofatygował się i wysłał mi swój, z wykreślonym nazwiskiem Iana Callaghana i moim, wpisanym długopisem. Kibice musieli się zastanawiać, kim jest ten mały, długowłosy koleżka i skąd się tam wziął.

Szczęście mnie nie opuszczało: nie tylko mój debiutancki mecz wybrano do pokazania w telewizji, ale również strzeliłem bramkę. Po raz pierwszy w moim życiu fani wykrzykiwali moje nazwisko, a kibice następnego dnia zaczęli mnie rozpoznawać po zaledwie jednym meczu i jednej bramce, bo byliśmy w telewizji. To nie był klasyczny gol. Miło byłoby wspominać przewrotkę albo sprytny strzał piętą, ale po prawdzie, piłkę wycofał Peter Thompson a ja wbiłem ją w róg bramki mocnym strzałem, obok nieszczęśliwego bramkarza Notts Forest Jima Barrona. Wygraliśmy 3-1 przed publicznością liczącą 51 tysięcy widzów. Tommy Smith strzelił drugą bramkę z karnego, a Emlyn Hughes trzecią. Strzeliłem jeszcze dziesięć goli w moim pierwszym sezonie, opuszczając tylko kilka spotkań - przez kontuzję - i stabilizując swoją pozycję w drużynie.

Skończyliśmy na trzecim miejscu w lidze, zaledwie punkt za zwycięzcami, Derby County. Tytuł był praktycznie przesądzony, kiedy drużyna Derby spotkała się z Manchesterem City. Te dwa kluby, razem z nami i Leeds United, walczyły o pierwsze miejsce w tabeli. Nieśmiertelne słowa Shanksa do swojego starego sparing-partnera Joe Mercera, menedżera Manchesteru City, były typowe: "Mam nadzieję, że obaj przegracie." Moja stara drużyna Scunthorpe United, po pozbyciu się mnie w końcu, skończyła na czwartej lokacie i uzyskała awans.

Autor: Miler

Copyright © by LFC.pl 2004-19, design: Arik & Wieviór, development: Wieviór, CloudFlare Acceleration: ON